Jak w papierowej torbie

"Koszt życia" Martyny Majok w Teatrze ¦l±skim w Katowicach. Pisze Marta Odziomek w Gazecie Wyborczej - Katowice.

«Nagrodzona w 2018 r. amerykańskim Pulitzerem sztuka "Koszt życia" autorstwa Martyny Majok, emigrantki z Bytomia, miała w piątek polską prapremierę w Teatrze Śląskim. To spektakl o niepełnosprawności, a także o potrzebie miłości.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. To spostrzeżenie to banał, oczywista oczywistość, frazes, oklepany slogan. Ale może w epoce ogłoszonego niedawno przez naukowców antropocenu, w którym żyjemy, czyli w czasach, kiedy to właśnie człowiek włada planetą, ludzkość zapomniała o tej zasadzie?

Zamykamy się w domach

Wraz z rozwojem techniki odsuwamy się od siebie, zamykamy się w domach, włączamy laptopy i stajemy się nieszczęśliwi, a nasze życie - miałkie i bezcelowe. Co lub kto mógłby nam przypomnieć o tym, że drugi człowiek bywa lekiem na całe zło? Być może ludzie z niepełnosprawnościami? Martyna Majok stawia tę myśl w centrum uwagi swojego dramatu.

Dramatu, za który - przypomnijmy - otrzymała w 2018 r. prestiżową Nagrodę Pulitzera i stała się sławna już nie tylko w USA, gdzie mieszka od piątego roku życia, lecz także w Polsce, bo do Ameryki wyemigrowała z Bytomia. Ta atrakcyjna trzydziestokilkulatka, która ma na koncie więcej ważnych nagród, a jej teksty wystawiano już w Europie, Australii i na Bliskim Wschodzie, na bohaterów sztuk wybiera osoby z marginesu. Są to emigranci, bezrobotni, bezdomni, wykorzystywane na różne sposoby ofiary czy - jak w "Koszcie życia" - niepełnosprawni (choć jest też - pośrednio - poruszony problem życia na emigracji). Niezauważalni, usunięci w cień życia społecznego, pozamykani w domach jak w "papierowych torbach", posługując się słowami jednego z bohaterów tego dramatu, Eddiego.

Eddie (w tej roli bardzo ekspresyjny Mateusz Znaniecki) to - jak mówi o sobie - trzeźwy już od 12 lat facet, który przez 20 lat i jeden rok kochał swoją żonę Ani (poważna Karina Grabowska). Ale przestał i małżonkowie postanowili się rozwieść. Kiedy jednak Ani ma wypadek i zostaje sparaliżowana od szyi w dół, Eddie przychodzi jej z pomocą. Między parą ponownie budzi się jeśli nie miłość, to na pewno czułość. To jeden wątek. Drugi, podobny w wydźwięku, tworzy druga para, ale tutaj to on, John, jest niepełnosprawny - cierpi na porażenie mózgowe (postać znakomicie zagrana przez Kamila Suszczyka). W przeciwieństwie do Ani jest oswojony z tą sytuacją. Jest też dobrze wykształcony, pracuje, ma pieniądze. Do pomocy zatrudnia młodą Jess (rozedrgana Aleksandra Przybył), która chce chyba na tej relacji ugrać (a może wcale nie gra?) coś więcej. Jak się okaże w epilogu sztuki, to właśnie Jess i Eddie będą w większej potrzebie niż John i Ani.

Jaki jest koszt życia?

Spektakl w Teatrze Śląskim wyreżyserowała Małgorzata Bogajewska. Usunęła niektóre sceny, np. skróciła prolog, dlatego końcówka jest mocniejsza w odbiorze. Sztuka jest bardzo kameralna, więc prezentowana na małej scenie. Aktorzy są tu więc niemal na wyciągnięcie ręki. Poruszają się po małej przestrzeni symbolizującej mieszkanie - tu kanapa, tam umywalka, po drugiej stronie wanna. Zmultiplikowane uchwyty dla niepełnosprawnych. I wózek inwalidzki - nieodłączny element scenografii. Oglądamy zmagania aktorów z ciałem partnera, który wciela się w niepełnosprawnego. Jego przebieranie, mycie, wycieranie, podnoszenie. Bez upiększeń, naturalistycznie, z mozołem, który jest w tej "pracy" nieodzowny. Reżyserka kładzie nacisk na te cielesne interakcje par, ich fizyczność. Akcja, a raczej sytuacje, niespiesznie, wręcz monotonnie posuwa się do przodu, ku zaskakującemu finałowi. To teatr szalenie realistyczny, w którym najistotniejszy jest aktor i temat, o którym będzie się dyskutowało po wyjściu.

"Koszt życia" to sztuka niełatwa, nie tylko jeśli chodzi o aktorów, którzy albo realistycznie grają niepełnosprawność (Grabowska i Suszczyk), albo próbują ją oswoić, zapoznać się z nią (Przybył i Znaniecki). Jest też trudna dla widzów w odbiorze. Wymaga od nas skupienia, żąda cierpliwości, empatii, wczucia się i pewnej dozy życzliwości wobec bohaterów. Autorka operuje głównie prostym, oszczędnym językiem, dialogi bohaterów się rwą. Zdania, które wypowiadają, są krótkie, z życia wzięte, a więc czasem nieskładne i niedokończone. Bez polotu. A cisza czy też pauza jest tu - obok słów, spojrzeń i gestów - jednym z narzędzi do wyrażenia jakiejś emocji, czasem może wyraża więcej niż rozmowy. Sporo jej, a więc kolejne sceny następują po sobie bardzo niespiesznie. Dużo tu też przerywników, słów w stylu "dobra" i "OK", które jednej z bohaterek, Jess, pomagają ukryć zakłopotanie wobec niepełnosprawnego pracodawcy. Ogląda się więc "Koszt życia" z trudem, może nawet bólem, a widownię opuszcza z poczuciem, jakby się zakończyło pracę nad jakimś długim, skomplikowanym zadaniem

Jaka jest tytułowa cena życia? Wygórowana, mówiąc wprost, i raczej dobrze o tym wiemy, bo przecież nie trzeba być niepełnosprawnym ani znajdującym się w trudnej sytuacji emigrantem, by ją odczuwać. Osoby z dysfunkcjami mają bardziej pod górę. Potrzebują innych, by funkcjonować, są od nich uzależnieni, a nikt tego nie lubi. Ale Martyna Majok uświadamia nam, że nie tylko oni. Jej dramat nie jest odkrywczy. Raczej przypomina o tym, o czym wielu z nas może zapomniało. Dekonstruuje słynny "american dream". Jest ważnym głosem w sprawie wykluczonych. Ma humanistyczny wydźwięk.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego