powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kobieta, która wpadała na drzwi

"Kobieta, która wpadała na drzwi" Roddy'ego Doyle'a w reż. Adama Sajnuka w Teatrze WARSawy. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.

Zupełnie nie pokochałem Pauli od pierwszego wejrzenia, droga Rude, przeciwnie. W którymś momencie miałem i ja ochotę przyłożyć jej za bierność (w przenośni naturalnie, brzydzę się przemocą), bo gdybym był na miejscu bohaterki, to bym dwa razy mocniej oddał, stłukł lico durszlakiem albo związał nocą siusiaka w węzełek albo coś gorszego zrobił. A ona - mężowi, ojcu swoich dzieci, katu - poddaje się, jakby przyjmując to wszystko, co ją spotyka z dobrodziejstwem małżeństwa, jakby w imię niegdysiejszej miłości i pożądania, dobra dzieci czy - lęku przed samotnością. Ale nie jestem na jej miejscu, trudno mi zrozumieć motywacje zabijanej de facto zakochanej kobiety, mimo to patrzyłem na Anetę Todorczuk jak na zjawisko.

Tekstu jest bardzo dużo i jest trudny, "gęsty", wymaga od aktorki nieprawdopodobnej precyzji, polecam ten spektakl - i piszę to zupełnie serio - studentom aktorstwa, żeby się przekonali, że przedmiot "impostacja" jest naprawdę przydatny. Dwie godziny zmieniających się co moment emocji - od rozpaczy do euforii, można niechcący przeszarżować, ale - reżyser z aktorką wykonali fantastyczną robotę nad ujarzmieniem tychże emocji.

Może nie do końca dobry wybór na walentynki czy dzień kobiet (chociaż - kto co lubi), ale zdecydowanie - nie przegapcie, gra na żywo świetna muzyka, a p. Aneta lepiej niż w oryginale śpiewa piosenki Sinead O'Connor, do których teksty zostały rewelacyjnie spolszczone, za co wszystkim odpowiedzialnym bardzo dziękuję, prosząc o więcej.