powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Taniec Tachteecha

"Krum" Hanocha Levina w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, koprodukcja TR Warszawa i Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Pisze Zbyszek Dramat.

Droga do poznania wielkiego Aktora wiedzie przez obserwację, świadomość i zdziwienie/zaskoczenie. Dla Marka Kality teatr nie jest stanem, całością nieruchomą i niezmienną, bo on sam nie jest nam dany raz na zawsze w skończonej i ostatecznej postaci. Marek Kalita to uosobienie procesu teatralnego - ruchu, zmiany i przemiany/transformacji. Jest rzeką, - wszystko w nim płynie i nie trwa w skostniałej i niezmiennej formie. Gdy Go zobaczyłem w "Krumie" w piątek 13 września, zrozumiałem niespodziewanie dla mnie samego, że widzę i czuję Aktora spełnionego, w historycznej kreacji i doskonałej kondycji scenicznej. Zrozumiałem, że spektakl, w którym uczestniczę nie jest oparty na tytułowej postaci, a na Tachteechu, w którego wcielił się tak pięknie Pan Marek.

Krum powraca do rodzinnego miasta, w którym czeka na niego matka, przyjaciele i cała społeczność. Na pewno nie czeka na niego Tachteech, który nie ma we krwi poezji i seksu Kruma. Czeka jednak, aż jego powieść napisze się sama. Sprawia wrażenie nieudacznika/gamonia. Jest niepewny i wystraszony. Ustępuje pola Krumowi, nawet wtedy, gdy dotyczy to ukochanej Trudy. Jego taniec w pierwszej fazie spektaklu (w niesamowitym bocznym oświetleniu o cytrynowej barwie - to zasługa Felice Ross) nadaje jego postaci beznadziejności, niemocy, otępienia, pasywizmu, melancholii i... cudownego rozmemłania.

Tachteech i będący nim Marek Kalita cieleśnie wyrażają swe stany ducha. Czuwają, doglądają, obserwują, przestawiają meble, mają wszystko na oku - nawet zza kulis. Obaj pilnują, trzymają straż, wycierają sobą parkiet (leżą paląc) i wyczekują na to, co zrobią Krum i Truda. Tachteech jest wytrwały i zdeterminowany. Zauważa przedmiotowe i brutalne traktowanie Trudy przez Kruma, ale jest cierpliwy. Wie, że bycie Panem i Właścicielem kobiety może skończyć się odrzuceniem, konfliktem, a nawet nienawiścią.

Marek Kalita postać Tachteecha odtwarza znakomicie. Opowiada siebie przez tą postać. Widać te niesamowite nitki między aktorem, a jego "bohaterem". Tachteech to człowiek fizycznie i psychicznie pogubiony - ciamajdowaty, porozpinany, pognieciony, w nieładzie i rozgardziaszu. Raz pełny energii, a za chwilę oklapnięty i bez wigoru. Od ładu do chaosu. Od chaosu do ładu. Pełna dialektyka sceniczna i teatralna.

Świat, który zastaje Krum, dotknięty jest jednak jakimś paraliżem. Tachteech jest jego symbolem. Krum przewrotnie nadaje światu Tachteecha nowy sens. Wie, że nie może pozostać nieruchomy. Nie może zniszczyć siebie w sobie (mimo, że jest na granicy autodestrukcji). Bo to Krum chce odebrać mu kobietę, właściwie ta jego wymarzona kobieta chce zostać odebrana przez Kruma. Przestaje być bierny. Determinacja rośnie. Strategią okazuje się wyczekiwanie i konsekwencja. Jest ciągle obok, na drugim planie, ale w centrum. I tak też jest z wybitnym aktorstwem Marka Kality. Gdzieś blisko, bliziutko, na dwa kroki, niedaleko, nieopodal, pod bokiem, pod nosem, pod ręką, tuż tuż, w pobliżu, o krok. A potem skok w nieznane i przemiana. Odreagowanie i zaskoczenie.

W grze Marka Kality widać, ze to nie tylko zawodowy aktor, ale także teatralny i filmowy multiinstrumentalista. Także reżyser, dramaturg i scenograf. Doskonale wie, co to ambitny repertuar i wymagające role. Znakomicie panuje nad słowem, mimiką, gestem - systemową plastycznością swego ciała. W Tachteechu jest niesamowicie sugestywny, barwny, czytelny, przekonujący, ekspresyjny i co ciekawe adaptujący się do wszelkich okoliczności, także tych skrajnie dla niego niekorzystnych. Na scenie nie tylko widać jego giętkie ciało. Potrafi też świetnie modulować głos, ni to piszczy, ni to kwili. Raz mamrocze, a innym razem krzyczy i wrzeszczy. Potrafi świetnie śpiewać i deklamować.

Tachteech staje się mężem Trudy. I tu zaczyna się stopniowa przemiana gamonia w mężczyznę... a właściwie antymężczyznę. Pomału, ale jednak. Truda ("królowa Izraela" i "Pani Dyrektor") traktuje go autokratycznie i instrumentalnie. Jest nadal potulnym wrażliwcem i dobrym ojcem, ale... przygotowuje się do wygłoszenia finalnego manifestu. Manifestu "odwróconego maczyzmu" i niezależności. Przyznaje, że upadek marzeń i ambicji jest kosztowny. Z drugiej strony małżeństwo i Truda wyzwala w nim pogardę (antypatię, lekceważenie i zuchwalstwo). Potwierdza to ostatnia scena spektaklu, gdy Tachteech jako piękna drag queen śpiewa stanowczo i dosadnie hiszpańską pieśń. O przewrotności losu, o zmienności i niepewności. O życiu odrodzonym i na nowo nabytym. Jego nowa opowieść dopiero się zaczyna. A krytykowi teatralnemu pozostaje tylko podziw. Teraz już wiem, co to jest to aktorstwo osobiste Marka Kality. Do siebie, przez siebie i od siebie. Cielesność i duchowość razem wzięte i zespolone. Myśl też.

***

Na zdjęciu: Maja Ostaszewska i Marek Kalita, 2005 rok.