Traktat o przemocy na deskach BTD

"Dziękuję za różę" Marii Kuncewiczowej w reż. Aliny Moś-Kerger w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie. Pisze Joanna Krężelewska w Głosie Koszalińskim.

«To dramat oniryczny, a jednocześnie rzeczywisty. Baśniowy i ulotny, a jednocześnie realny i uniwersalny. Choć nie opowiada historii wprost, warto zadać sobie trochę trudu, by ją usłyszeć.

Spektakl "Dziękuję za różę" swą premierę miał w czerwcu ubiegłego roku, tuż przed zakończeniem sezonu artystycznego w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Okazji do tego, by go zobaczyć, widzowie nie mieli zatem zbyt wielu. Do teraz. Poruszająca opowieść o przemocy i jej konsekwencjach otworzyła sezon 2019/2020 na deskach teatru.

"Dziękuję za różę" to dramat mało znany. Nawet Wikipedia nie ujęła go na liście najważniejszych dzieł Marii Kuncewiczowej. Napisany w Wielkiej Brytanii w roku 1950, został wystawiony tylko raz, w Londynie. Reżyserkę Alinę Moś-Kerger zainteresowało to, że autorka wpisała w tekst odniesienia do "Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla. Baśniowa estetyka jednak tylko otula smutną historię. To traktat o przemocy. Przemocą kipiący. Widzimy ją w wielu odsłonach - stosowaną wobec dzieci, wobec kobiet, wobec osób starszych. Pobicie, gwałt, zabójstwo. To wszystko ze spektaklu można wyczytać, choć wiele nie jest powiedziane wprost. Niedopowiedzenia są zabiegiem stosowanym przez reżyserkę równie często, jak obietnice przez polityków w okresie przedwyborczym. Nie zawsze trzeba mówić "prosto z mostu", ale nadużycie konwencji może zniekształcić czytelność przekazu...

A opowieść to ważna. Swego rodzaju analiza losu ofiary. Róża jako dziecko uciekła z domu. Do decyzji tej pchnęła ją trudna relacja z ojcem. Zatrudniła się jako niania. Pan domu wykorzystał słabość nieletniej. Molestował ją. Uciekła znów, szukając ratunku w małżeństwie z rozsądku. Mąż skupiony na karierze traktował Różę podle. Wreszcie dziewczyna znajduje pocieszenie w ramionach innego, ale... Cóż. Historia ta nie zakończy się happy endem. Zdaje się, że naznaczone opresją i ciemięstwem dzieciństwo zdeterminowało życiową drogę Róży. Otaczający ją mężczyźni dają sobie prawo do składania jej niemoralnych propozycji, wykorzystywania do gry politycznej, wreszcie okrutnej zemsty za to, że wreszcie weszła na drogę szczęścia.

Spektakl to jednocześnie studium mechanizmów radzenia sobie z przemocą. A raczej przykładów, jak ktoś z nią sobie wcale nie radzi. Ucieczka w świat fantazji - do Krainy Czarów to przykład bezradności i bierności. A przecież, jak pisał Jan Czyński "Gdzie przemoc uciska tam bunt jest cnotą."

Niestety, zdolność do działania odbierają Róży demony przeszłości. Jej brak wiary we własne szczęście staje się samospełniającą przepowiednią. Na tej płaszczyźnie dramat ma wymiar wręcz profilaktyczny - zapis jednostkowego cierpienia i podejmowanych prób przezwyciężania ograniczeń i niemocy potraktować można bardzo uniwersalnie. Prawo do szczęścia, a nade wszystko nietykalność - nikt nie może nam tego odebrać.

Przez tę trudną opowieść doskonale widzów poprowadziła Adrianna Jendroszek (Róża). Świetnie partnerowali jej Wojciech Kowalski i Jacek Zdrojewski.

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie bohaterów w maskach, którzy symbolizowali zarówno lęk, jak i ulgę w cierpieniu. Muzyka, powtarzane frazy, ciekawe zabiegi scenograficzne - wszystko mocno spina spektakl.

Przypomina mi się zdanie z serialu "Czarna Żmija". Szeregowy Baldrick powiedział: "Ja nie rozumiem teatru. Tylko seks i przemoc. Mam tego dość w domu. Poza seksem, oczywiście." O przemocy w spektaklu "Dziękuję za różę" warto posłuchać. I wyciągnąć z tej historii wnioski.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego