powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Maraton Non Fiction - podsumowanie

Najważniejszą częścią Sopot non-fiction jest rezydencja artystyczna, efektami której są finałowe pokazy pracy warsztatowej w ramach słynnych Maratonów Non Fiction. Artyści zaproszeni przez kuratorów festiwalu - Adama Nalepę, Romana Pawłowskiego oraz Adama Orzechowskiego do udziału w rezydencji, przyjeżdżają wraz z wybranymi przez siebie zespołami realizatorów do Sopotu, gdzie rozpoczynają pracę nad swoimi projektami. Efektem tych prac są zalążki spektakli, pokazywane następnie festiwalowej publiczności i konfrontowane z nią podczas spotkań, specjalnie temu poświęconych. W związku z tym, że od zakończenia Festiwalu minęło już kilka dni, czas na podsumowanie - pisze Tomasz Domagała na blogu domagalasiekultury.pl.

Pisząc o tych projektach, przyjąłem pewne założenia. Wiadomo, że są to zalążki spektakli i pokazy warsztatowe, prezentujące pewien etap pracy nad dziełem, nierzadko początkowy. Uwag więc przeze mnie formułowanych nie należy interpretować jako "wyroków" krytyka - mają one luźny charakter spostrzeżeń i wrażeń. Chodzi tu raczej o swoisty "feed back" dla twórców, niż o ocenę czy interpretację. I jeszcze jedno - wypowiadam się wyłącznie na podstawie tego, co zobaczyłem. Nie wnikam w trudności realizacyjne, zmiany obsady czy problemy z prawami.

TRZEPAK, reż. Wojtek Urbański

Wojtek Urbański ze swoimi współpracownikami postanowił zrobić spektakl o ojcostwie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Na razie bowiem w jego pokazie nie widać jakiegokolwiek przemyślanego pomysłu reżyserskiego na spektakl. Prawdziwe i poruszające prywatne historie, związane z ojcami twórców, mogą stać się podstawą naprawdę przejmującego spektaklu. I tu bym zaczął "kopać" w poszukiwaniu teatralnych skarbów. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, związane z doklejonymi naprędce opowieściami "zwykłych ludzi", złowionymi w przestrzeni miejskiej Sopotu. Poza tym, że te historie były poruszające "nieszczęściem biednych bohaterów" (nie były w związku z tym "zwykłe"), nie dotarło do mnie, po co właściwie zostały użyte i jaki to ma związek z ojcostwem. Każda z nich była z innej bajki i nie wiadomo na razie, czemu miałyby służyć. Ponadto - w przeciwieństwie do historii o ojcach, prawdziwych, mówionych - były odgrywane przez aktorów. Pojawiało się więc uczucie sztuczności, fałszywy ton. Tłumaczenia artystów i poparcie widowni mnie nie przekonały, teatr bowiem nie odbywa się na spotkaniach po pokazach. Warto więc przemyśleć wybranie odpowiedniej drogi w poszukiwaniach: pójścia za osobistymi emocjami (ojciec) bądź skierowania się na drogę społeczno- kulturowego eseju i eksploatacji opowieści jako elementu szerszego dyskursu (używanie cudzych historii). Ja w teatrze wolę serce niż rozum, ale można i "w drugą stronę". Ważne tylko, żeby z pełną świadomością po co i - konsekwentnie. Warto za to rozwinąć formę ludzkiej, emocjonalnej mapy, którą artyści stworzyli fizycznie na potrzeby pokazu. Mogłaby to być znakomita forma tego spektaklu, pasująca rzecz jasna bardziej do emocji niż kolejnych "mędrkowatych" dyskursów. Trzymam kciuki.

PRYMATOLOGIA, reż. Maćko Prusak

Prezentacja pracy wybitnego choreografa i jego współpracowników była jednym z dojrzalszych i bardziej przemyślanych pokazów. Dyskurs poświęcony prawom zwierząt i szalejącemu wobec nich bezprawiu - ujęty w formę wykładu, rozpiętego pomiędzy książką Fransa de Waala "Wiek empatii" a historią bohaterki słynnego filmu "Goryle we mgle", amerykańskiej badaczki, Dian Fossey - miał najbliższą skończonemu spektaklowi teatralną formę. Był już na tyle skończony, że rozszczepiał się na różne teatralne narracje, które dało się wyodrębnić i śledzić. Wszystko tam ma potencjał. Mnie najbardziej podobała się historia Dian Fossey, połączona z wątkiem skinheadów - warto by tę narrację poszerzyć, może jeszcze uwzględniając sytuację w stadzie małp, ich hierarchię i zachowania. Wątkiem, który należałoby jeszcze przemyśleć, jest sama ramowa sytuacja opowiadania nam całej tej historii przez, no właśnie - przez kogo? Trójkę aktorów? Czy kogoś więcej? Kto "wykłada" nam tę opowieść? I co taka struktura ze sobą niesie? Warto by tę sprawę gruntownie przemyśleć. Co nie zmienia faktu, że propozycja Prusaka wysoko zawiesiła poprzeczkę innym grupom!

OSTATNI DZIEŃ LATA, reż. Daria Kubisiak i Martyna Wawrzyniak

Pomysł sam w sobie ciekawy: zgłębić fenomen aplikacji randkowej "Tinder". Niestety okazało się, że twórczynie na razie poprzestały na researchu i zaprezentowały nam jego dość jednostronne efekty. Mamy więc oryginalne cytaty z profili użytkowników, ale tylko tych "weird". Wyszła z tego kaskada skeczy, której "kabaretowość" sugeruje, że zestawiono je dla beki. Miałem wrażenie, że są to działania w stylu Anny Karasińskiej, tylko przeprowadzone bez zrozumienia jej stylu i teatru. U Karasińskiej "beka" nagle przeradza się w coś głębszego, dotyka czegoś, co jest istotą życia i teatru. Na razie w pracy Kubisiak i Wawrzyniak nie bardzo widać, o co im właściwie chodzi. Kuriozalna była odpowiedź artystek na pytanie z widowni o brak punktu widzenia heteroseksualnego mężczyzny i zastąpienie go mężczyzną homoseksualnym (w Tinderze, naprawdę?). To duży błąd, publiczność bowiem ma generalnie (o ile w ogóle) zakodowane w świadomości, że Tinder jest dla heteroseksualistów, dla gejów zaś jest Grindr. Postać geja wśród dwóch dziewcząt powoduje dysonans poznawczy, prowadząc widza na manowce. I nieważne, że artystkom brakuje w polskim teatrze narracji gejowskiej (!), jeśli tak jest, niech zrobią spektakl o Grindrze, a nie upychają wszystko do jednego, zagraconego wora. Zapamiętam z tego ponad półgodzinnego pokazu, że po 10 minutach przestało być śmiesznie i ciekawie. Trzeba więc wziąć się do pracy i sprecyzować, co się chce komu o Tindrze powiedzieć.

JAK UPADAĆ MURY, reż. Michał Kurkowski

Pokaz ten w prosty, bezpretensjonalny sposób eksploatował granicę między rytuałem wymyślonym w celu burzenia międzyludzkich murów (temat spektaklu) a rytuałem samego teatru. Udało się to Kurkowskiemu i jego aktorom znakomicie - nie dość, że wciągnęli publiczność do swojej "fałszywej" od początku gry, to jeszcze - jawnie nas oszukując - dotknęli jakiejś prawdy. Wiem, że to skomplikowane, ale po wyjściu miałem wrażenie, że tam na scenie naprawdę coś się zdarzyło. Momentem kluczowym pokazu były znikające w magiczny sposób w powietrzu palące się papierki. Formalnie to tylko fokus, ale gdyby tak się głębiej zastanowić, to wydają się symbolem czegoś, co warto by w temacie upadających murów poeksplorować. Jeśli bowiem Kurkowski ze swoimi aktorami konkluduje w finale, że mimo wszelkich teatralnych i rzeczywistych rytuałów prawdziwe mury nie padają, lecz - wprost przeciwnie -rosną, to przecież zdarza się, że gdzieś na świecie jakieś mury we właściwym momencie - podobnie jak te papierki - znikają. Warto by więc się temu zjawisku przyjrzeć, jak to się dzieje, że wcześniej czy później każdy mur się przewraca, co do tego doprowadza, jakie siły za tym stoją itd. A może tak, jak znikają płonące papierki, tak samo znika zapał - ten do burzenia, do budowania i do podtrzymywania murów. Można by tu zbudować głębsze i bardziej metafizyczne piętro tej rytualnej, prostej, acz wciągającej opowieści. Widzę duży potencjał i trzymam kciuki.

KOBIETA. CIAŁO WOJNY, CZYLI URYNA, reż. Dorota Androsz

W materiałach, które artystki przygotowały na potrzeby maratonu, przeczytałem, że punktem wyjścia tego projektu "są losy 18-letniej wówczas Eugenii Pohl, strażniczki-kata w obozie koncentracyjnym dla dzieci w Łodzi przy ulicy Przemysłowej w latach 1942-1945". Wszystko dobrze, ale podczas prezentacji nie pada jej nazwisko, pojawia się za to inne, Maria War (konia z rzędem temu, kto się dopatrzy w nazwisku War skojarzeń z angielskim war (wojna), co było zamiarem reżyserki). Nierealistyczny, silący się na poezję tekst spektaklu, napisany przez Ritę Jankowską, nie liczy się jednak z potrzebami widza. Autorka skacze od jednej swojej poetyckiej wizji do drugiej, luźno inspirując się faktami z życia Pohl. Nie ma dla niej znaczenia czas (przenosimy się nagle kilkadziesiąt lat później), ani miejsce (sala sądowa, obóz czy właściwie co? Współczesna jednostka edukacyjna?) i nie musi, bo ma tę historię w swojej głowie. Jeśli jednak chce ją pokazać widowni, to już nie może sobie pozwolić na swobodny strumień świadomości i skojarzeń, bo widz się gubi i za chwilę jest już w smartfonie. Artystki pięknie opowiadały o kaskadach idei i problemów, którymi naszpikowały swoją sceniczną propozycję, na zewnątrz wyszedł z tego jednak tylko pretensjonalny bełkot i choć należy je docenić za próby poszukiwania nowego języka, to trzeba jasno powiedzieć: nie znalazłyście go jeszcze, niestety. Szafowanie plwociną i sikami nie jest żadnym nowym językiem. Dorota Androsz, reżyserka świetnego "Końca miłości", wyreżyserowanego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, z nieznanych przyczyn zrezygnowała ze swoich reżyserskich obowiązków. Jej aktorki nie wiedzą, kim są, co robią na scenie i po co na nią weszły. Ratują się tekstem, który jest zatrutym mieczem i z każdą linijką pogrąża je w niebycie. Widać, że i Androsz woli nie przeszkadzać tekstowi, który ma płynąć i łączyć ze sobą to, co niemożliwe do połączenia - obóz koncentracyjny, katowanie dzieci, kobietę-potwora, epigenetykę, współczesne metody wychowania, kobiecość, jej emancypację i ruch "me too". Niestety, widz po dwóch scenach grzęźnie w kosmosie niezrozumienia i może liczyć tylko na dryfowanie z tym, co na scenie - w nieznane. To dobre na jednorazowy eksperyment, ale na spektakl stanowczo za mało. Niezależnie od stopnia "awangardowości" w każdym przedstawieniu trzeba wybrać temat główny, ułożyć jakąś strukturę i przede wszystkim wiedzieć, co się chce ze sceny widzowi powiedzieć. A dopiero potem szukać do tej wypowiedzi języka. W przypadku tej prezentacji mam wrażenie, że wszystko zaczęło się od końca. Zalecałbym szukanie właściwego początku i porządku.

KOLEŻANKI, reż. Joanna Drozda

Joanna Drozda ze swoim kolektywem postanowiła zająć się życiem homoseksualisty. Temat eksploatowany ostatnio w teatrze dość mocno, ale cóż, widać takie czasy. Szkoda, że większość autorów tego typu projektów ogrywa do granic wytrzymałości wytarte klisze, nie chcąc tak naprawdę powiedzieć nic nowego (bo i co tu jeszcze można nowego wymyślić), a jedynie polansować się w środowisku w roli obrońców uciśnionych mniejszości, wystrojonych w piórka tolerancyjnych postępowców. W rzeczywistości to ordynarne żerowanie na prawdziwych dramatach ludzi, które mnie osobiście brzydzi swą obłudą. Prawdziwym artystą gejowskim w Polsce jest chyba tylko Michał Borczuch, w jego spektaklach temat ten nie jest wykorzystywany do żadnych innych celów. Dramat geja to przede wszystkim dramat człowieka, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Borczuch jako jedyny chyba w polskim teatrze nie sprowadza homoseksualizmu do cekinów, przebierania się w sukienki, pikiet, latania z gołą dupą i przeginania się na hermetycznych, operetkowych prywatkach. I chwała mu za to, geje mają też rodziny, ciężkie relacje, dojrzewają, umierają im rodzice, są samotni, ale też kroją chleb i parzą rano ulubioną kawę. Rzęsy i latanie po "pikietach" (dziś za pomocą scrollowania w androidzie) to jednak nie jest główny temat ich życia. Drozda wychodzi niestety od stereotypu, nie spisuję jednak jej projektu na straty, bo są tam zalążki czegoś wielkiego. Na przykład pomysł, że aktorzy grają nie tylko znajomych głównego bohatera, ale i jego samego w różnych stadiach życia. To już jest bardzo dobry pomysł na rozszczepienie narracji, którą można prowadzić na dwóch płaszczyznach i opowiadać o bohaterze w sposób nietuzinkowy. Dochodzi do tego jeszcze pomysł reżyserki, żeby bohater, będący gdzieś u kresu życia, uczestniczył także w zdarzeniach ze swojej przeszłości, był zatem i narratorem opowieści, i jej bohaterem. To kolejny świetny pomysł do rozwinięcia. Może się przyglądać tym zdarzeniom w milczeniu, może próbować ingerować, ale to i tak bezcelowe, bo to tylko retrospekcja, może w końcu patrzeć na te sceny i odmawiać im autoryzacji, mówiąc, że to było kompletnie nie tak. Pomysłów może być tu wiele. One są jednak niezwykle ważne w tym znaczeniu, że dają szansę w toku pracy nad spektaklem na wyjście ponad klisze i stereotypy, czego Joannie Drozdzie i jej zespołowi serdecznie życzę.

ZMURZYNIENIE, reż. Wiktor Bagiński

To najlepszy pokaz Sopot non Fiction. Reżyser wychodzi na scenę i jasno deklaruje, że jest narratorem opowieści, ale nie wie właściwie, kim tak naprawdę. Potem następuje scena, w której staje się on ofiarą rasistowskich/faszystowskich zachowań i nagle jego status w spektaklu i cały pokaz ma jasną ramę. Narratorem jest ofiara, a spektakl jej opowieścią o faszyzmie, tym hitlerowskim i tym naszym, polskim, obecnym już jawnie na ulicy i w telewizji. Bagiński wprowadza następnie swoje główne wątki - hitleryzm, kulturę starożytnego Rzymu, postać Jungera i Borowskiego - wychodząc od filmiku gimnazjalisty, dokumentującego przemoc wobec innego. I zaczyna tymi wątkami żonglować, świetnie łącząc je ze sobą, na zasadzie paradoksów, które zaczynają uwierać i pobudzać do myślenia. Świetny szkic do spektaklu, mam nadzieję, że wkrótce zobaczę "Zmurzynienie" na premierze.

Podsumowanie

Sopot Non Fiction to festiwal unikatowy i znakomity. Jedyne takie miejsce, gdzie artyści mają szansę na prawdziwy, a nie udawany dialog z widzami, na zasadzie "powiedzcie, co myślicie i dlaczego Wam się podobało". To ważny i trudny moment w procesie twórczym - konfrontacja niegotowego dzieła, "work in progress" z publicznością. Doceniam odwagę i ciężką pracę wszystkich biorących udział w pokazach Artystów. Możliwość uczestnictwa - w charakterze widza i krytyka - w procesie powstawania dzieła jest dla mnie cennym doświadczeniem. Szkoda, że w tym roku tak mało było krytycznego namysłu i prawdziwej merytorycznej dyskusji nad pokazami, wychodzącej poza środowiskowe poklepywanie się po plecach. Gospodarze Festiwalu robili w tej kwestii, co mogli, ale niestety publiczność postanowiła, że będzie tylko chwalić. A może po prostu rzeczywiście jej się wszystko podobało? Ma do tego zresztą święte prawo! Rolę najgorszego policjanta - jak się okazało - odegrałem ja, bowiem kilka moich krytycznych uwag niejako "wstrząsnęło festiwalem". Świadczyły o tym późniejsze moje rozmowy z Artystami. Nie powiedziałem w sumie nic specjalnego, zwróciłem właściwie tylko uwagę, że wiele z tych projektów jest interesujących, jednak pod względem teatralnym wciąż pozostawia wiele do życzenia. Moje ogólne uwagi krytyczne nie służyły temu, by komuś personalnie dokuczyć, lecz żeby uświadomić, że teatr rządzi się swoimi prawami, ja zaś uprawiam w jego przestrzeniach koszmarny zawód "nocnego stróża" (ksywa nadana mi przez wkurzonego kolegę po fachu). Moim obowiązkiem jest nie tylko "patrzeć na ręce" jego twórcom, lecz przede wszystkim wskazywać im - na ile potrafię - drogę w jego ciemnych i pełnych pułapek labiryntach. Czynię to na co dzień, nie tyle z pozycji krytyka, ile przede wszystkim - widza. Jako widz reaguję emocjonalnie, jako krytyk wskazuję na zalety, mankamenty oraz potencjał prezentowanych pokazów, a wszystko to w jednym celu: żeby powstawał dobry teatr. A nawet jeszcze lepszy. Czego wszystkim Twórcom oraz Widzom festiwalowych pokazów z całego serca życzę.

Na koniec podziękowania dla kuratorów SNF, Adama Nalepy, Adama Orzechowskiego oraz Romana Pawłowskiego za zaproszenie, gościnę i znakomity tydzień pełen gorączkowych (dosłownie) dyskusji, rozmów i monologów, powracających wciąż w obręb teatru, podziękowania również dla wszystkich wspaniałych Ludzi, pracujących przy tym Festiwalu, w szczególności dla niezastąpionej Ewy Prądzyńskiej-Kosteckiej oraz Tomasza Webera, prezesa i założyciela Fundacji Teatru Boto, która to organizuje SNF z takim sukcesem. Dziękuję raz jeszcze i do zobaczenia za rok (mam nadzieję)! :-)