powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Co się dzieje w polskim teatrze dokumentalnym?

VIII Festiwal Teatru Dokumentalnego i Rezydencji Artystycznej "Sopot non-fiction". Pisze Beata Baczyńska w Gazecie Świętojańskiej.

Festiwal Sopot Non-Fiction to niecodzienna możliwość spotkania się z teatrem dokumentalnym. Rzadko punktem wyjścia do stworzenia spektaklu stają się prawdziwe wydarzenia. A nawet jeśli fakty były inspiracją, to zwykle na scenie ich nie odnajdziemy, bo są doskonale schowane i przetworzone przez artystów. Może nawet sami twórcy nie zdają sobie sprawy, co ich pchnęło do realizacji jakiegoś tematu na scenie. W teatrze dokumentalnym jest nieco inaczej, tu dokładnie wiemy o kim i o czym opowiada spektakl. Jakie wydarzenie jest fundamentem stworzonego przekazu.

Na tegorocznym festiwalu mogliśmy obejrzeć pięć spektakli: "Podróż do Buenos Aires" w reż. Adama Nalepy, "Koczą mi się słowa" Agafii Wieliczko i Mai Miro-Wiśniewskiej, "Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy" w reż. Magdy Szpecht, "Moskwina" w reż. Leny Frankiewicz oraz "Grotowski non-fiction" w reż. Katarzyny Kalwat.

Festiwal rozpoczął się "mocnym uderzeniem", jakim okazał się spektakl "Podróż do Buenos Aires" w reż. Adama Nalepy z brawurową rolą Sylwii Góry-Weber. Ten poruszający tekst został napisany przez Amanitę Muskarię. Pod tym pseudonimem ukrywają się siostry: Gabriela Muskała (jednocześnie odtwórczyni głównej roli w prapremierowym spektaklu, który odbył się w Łodzi w 2001 r.) i Monika Muskała. Napisały tekst-wyzwanie dla aktorki, która musi stworzyć na scenie kalejdoskop emocji, zbudować postać prawdziwą i nieprzerysowaną. Każdy fałszywy ton może bowiem spowodować katastrofę, bo siła tego tekstu tkwi w emocjonalnej prawdzie, w którą się zagłębiamy wraz z bohaterką.

Przedmioty non-fiction albo rodzinne prawo Lavera - tak można najkrócej skwitować spektakl/instalację/prezentację Magdy Szpecht pt. "Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy". Scenariusz i dramaturgia Łukasza Wojtyszki są próbą przeniesienia do innego medium intymnej narracji z książek "Jak przestałem kochać design" i "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" laureata zeszłorocznej Nagrody Nike Marcina Wichy. Kanwa literacka jest uzupełniona wspomnieniami trójki mieszkańców Gniezna i jego okolic pamiętających przedmioty występujące w spektaklu: Lucyny Kaszyńskiej, Marka Szymaniaka i Stefanii Wojciak. Amatorzy występują wraz z aktorami, ale różnice warsztatowe nie są widoczne. Koncept literacki i "teatralny" wpisuje się w coraz modniejszą estetykę nowego vintage'u (designu po przejściach jak woli Emilia Obrzut z patyna.pl). To z jednej strony opowieść o zmarłych rodzicach poprzez pozostawione przez nich przedmioty a z drugiej uprzedmiotowienie wykonawców, którzy wchodzą w zaskakujące relacje z rekwizytami. Ciekawy, wintażowo-sentymentalny pomysł wyjściowy. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia związane z przedmiotami z dzieciństwa, niektóre z nich wg prawa Lavera są nawet piękne.

Próba z pierwszej stolicy Polski jest połowicznie udana, zaczyna się zaskakująco, czyli dobrze: Przepraszam cię termosie..., rozrzucenie widowni, gabloty z przedmiotami codziennymi. Bawią i wzruszają niektóre opowieści i sytuacje. Stopniowo, z upływem czasu powtarzające się rozwiązania inscenizacyjne zaczynają nużyć, prezentacji dobrze by zrobiło skrócenie o ca 30 minut.

W środę został zaprezentowany spektakl Wrocławskiego Teatru Lalek "Moskwin" w reżyserii Leny Frankiewicz. Tekst napisał Jarosław Murawski. Przedstawienie powstało na podstawie przerażającej historii Anatolija Moskwina, który w 2011 r. został zatrzymany na cmentarzu w Niżnym Nowgorodzie z torbą pełną kości. Prowadzone śledztwo ujawniło, że ten sympatyczny 45-letni wykładowca akademicki, historyk, poliglota, wybitny znawca kultury celtyckiej i rytuałów pogrzebowych mieszkańców Syberii wydobywał z grobów ciała dzieci, mumifikował je i stworzył z nich własną rodzinę, o którą dbał z wielkim zaangażowaniem. Ta historia jest chyba najbardziej wstrząsającym elementem przedstawienia.

Spektakl rozgrywa się w niecodziennej przestrzeni teatralnej. Na środku sali teatralnej stworzone zostało przez scenografa Mirka Kaczmarka mieszkanie bohatera. Kształty wykładzin i meble wyznaczają ramy poszczególnych pomieszczeń - pokoju, kuchni, łazienki. Ta przestrzeń została wypełniona z wielką troską o realizm szczegółów, nawet napis na torebce z mąką jest wykonany cyrylicą. Jednocześnie ma się wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie do lat 80-tych i znaleźliśmy się w mieszkaniu zbudowanym ze stereotypów o Rosjanach. Publiczność zajmuje miejsca wokół sceny, w większości stojące i jest zachęcana do poruszania się wokół sceny, żeby towarzyszyć bohaterowi. To właśnie on ma znaleźć się w centrum naszej uwagi - Anatolij Moskwin grany przez Tomasza Maśląkowskiego. Mężczyzna "kręci się" po mieszkaniu w rytmie codziennych zadań, wydobywa z zakamarków kolejne kukły, którymi się zajmuje. Przygotowuje jedzenie, dba o toaletę, bawi się z nimi, uczy... Kiedy jednak uświadamiamy sobie, kim są lalki, trudno nam zaakceptować taką sytuację. Jednocześnie pojawia się natrętna myśl, że najwięcej emocji powstaje w widzu na skutek wiedzy na temat wydarzeń, a nie tego, co obserwuje na scenie. To mózg skłania do odczuwania wstrętu, a jednocześnie współczucia dla samotnego człowieka, który ze zmumifikowanych ciał zmarłych tworzy namiastkę rodziny. Bo ze sceny trochę wieje nudą. Bohater przenosi lalki z jednego miejsca w drugie, czasem z czułością przytula i całuje, a czasem przerzuca przez sznur do suszenia jak mokre pranie, ale nie budzi to ani emocji, ani ciekawości.

Nagle na scenie pojawiają się ubrane na czarno postaci ze świecącymi czołówkami, które usunęły większość mebli i wykładziny, przykryły scenę folią i rozebrały bohatera zostawiając mu jedynie majtki. Rozpoczął się rytuał przejścia, uwolnienia kolejnej duszy. Moskwin jako antropolog tworzy własny sposób, aby uwolnić, ożywić, uratować. Pali kadzidło, maluje ciało, polewa się mlekiem i posypuje mąką, uderza w bębenek i potrząsa grzechotką. Tworzy taki rytuał, na jaki go stać: groteskowy i żałosny. Nastrój tej sceny udaje się nieco uratować dzięki muzyce skomponowanej, w oparciu o muzykę ludową, przez Kamila Patera i Barbarę Wilińską. Częściowo improwizowane wokalizy wykonywane na żywo przez Barbarę Wilińską chyba bardziej poruszały niż widok szalejącego w transie bohatera.

Na zakończenie wyświetlone są fotografie przedstawiające Anatolija Moskwina i odnalezione w jego domu mumie. Kilka powtarzających się zdjęć, a w tle brzmią jego wyjaśnienia dotyczące wykopywania i przechowywania zwłok. To potrzebny element, który osobom nieznającym tej przerażającej historii, wszystko wyjaśnia. A w tym spektaklu właśnie dramat rozgrywający się w Niżnym Nowgorodzie jest chyba najważniejszy.

W czwartek Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu i Wrocławski Teatr Współczesny zaprosiły nas na "spotkanie" z Jerzym Grotowskim - postacią dla teatru kultową, twórcą Teatru 13 rzędów w Opolu i Teatru Laboratorium we Wrocławiu. Spektakl "Grotowski non-fiction" w reż. Katarzyny Kalwat przyjął formę konferencji, na której spotykają się specjaliści "od Grotowskiego". Aktorzy zostają przedstawieni przez Romana Pawłowskiego. Mają rozmawiać na temat książki o Grotowskim. Wydawnictwo zostaje zaprezentowane publiczności i cały wstęp powoduje nawet pewną konsternację wśród widzów: czy to będzie spektakl, czy spotkanie autorskie? Aktorzy szybko rozwiewają wszelkie wątpliwości, bo już od pierwszych kwestii widzimy, że będziemy świadkami przygotowanej opowieści mającej jedynie kształt konferencji.

Jest interesująco. Poznajemy Grotowskiego dzięki przywołanym fragmentom biografii, prezentacji jego koncepcji sztuki i metod pracy. Aktorom udało się wciągnąć widzów w świat "Grotologii". Pasja, z jaką dyskutują i prezentują swoje spojrzenie na tego artystę, powoduje zainteresowanie uczestników. Chcielibyśmy też wiedzieć więcej o nim i jego sztuce. Aktorzy wysyłają zaproszenie do współuczestnictwa - możemy wejść na scenę i poleżeć z nimi na podłodze, uczestniczyć w stypie, poznać Grotowskiego tak jak oni. Na zakończenie spektaklu możemy jeszcze obejrzeć wystawę zdjęć Zbigniewa Libery i porozmawiać z twórcami. Jednak tym razem to nieoficjalne spotkanie. Kiedy oglądamy fotografie, ustawione wokół sceny, między nami pojawiają się wszyscy artyści i mamy możliwość rozmowy z nimi. Jak ciekawe okazało się to spotkanie z Grotowskim, może świadczyć wielkie zainteresowanie książką, która jest rekwizytem-przyczyną odbywającej się konferencji. Jest ona jak najbardziej prawdziwa i zawiera napisane przez twórców tego spektaklu eseje na temat Grotowskiego. Szkoda, że na ukazanie się jej na rynku trzeba jeszcze poczekać.

Wielkie podziękowania należą się całemu zespołowi aktorów, którzy wraz z Krzysztofem Szekalskim stali się współtwórcami ciekawego scenariusza i zabrali widzów w inspirującą podróż po fenomenie Grotowskiego. Wystąpili: Magdalena Maścienica, Monika Stanek, Andrzej Jakubczyk, Rafał Kronenberger z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, Ewelina Paszke-Lowitsch, Mariusz Bąkowski, Jerzy Senator z Wrocławskiego Teatru Współczesnego oraz gościnnie Hanka Klepacka i Roman Pawłowski. Bowiem warto pamiętać o Grotowskim i znać Grotowskiego.

Tradycyjnie piątek i sobota to Maraton Non-Fiction - spotkania warsztatowe, na których grupy rezydentów, zaproszonych do pracy, prezentowały efekty tygodniowych przygotowań. Prezentacje ukazywały różne etapy pracy twórczej - jedne wydawały się wręcz skończonymi projektami, inne dopiero szkicami. W wielu tkwi potencjał na wartościowy spektakl.

Pierwsza zaprezentowała się grupa Wojtka Urbaskiego, Magdaleny Górskiej, Olgi Kozierowskiej, Anny Tomczynskiej, Zbigniewa Dziducha, Mateusza Króla i Marzeny Sadochy. "Trzepak" to próba pokazania trudnych relacji rodzic - dziecko (w tej próbie głównie ojciec - dziecko) i zwróceniu uwagi na odwrócenie tych relacji w aspekcie własnego rodzicielstwa. Bardzo osobiste wypowiedzi aktorów prezentujących listy napisane do swoich ojców połączone zostały z odtworzeniem rozmów z przypadkowo spotkanymi w Sopocie ludźmi. Dotyczyły one dorastania i punktów granicznych w życiu człowieka związanych z rodziną.

Kolejna próba warsztatowa została zatytułowana "Prymatologia" i wyreżyserowana przez Maćko Prusaka przy współpracy dramaturgicznej z Martą Giergielewicz, a wystąpili Sylwia Góra-Weber, Radosław Kasiukiewicz i Maćko Prusak. Punktem wyjścia do tej realizacji stały się poglądy Fransa de Waala - biologa i prymatologa oraz historia amerykańskiej badaczki i obrończyni goryli górskich w Rwandzie - Dian Fossey. Twórcy zgrabnie połączyli te dwa wątki. Udało im się bez sentymentalizmu mówić o ludziach i zwierzętach - istotach żywych, niebędących ludźmi i zadać pytanie czy słusznie czujemy się wyjątkowi i lepsi. Ta próba pokazała duży potencjał i mam nadzieję, że stanie się skończonym przedstawieniem.

"Ostatni dzień lata" to efekt współpracy reżysersko-dramaturgicznej Darii Kubisiak i Martyny Wawrzyniak oraz aktorów: Zuzanny Czerniejewskiej, Dawida Lipińskiego i Joanny Połeć. Na scenie widzimy spotkanie trojga bohaterów w barze karaoke. Poznajemy ich doświadczenia zdobyte dzięki aplikacji Tinder - szukanie, poznawanie, nawiązywanie relacji, czasem wyjście do realu, trudności napotykane w budowaniu relacji i ich finał. Wiwisekcja tinderowego związku. Temat na pewno wart eksploracji nie tylko na scenie.

Próba warsztatowa "Jak upadać mury?" to efekt pracy reżysera i dramaturga Michała Kurkowskiego, który przy współpracy dramaturgicznej Magdy Kupryjnowicz wraz z aktorami: Magdaleną Gorzelańczyk, Jackiem Labijakiem, Adamem Turczykiem i Michałem Jarosem stworzył na scenie rytuał potrzebny do zburzenia murów wciąż budowanych między ludźmi. Symbolicznie zostaje przywołany upadek muru berlińskiego, ale choć nadajemy temu wydarzeniu tak wielkie znaczenie, to jego zburzenie nie zakończyło epoki budowania murów. Ten rytuał ma być początkiem jakkolwiek pojętego pojednania i złączenia. W ramach tego łączenia zostaje zburzona czwarta ściana - nie mamy być widzami, lecz uczestnikami, świadkami niezbędnymi do odprawienia rytuału. Aktorzy świetnie bawią się na scenie, a my razem z nimi. Wszyscy zachowują jakiś dystans do sytuacji, bo jak układanie wstążek, sypanie piasku czy palenie świeczek może coś zmienić. Ale może od czegoś trzeba zacząć... To tylko próba, ale ta akurat przybrała formę prawie gotowego spektaklu.

"Kobieta. Ciało wojny, czyli uryna" przygotowany przez Ritę Jankowską, wyreżyserowany przez Dorotę Androsz, której na scenie towarzyszyły Marzena Nieczuja Urbańska i Agata Woźnicka. Punktem wyjścia do pracy stała się historia Eugenii Pohl, strażniczki-kata w obozie koncentracyjnym dla dzieci w Łodzi, która dopiero 30 lat po zakończeniu wojny została oskarżona i skazana. Bohaterka nazwana zostaje Marią War i nie ma tu być tylko sobą, ale uosobieniem wszystkich okrucieństw wojennych. Ma nas skłonić do refleksji na ile te dramatyczne przeżycia zapisały się na stałe w nas, czy doświadczenie traumy jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Czy źródeł naszych lęków, zachowań, akceptacji lub odrzucenia nie powinniśmy szukać w historii zapisanej w komórkach naszego ciała i przekazywanych z pokolenia na pokolenie. To jeszcze bardzo surowy materiał, ale ma szansę przekształcić się w bardzo interesujące przedstawienie.

Historię polskiego homoseksualizmu w latach siedemdziesiątych zaprezentowali dramaturg Jędrzej Burszta i reżyserka Joanna Drozda w próbie warsztatowej "Koleżanki". Na scenie pojawili się Konrad Cichoń, Krzysztof Matuszewski, Paweł Tomaszewski i Mateusz Wiśniewski i zabrali nas w podróż do przeszłości bohatera. Wspomina on lata młodości i życie gejów, których wówczas w świadomości społecznej nie było, a jednak istnieli.

Ostatnią próbą warsztatową tegorocznego festiwalu było "Zmurzynienie" w reżyserii Wiktora Bagińskiego, ze scenografią Anny Oramus. Na scenie Weronika Janosz, Paweł Charyton, Adam Borysowicz zmagają się z wręcz filozoficzną materią Murzyna. Odwołują się do postaci dwóch pisarzy - Niemca Ernsta Jungera i Polaka Tadeusza Borowskiego, których prócz czasu, w jakim żyli, wszystko wydaje się dzielić, a jednak obaj użyli tej samej metafory Murzyna, aby opisać upadek zachodniej cywilizacji. To próba już bardzo zaawansowana, jeśli chodzi o prezentację sceniczną. Oryginalny sposób prezentacji bohaterów, ukazanie ciągłości kultury europejskiej w niezwykle plastyczny sposób, poruszenie interesującego tematu to wszystko może się stać punktem wyjścia do interesującej premiery.

VIII Festiwal Sopot Non-Fiction dostarczył widzom wielu wrażeń i emocji. Teraz pozostaje czekać na kolejny. To już za rok.

Od redakcji

Czekam na teatr, w którym wywrotowa treść spotka się z popularną formą

Roman Pawłowski, 2013

Przy Sopot Non-Fiction jesteśmy od początku. Niczym ultrasi wiernie kibicujemy inicjatywie Romana Pawłowskiego i Adama Nalepy, wspartych synergicznie od kilku lat Adamem Orzechowskim. Każde działanie, dzięki któremu możemy mieć lepszy kontakt z dobrym, polskim teatrem, jest niezwykle cenne na przygnębiająco płytkim rynku jakościowego teatru w milionowej aglomeracji z ogromnymi ambicjami cywilizacyjnymi. Nie zapominając o plusach dodatnich, chyba warto już pomyśleć o zmianach, by festiwal nie zarósł bluszczem rutyny i samozadowolenia.

Niestety Sopot Non-Fiction potwierdza smutną prawdę: polski teatr przestaje być ważny, przegrywa sromotnie z kinem. Poza kilkoma miejscami (głównie Teatr Powszechny w Warszawie), poza pojedynczymi spektaklami w sezonie, teatr świadomie ucieka przed wyzwaniami, nie tworzy przymierza z publicznością, nie opisuje fenomenu wyjątkowego czasu, w którym żyjemy. To teatr z kosmosu, albo z Rosji, albo z graciarni. To estetyzująca zabawka dla wąskiej grupy przeświadczonych o swej wyższości, wyłączonych z problemów społecznych jak Krystyna Janda. Konstanty Puzyna patrzy na to ze smutkiem i podobno znowu zaczął palić.

Ale można to zmienić. Sopot Non-Fiction ma gwarantowaną stabilizację finansową, przychylność władz oraz mocnego partnera instytucjonalnego i może zaryzykować coś ważnego. Pomysłów na ożywienie jest milionpięćsetstodziewięćset. Choćby rozpisanie konkursu na spektakl "odważny" - sfinansowanie rezydencji i np. "dyszka" albo półtora na realizację. Itd., itp., niech się coś wreszcie zacznie dziać, niech ktoś przebija ten coraz mocniej nadmuchiwany balon samozadowolenia i błogostanu, jakieś minimum odwagi i ryzyka bo nuda panie, nuda coraz większa.

(pw)

--

Na zdjęciu: "Grotowski non-fiction", Teatr im. Kochanowskiego, Opole