Klaudia Hartung-Wójciak: Czego Polki dowiedziały się z harlequinów

- W spektaklu zajmujemy się historią wydawnictwa w Polsce lat 90., korzystając z poetyki harlequinowej. Opowiemy o rzeczywistości transformacyjnej, wykorzystując schematy narracyjne charakterystyczne dla kioskowego romansu - o spektaklu "Manat. Romans podwodny" w Komunie// Warszawa mówi Klaudia Hartung-Wójciak w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim w Gazecie Wyborczej-Stołecznej.

«Harlequiny przybliżały Polkom wyobrażony Zachód i styl życia klasy średniej. Tym zwalnianym z pracy w wyniku transformacji ustrojowej dawały nadzieję, że wielka miłość może odmienić i ich los.

Komuna Warszawa świętuje w tym roku 30. urodziny. Z tej okazji zaprosiła młodych reżyserów, którzy od 2 do 4 września zaprezentują na scenie przy Lubelskiej swoje spektakle. Klaudia Hartung-Wójciak przygotowała przedstawienie "Manat. Romans podwodny", który opowiada o transformacyjnym potencjale harlequinów.

ARKADIUSZ GRUSZCZYŃSKI: Polki w latach 90. masowo czytały harlequiny.

KLAUDIA HARTUNG-WÓJCIAK: Bo dzięki nim mogły się przenieść do innej rzeczywistości. Znaleźć się w innych krajach, poznać opiekuńczych mężczyzn i kobiety, które - tak jak one - przechodzą trudny okres w życiu. Polki były wtedy masowo zwalniane z zakładów pracy, przechodziły na zasiłki dla bezrobotnych, traciły sens życia. Czytały więc o samotnych kobietach po przejściach, które co prawda trafiały na nieodpowiednich mężczyzn, ale ostatecznie miłość odmieniała ich życie, a szczęście odnajdywały w rodzinie. W realiach Polski lat 90. mogło to dawać nadzieję.

Harlequin pojawił się w Polsce dopiero po 1989 r. W Niemczech zainicjował nietypową kampanię promocyjną - przedstawiciele handlowi firmy rozdawali egzemplarze powieści czytelniczkom, stojąc na gruzach muru berlińskiego. W latach 90. wydawnictwo weszło na rynki wschodnie i do końca dekady sprzedało setki milionów książek.

Jak Harlequin promował się w Polsce?

- Wymyślając walentynki.

Jak to?

- W Stanach Zjednoczonych obchodzono The Valentine's Day, więc Harlequin ogłosił konkurs na polski odpowiednik tego święta. Wówczas na Pałacu Kultury i Nauki zawisło potężne serce. Reklama w telewizji opierała się na ścieżce dźwiękowej Grzegorza Ciechowskiego. Wydawnictwo współpracowało też z Zachętą i Łazienkami Królewskimi jako ich mecenas. Do kolekcji Zachęty współfinansowało zakup neonu Marka Kijewskiego.

Kto tłumaczył powieści?

- Na przykład Marcin Król.

Ten sam Marcin Król, intelektualista i wykładowca akademicki?

- Tak. Stawał w ich obronie, mówiąc: jeżeli chcesz powiedzieć coś złego na temat tej literatury, to powiedz, jak inaczej miałbym ją przetłumaczyć? Niektórzy uważają, że dzięki dobrym tłumaczom nasze harlequiny stały na wyższym poziomie literackim niż te amerykańskie. W "Respublice Nowej", czyli czasopiśmie założonym przez Króla, pojawiła się nawet reklama Harlequina z hasłem: "kultura masowa kulturze narodowej".

Dlaczego firmie zależało na obecności w popularnych mediach i tych czytanych przez intelektualistów?

- Budowali szeroką społeczność. Dbano o bliski kontakt z czytelniczkami: zawsze pierwsza strona książki była skierowana wprost do nich. Na przykład w 1997 r. opisywano tam wielką powódź we Wrocławiu. Redaktorka pisała: wiem, że szukacie wsparcia, w związku z tym proponujemy historię, która da wam otuchę w trudnych chwilach.

Nie lepiej było zbierać pieniądze dla powodzian?

- Im chodziło o przeniesienie się do krainy marzeń. W niektórych listach do wydawnictwa, a były ich tysiące, czytelniczki prosiły o wsparcie finansowe. Wydawnictwo odmawiało, ale jednocześnie przelewało pieniądze do szpitala dziecięcego przy Litewskiej i Fundacji Dzieci z Rodzin Rozbitych i Alkoholicznych. To były początki PR-u w polskim wydaniu.

O czym jeszcze były te listy?

- Jedna z dziewczyn pytała, dlaczego bohaterki nie mają pryszczy i są chude. Harlequin nie inwestował jednak szczególnie w opisy kobiet, tylko mężczyzn. Kobieta mogła mieć piegi i rude włosy, była drobna. Kobieca tożsamość była raczej widmowa, trzeba było ją sobie dopowiedzieć. W centrum stał obiekt marzeń, czyli mężczyzna. Nie ma więc puszystych kobiet, ale w jednej z książek pojawia się problem rozstępów na skórze. Kiedy główna bohaterka mówi o tym swojemu partnerowi, ten odpowiada: nie martw się, ja mam tu i ówdzie kilka blizn.

Odpowiadano na te listy?

- Podobno szefowa wydawnictwa odpisywała na każdy, ale trudno to zweryfikować.

Dla kogo były harlequiny?

- To moment przewrotu klasowego w Polsce: klasa robotnicza w społecznym wyobrażeniu została zastąpiona klasą średnią, której jeszcze tak naprawdę nie było. Każdy chciał do niej należeć, a robotnicy i chłopi nagle stali się niewidoczni. Harlequiny trafiały więc przede wszystkim do robotnic zwalnianych z wielkich zakładów przemysłowych i gospodyń domowych. Klasą średnią w tym ujęciu były dystrybutorki i pracownicy wydawnictwa.

Kto mógł tam pracować?

- Według legendy, gdy Henry Dasko z centrali Harlequina przyleciał do Warszawy z Toronto na spotkanie rekrutacyjne w Marriotcie, szefową polskiego oddziału mianował kobietę, która to spotkanie organizowała - a nie żadnego z kandydatów. To była świadoma taktyka firmy: inwestowano w osoby spoza branży wydawniczej. Nie masz doświadczenia? Nic nie szkodzi, wszystkiego się nauczysz, ale musisz mieć to coś.

Czy w tych książkach były tylko ckliwe opowieści o miłości czy też pojawiały się jakieś progresywne tematy?

- W 1996 r. w jednej z serii pojawiły się silne kobiety, zajmujące stanowiska kierownicze, które niekoniecznie decydowały się na życie rodzinne i zarabiały tyle samo co mężczyźni, były też bardziej świadome swojej seksualności. Niestety, ta seria nie przyjęła się w Polsce. W pozostałych jest tak, że kobieta potrzebuje opieki, a mężczyzna ma zapewnić jej godny byt. Kobieta pochodzi z klasy średniej, facet z wyższej.

Innym wątkiem są podróże. W polskiej edycji harlequinów rozwijano wątki turystyczne, główne bohaterki wyjeżdżały do krajów zachodnich albo mieszkały w takich miastach jak Nowy Jork czy Paryż. Przeplatano je opowieściami o bogactwie i sprawczości tych, którzy odnoszą sukces zawodowy. Ostatecznie te wszystkie opowieści raczej konserwowały zastany porządek. Autorzy i autorki zabierali polskie czytelniczki do krainy marzeń.

Co innego miały robić? Emancypować?

- Tak mi się wydaje. W niektórych powieściach pojawiają się wątki ekologiczne: kobiety chodzą w sztucznych futrach i ratują zwierzęta zagrożone wyginięciem. A na przykład obecnie w Stanach Zjednoczonych Harlequin wprowadził linię LGBT. Nie dotarłam do informacji, żeby podobne wątki pojawiły się w polskiej edycji.

Jak miałaby wyglądać ta emancypacja?

- Bohaterki wzorem Hermiony z cyklu o Harrym Potterze mogłyby rozszczelniać pewne kulturowe i płciowe schematy. Tak samo jest z Netfliksem, którego produkcje na pewno przyczyniają się do większego oswojenia Polaków z tematami równości płci czy LGBT. A mówiąc konkretniej, możemy sobie wyobrazić młodą dziewczynę z małego miasta czytającą harlequina o studiowaniu medycyny. Co stoi na przeszkodzie, żeby ona też wybrała takie studia?

Czytałem, że w harlequinach nie ma opisów seksu. To prawda?

- Są to raczej opisy zbliżeń - bardziej erotyczne niż pornograficzne. Wszystko skupia się na tym, co dzieje się przed, na seksualnym napięciu między bohaterami. Istotny jest język, który opowiada tę seksualność, czyli "zatopił się w jej kobiecości", "poczuła, że chce zanurzyć się w jego samczym pożądaniu".

No właśnie, język tych książek jest charakterystyczny i egzaltowany.

- I to mnie najbardziej zafascynowało.

A nie śmieszy cię?

- Śmieszy, ale też jakoś wzrusza i pociąga. Ten język jest pełny metafor takich jak "był zimny jak śniegi Kilimandżaro". Dopiero po przeczytaniu kilkunastu powieści załapałam, na czym polega ich poetyka. I wielokrotnie autorzy przerastali mnie swoją wyobraźnią. Na przykład: "Dokonujesz cięcia zbyt blisko mojego emocjonalnego rdzenia pacierzowego, odsłaniając głęboko ukryte frustracje" lub "Spojrzała niepewnie na dziurę w nogawce jego dżinsów, przez którą było widać fragment umięśnionego uda. Może potrzebował pieniędzy?".

Byli polscy autorzy?

- Nie spotkałam się z tym. Żeby wydać harlequina, trzeba było wysłać anglojęzyczny egzemplarz do centrali w Toronto. I dopiero potem tłumaczenie mogło trafić do Polski. Ale z anglojęzycznymi imionami.

Ile harlequinów sprzedawano rocznie w Polsce?

- W ciągu pierwszych trzech lat istnienia wydawnictwa sprzedano aż 41 milionów książek. Co roku wydawano 26 tytułów, po cztery w dwóch seriach. Jedna była delikatniejsza, druga nieco pikantniejsza, ale bez pornografii.

Można powiedzieć, że harlequiny są jednym z symboli transformacji?

- Na pewno przybliżały Polkom wyobrażony Zachód. W 1991 r. Polska została dzięki harlequinom włączona we wspólnotę wyobraźni mitycznego Zachodu. Pytanie, na ile opis świata w tych powieściach mógł zmienić rzeczywistość, a na ile utrwalił patriarchalne stosunki społeczne?

Jak o tym wszystkim opowiecie w spektaklu?

- W spektaklu zajmujemy się historią wydawnictwa w Polsce lat 90., korzystając z poetyki harlequinowej. Opowiemy o rzeczywistości transformacyjnej, wykorzystując schematy narracyjne charakterystyczne dla kioskowego romansu. Szukamy momentów, w których systemy odsłaniają same siebie. Poszukujemy także potencjału emancypacyjnego tych książek i pytamy, czy można wykorzystać tę literaturę tak, by nie konserwowała danego porządku.

***

Wydawnictwo Harlequin

Istnieje równo 70 lat, zostało założone w 1949 r. w Toronto. Obecnie wydaje książki w 29 językach w 107 krajach. Co roku sprzedaje około 200 mln egzemplarzy romansów. Seria jest nadal dostępna na polskim rynku. Wśród ostatnich nowości znalazły się takie pozycje jak "Grzeszne fantazje", "Nieprzemijająca namiętność", w serii historycznej - "Misja lady Margot", a w medycznej - "Jak uleczyć serce".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego