powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Matylda Podfilipska: Przestrzeń zrodzona z marzenia

- Czujemy się tu jak w domu, ale i spotykamy się ze znajomymi i nieznajomymi. To jest miejsce otwarte na bardzo różne środowiska i wydarzenia kulturalne - mówi Matylda Podfilipska, aktorka Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu.

Jak narodził się pomysł utworzenia tego osobliwego miejsca? - Od bardzo dawna myślałam o jakieś niepowtarzalnej przestrzeni, w której mogłabym się ciekawie a zarazem twórczo realizować; przed czy po spektaklu posiedzieć z ludźmi i porozmawiać o teatrze, poznać ich wrażenia, oczekiwania. Kiedy spotkałam Wojtka Szabelskiego, mojego obecnego męża, okazało się, że on także szuka miejsca, w którym mógłby spotykać się i rozmawiać z pasjonatami fotografii oraz przyjaznych ścian do eksponowania fotogramów. Albowiem nawet do najbardziej renomowanych galerii poza wernisażami, na co dzień rzadko kto zagląda.

No i powstała "Wejściówka"...

- Czujemy się tu jak w domu, ale i spotykamy się ze znajomymi i nieznajomymi. To jest miejsce otwarte na bardzo różne środowiska i wydarzenia kulturalne. Raz w miesiącu Wojtek spotyka się z grupą osób zainteresowanych fotografią. Odbywają się też wieczory wspólnego śpiewania piosenek, folkowego orkiestrowania, wieczorki taneczne, np. tzw. milongi.

W efekcie doświadczeń matki kilkulatka zainicjowałam tutaj taką akcję "Teatr i rodzina"; daje to szansę rodzicom maluchów na spokojne obejrzenie przedstawienia bez angażowania specjalnej opieki dla dzieci. Współpracujemy na tym polu z Martą Lewandowską, która w teatrze zajmuje się działalnością edukacyjną. Często wiąże się to z wprowadzaniem dzieci w przestrzeń teatru, czasem nawet zajęcia prowadzone są w przestrzeni teatru na co dzień niedostępnej dla widzów, np. sali prób.

Oczywiście, że współpraca z teatrem jest najważniejsza?

- To magia tego miejsca. Co najmniej raz w miesiącu ożywia naszą mikroscenkę kabaret "Loża Kopernika". To inicjatywa dyrektora Pawła Paszty. Stwarza okazję do nawiązania bliskich relacji widzów z teatrem. Gros tekstów tworzymy sami. Największym talentem w tej dziedzinie wyróżnia się nasz kolega, Paweł Kowalski.

Na FB często zapraszacie na promocje książek, spotkanie z pisarzami...

- Dla mnie literatura to nie tylko baza dla działalności teatru, ale to przede wszystkim moja druga pasja. Koncentruję wokół "Wejściówki" nie tylko ciekawych pisarzy, ale też grupę osób, podobnie jak ja, zafascynowanych literaturą. Stąd spotkania z autorami, promocje książek, czy nawet wydawnictw. Staramy się je promować. Gościmy u nas wydawnictwo TAKO czy DWIE SIOSTRY, specjalizujące się w wydawaniu książek dla dzieci, ale i oficyny zajmujące się popularyzowaniem literatury dla dorosłych, jak Krytyka Polityczna, Czarne czy Agora. Bardzo je lubię, szanuję, ich woluminami wypełniam wszelkie możliwe przestrzenie w "Wejściówce". Zaprojektowałam wnętrze kawiarni w taki sposób, aby wypełnić nimi każdy wolny fragment przestrzeni, a Wojtek ten mój pomysł, podobnie jak wiele innych, wprowadził w życie.

Wasze życie zawodowe i pasje wypełniają, wasze wnętrza, tak, jak książki przestrzeń "Wejściówki" po brzegi...

- Coś w tym jest. Trudno nam zatrzasnąć się w szufladkach naszych profesji i rodziny. Przepełniają nas rozliczne pasje. Ja np. choć może się ktoś zdziwić, lubię też eksperymentować na polu drobnej gastronomii i cukiernictwa.

Tylko proszę bez nadmiernej skromności. Twoje "zupy dnia" i różnego rodzaju ciasta ściągają smakoszy z całego Torunia, a i wielu przejezdnych. Bo "Wejściówka" znana jest w środowisku artystycznym ze specjalnie parzonej kawy, wielosmakowych gatunków piw kraftowych, czy win...

Wasz lokal czynny jest od rana do wieczora, a przecież Ty masz rano próby, wieczorem spektakle, Wojtek, jak artysta fotografik, też nie może spędzać całego dnia w kawiarni...

- Kiedy zachodzi potrzeba wspieramy się grupką ciekawych osób, które nie tyle może są zawodowcami w branży gastronomicznej, ile mają coś ciekawego do powiedzenia gościom; potrafią stworzyć wokół siebie interesującą atmosferę. Tutaj można przyjść rano na śniadanie, porozmawiać, potem napić się dobrej kawy, wziąć udział w jakimś spotkaniu, następnie zjeść zupę i gorące panini, pójść na spektakl i wrócić na dyskusję o przedstawieniu. Mamy grupkę takich stałych bywalców. Gros z nich spędza u nas jesienno-zimowe weekendy.

Brakuje tylko miejsc noclegowych...

- A to nawet mogłoby być ciekawe. Jakieś noce z poezją, albo piosenką. Zresztą raz na miesiąc spotyka się tu śpiewające towarzystwo tzw. Toruńskie Śpiewanki Turystyczne. Można by to przedłużyć, porozkładać karimaty, żeby jak ktoś poczuje się znużony mógł się na chwilę zdrzemnąć, a potem śpiewać dalej.

A latem?

- Mnóstwo interesujących osób odwiedza nas w trakcie festiwali "Kontakt", czy "Debiuty". Jeżeli pogoda dopisuje już od rana do popołudnia a i po przedstawieniach dyskusje toczą się także przy stolikach na zewnątrz. W lipcu i sierpniu, kiedy teatr jest nieczynny i my mamy przerwę urlopową.

Teatr, kawiarnia, działalność w ZASP-ie i związane z tym częste podróże do Warszawy, to w ogóle można pogodzić?

- Jak widać można. Po prostu całe dnie spędzam w budynku przy placu Teatralnym 1. Częściowo na scenie, częściowo w "Wejściówce". Do domu oboje wracamy tylko na noc. Można powiedzieć, że mam dwa domy, które w jakiś sposób się uzupełniają czy dopełniają. Tutaj pracuję nad rolą, czytam, rozmawiam z ludźmi. Często dyskutuję o spektaklach z widzami, którzy niekiedy nie wiedzą, że osoba stojąca za barem jest aktorką. To bardzo twórcze dla obu stron. Ja dowiaduję się, co widz sądzi o spektaklu, on, jaki był zamysł reżysera czy scenografa, co warto jeszcze zobaczyć. Dlatego nie tylko ja, ale i inne osoby pracujące tu, muszą być doskonale zorientowane w aktualnym repertuarze i w ogóle w tym, co dzieje się w teatrze.

I nigdy nie czujesz się zmęczona?

- Każdy, kto wkłada mnóstwo emocji w to, co robi, czasem czuje się zmęczony, ale z drugiej strony z tej pracy czerpie energię do dalszego działania. Ta różnorodność zajęć zmusza do lepszej organizacji pracy, maksymalnego wykorzystywania czasu. Zresztą ja nie lubię pustki. Każdą wolną chwilę muszę natychmiast twórczo wypełnić twórczo. Ta przemienność rodzajów działań sprawia, że jedna czynność jest odpoczynkiem w stosunku do drugiej i kumulowaniem energii do następnej. Zresztą w teatrze raz w tygodniu mamy zajęcia z jogi. To fantastycznie wpływa na poprawę samopoczucia.

Najciekawsze z postaci scenicznych, które stworzyłaś już jako osoba prowadząca "Wejściówkę?

- Nie wiem czy można ją nazwać wielką postacią, bo w całym czterogodzinnym spektaklu nie jest to osoba bezustannie skupiająca na sobie uwagę widzów. Ale dla mnie ciekawym odkryciem była Ginczanka w spektaklu "Wróg się rodzi", nie licząc monologu Hannah Arent, który stał się dla mnie wyzwaniem na wielu różnych polach. Również dla mojej pamięci i skupienia, ponieważ nigdy wcześniej nie miałam jeszcze tak długiej kwestii do wypowiedzenia. Ale Ginczanka jest jednak dla mnie za każdym razem nieprawdopodobnie silnym doznaniem emocjonalnym. To niezwykłe spotkanie z postacią podbija jeszcze o 300 procent spotkanie z kompozytorką Ellą Orleans, która stworzyła muzykę dla mnie już tak nierozerwalnie związaną z poezją Ginczanki, że marzę o tym, by jeszcze raz spotkać się w tym trio, czyli Ginczanka, Ella Orleans i ja. Oczywiście nie wiem czy ma ono szansę na realizację. Ale marzenie jest. I tak czuję, że te trzy utwory, które stworzyła, to jest wielki nieodkryty świat, do którego dopiero zajrzałam. Czy uda mi się wniknąć weń głębiej?

To ostatni spektakl, w którym do tej pory zagrałaś...

- No właśnie. Zazwyczaj z ostatnią rolą aktor jest najbardziej zżyty. Ale mam za sobą jeszcze wiele innych ważnych doznań płynących z zagranych ról, jak choćby wczucie się w moc Jokasty, matki i żony Króla Edypa". Ważne doświadczenia zawsze wiążą się z wielką mocą. Czuję, jak ona przenika do mnie z postaci; one wyzwalają we mnie coś, czego nie jestem w stanie określić czy nazwać, emocje których na co dzień nie potrzebuję, ale fantastycznie, że są i w razie czego mogę po nie sięgnąć. Dzięki pracy w teatrze potrafię czuć więcej i głębiej; jestem bogatsza.

Na ile urodzenie dziecka wpłynęło na twoje postrzeganie świata, na twoje aktorstwo, zmieniło optykę i perspektywę?

- Można powiedzieć, że pojawienie się Tymka stało się moją życiową rolą. Uczy mnie codziennie. Tego się nie da porównać z niczym. Jest to tak intensywne i długotrwałe doświadczenie, że żadna z ról w teatrze by mi tego nie zastąpiła. Ten mały chłopiec pozwala mi wracać do siebie mniej ograniczonej jakimikolwiek troskami, bardziej dziecięcej, jednocześnie czyniąc bardziej uważną. Bo przy dziecku nie ma opcji funkcjonowania na pół gwizdka. Ono jest bardzo uważnym obserwatorem i wymagającym człowiekiem. Jeżeli jesteś ze mną, to jesteś ze mną. Tymek nawet w zabawie zmusza do maksymalnego skupienia, wyzwalania energii, entuzjazmu, a więc tego, co jest również niezbędne w moim zawodzie. Uczy mnie jeszcze szerszego otwarcia się na spotkanie z drugim człowiekiem. W teatrze jest to spotkanie z twórcami, partnerami, z którego można czerpać bez końca.

Mówiąc o Ginczance i Elli Orleans, nie myślałaś o monodramie, który można by na stałe wpisać w "Wejściówkę"?

- Marzyłam. Tylko czy przy takiej ilości zajęć i projektów, jakie ma Ella i to z twórcami z zupełnie innej półki, niż ja, będzie to kiedyś możliwe?

Myślę, że w pracy nawet najbardziej zajętych artystów zdarzają się przerwy, więc i na Ginczankę się jakaś znajdzie, czego Wam trzem, widzom i bywalcom "Wejściówki" szczerze życzę. W końcu ona też kiedyś była tylko marzeniem". Dziękuję za rozmowę.