powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teoria suspensu

"Łowca" Dawn King w reż. Wojciecha Urbańskiego w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Przemysław Skrzydelski w miesięczniku wSieci Historii.

To jedna z gorszych teatralnych sytuacji: napięcie rośnie, budzi się nadzieja na coś więcej, ale finał okazuje się banałem.

Nie mam pojęcia, skąd u dyrektorów teatrów bierze się ta chęć dobierania tekstów wedle klucza, nazwijmy to, broadwayowskiego. Tak, jakby dramat, który za chwilę ma zostać wystawiony na ich scenie, miał być propozycją nie do odrzucenia. No bo jeśli autor sztuki odniósł sukces w Nowym Jorku czy Londynie, nie ma powodów, by tym bardziej nie zrobił oszałamiającej kariery w Warszawie. Widziałem już tych szumnych zapowiedzi setki i za każdym razem, gdy afisz bije w oczy taką reklamą, nabieram coraz większych podejrzeń. Choć zdarzały się wyjątki.

Tym razem Teatr Ateneum kusi nazwiskiem Dawn King, która podbiła offowy West End "Łowcą", dramatem, który stanowi mieszankę Orwella, Lyncha i Tarkowskiego jednocześnie. Tylko do pewnego stopnia piszę to ironicznie. Jeśli ktoś, kto w ten sposób stara się sprzedać spektakl i jest pewny tego, jak go promuje, może być również pewien, że tytuł jakoś przemówi do widza: ostrym przesłaniem, podwójnym znaczeniem, przewrotną konkluzją itd. A jeśli dorzucić do tego dobre aktorstwo, sukces murowany. Zwą to teatrem środka i niektórzy nawet - nie bez krzty racji - utrzymują, że to teatr najważniejszy, bo z definicji zbiera największą liczbę widzów.

Nie tylko mnie martwi to, że teatru środka dziś praktycznie nie ma. Za to jest sporo przedstawień, o których nie da się powiedzieć, czym są, starając się nim być. "Łowca" nie jest ani kryminałem, ani thrillerem, ani opowieścią science fiction, mimo że obiecuje te wszystkie gatunki naraz. Świat powszechnej inwigilacji, w którym każdy człowiek jako samodzielna jednostka przestaje cokolwiek znaczyć, to dla King temat, który również ma widza zwabić niczym przynęta rybę. Pewnie dlatego, że mniej więcej w połowie tekstu autorka nie wie, co dalej zaproponować. Jej bohaterowie zostają uwikłani w dziwaczny szantaż aparatu państwowego; padają oskarżenia o brak dbałości o wspólne dobro, sąsiad staje przeciwko sąsiadowi, podpuszczany przez manipulatora, który chce zawładnąć umysłami w małej społeczności. Jednak oczekując frapującego rozwiązania zagadki, otrzymujemy finał rodem z telenoweli. Oto prawda o władzy: zawsze działa z niskich pobudek. Odkrywcze, choć nie na tyle, by mówić o tym jako czymś istotnym. Chwała jednak aktorom Ateneum, że za wszelką cenę, jakby wbrew świadomości tego, że zostawią widza z niczym, grają "Łowcę" z uporem godnym lepszej sprawy. Robią swoje i robią to dobrze. Ale po co był reżyserowi Wojciechowi Urbańskiemu ten westendowski hit? Do tej pory przeważnie wybierał świetnie.