powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tam, gdzie grillują wąsaci Wolacy

"Wąsy" w reż. Macieja Kowalewskiego z Teatru Montownia w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.

Teatr Montownia, jedna z pierwszych niezależnych grup teatralnych w Polsce, która od 1996 roku zyskała niemałą popularność, a tworzący ją aktorzy podbili serca publiczności w całym kraju, zazwyczaj bawi nas przedstawieniami na wysokim poziomie, gdzie niebanalny humor styka się z prowokacją, niedomówienie z podtekstem, a komediowe show ostrzy swoje pazury ku uciesze widzów. Po znakomitych "Szelmostwach Skapena", przezabawnych "Dziełach wszystkich Szekspira (w nieco skróconej wersji)" przyszedł czas na przedstawienie "z wąsem". Sztukę "Wąsy" na zamówienie Montowni napisał i wyreżyserował Maciej Kowalewski, autor między innymi "Ballady o Zakaczawiu" i "Miss HIV". Jak twierdzi autor to rodzaj "czarnej komedii z tragikomicznymi konsekwencjami w finale". Czyżby? Moim zdaniem tym razem scena Och-Teatru gości mało udany spektakl. Niestety...

Akcja "Wąsów" rozgrywa się nad morzem, w pewnej zapadłej wsi, gdzie od wielu lat, co roku o tej samej porze, cztery zaprzyjaźnione małżeństwa celebrują grillowanie. Autor nazwał ich Wolakami z Wolski, którzy przy szumie fal Wolskiego Morza, w okolicach poligonu (gospodarz jest byłym wojskowym), z upodobaniem układają na grillu karkówkę z Wiedronki albo kurczaka z Werfura. I rozmawiają - o wszystkim i... o niczym. Czterech aktorów płynnie wciela się w postacie damskie i męskie, jedne i drugie z obowiązkowym wąsem pod nosem. W pierwszej części poznajemy męskich bohaterów historii, radośnie biesiadujących z piwem w ręku. Czterej panowie podjadają i prowadzą dyskusje obficie okraszane wulgaryzmami. Ot, taki sielski stereotyp Polaka klasy średniej. Czasem z oddali dobiega wrzask pań, przerażonych hukiem grzmotów i błyskiem piorunów. Czyżby zapowiedź nadchodzącego kataklizmu? Po przerwie śledzimy równolegle toczące się spotkanie płci pięknej, bawiącej się po drugiej stronie domu. Panie - jakże głupiutkie i jeszcze bardziej stereotypowe "żony przy mężach" - popijają poncz, wymieniają nowinki dotyczące odchudzania, botoksu, rozmawiają o niechcianych ciążach, seksie. Kłócą się bez przerwy o sernik, sałatkę z krewetkami i nieustannie dąsają, strzelają focha albo ronią łzy.

Barwne postaci są rzecz jasna trochę obciachowe, jednak na swój sposób dojrzałe i sarmackie - z tym symbolicznym polskim wąsem (szczególnie popularnym kilka lat temu). Wąsaci panowie różnią się od siebie znacząco: charakterem, wykształceniem, zawodem. Naukowiec z problemem alkoholowym, emerytowany wojskowy, właściciel hurtowni - typowy cwaniak prywaciarz i młody reżyser, przedstawiciel pokolenia "no-more-tears". Ale jednoczy ich grill i skwierczące mięso. Gorzej z kobietami. Pogaduchy pań dalekie są od realiów, nawet jeśli to tylko karykatura. Widocznie trzeba kobiecego pióra, by uchwycić klimat oraz atmosferę babskich spotkań i nakreślić smakowity, satyryczny portret rozbawionych kobiet. Mamy jeszcze zjawiska nadprzyrodzone, które pomału wkraczają do akcji, by w finale zaskoczyć (albo nie) nieco znużonego widza. Zapowiedzią apokalipsy, ignorowaną zresztą przez Wolaków, jest biała postać, która nie wiedzieć czemu, na samym początku, rzuca na scenę biały papierek (początek ekologicznego, acz nie pociągniętego wątku?). Niekonsekwencji w scenariuszu autorstwa Macieja Kowalewskiego będzie niestety jeszcze więcej. Wśród kabaretowych, niewybrednych żartów nagle pojawia się refleksyjny zwrot ku temu, co minęło i cieniom z przeszłości. Sceny nie pasujące do rozchichotanej części pierwszej, z wąsatym grillem na pierwszym planie, wydają się wciśnięte "na siłę". Abstrakcja, która niesie niepokój, symbolika, czy groteskowa metafora są rzecz jasna pożądane w teatrze. Także rubaszny żart, nawet ten przeznaczony tylko dla widzów dorosłych. Ale wszystko ma swoje granice, również przerysowanie, a kabaretowe gagi w "Wąsach" są zwyczajnie nudne. I nagle wszystko miałoby nabrać sensu dzięki prawie filozoficznym scenom, niespójnym z leciutką całością? Na koniec wraca rozrywkowy ton i niczym deus ex machina pojawia się sam Stwórca (w tej roli Rafał Rutkowski), w kiczowatym stroju Batmana i blond peruce na głowie, kończąc nużące nieco, mało udane przedstawienie.

Aktorzy grają brawurowo, jednak w przypadku tego zespołu to nie dziwi. Wielbiciele Montowni dobrze wiedzą, że Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki, dzięki swej niewyczerpanej pomysłowości, potrafią wcielić się w dowolną postać, rozśmieszając niemal każdego. Są mistrzami przebieranek, stąd zamiana wąsatych mężów w wąsate żony przychodzi im bez trudu - ku uciesze publiczności. Zabieg podwójnego odegrania wydarzeń to w zasadzie nic nowego - sprawdzona metoda, bardzo farsowa i najczęściej zabawna. Tu na niej opiera się cała akcja. Jednak to za mało, by stworzyć spektakl ciekawy, w kabaretowym stylu, ale z ostrym humorem, tempem i energią, drugim dnem i finezyjnymi dialogami ze szczyptą akrobacji słownych... czyli tym wszystkim, z czego Montownia słynie. Słaby scenariusz, pełen niedociągnięć, niekonsekwencji, przesiąknięty stereotypami, bez gwałtownych zwrotów akcji i tempa nie może się obronić, nawet, gdy na scenę wkroczą znakomici aktorzy. A "Wąsy" pozostawiają jedynie niedosyt i znużenie.