powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Maska Heleny

"Trojanki" Eurypidesa w reż. Jana Klaty w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Jagoda Hernik Spalińska w portalu Teatrologia.info.

Przedstawienie otwiera niezwykle piękna i sugestywna scena. Na proscenium prawie pustej sceny zbudowane jest małe miasto z piasku. Posejdon (Jacek Labijak) wypowiada otwierający sztukę monolog - opowieść o tym, co było, i o tym, co będzie - a równocześnie powoli bosymi stopami unicestwia piaskowe budowle. Po chwili razem z Ateną (Sylwia Góra-Weber) planują zniszczenie z kolei tych, którzy Troję zdobyli. Jest to bardzo proste, ale czytelne i wymowne ukazanie kruchości życia ludzkiego - wspaniały wstęp do tego, co ma dalej nastąpić. A dalej widzimy historię dziejącą się po zdobyciu Troi, gdy mężczyźni z Troi już nie żyją, a los kobiet rozstrzygnęło losowanie.

Przedstawienie w sensie konstrukcji dramaturgicznej oparte jest raczej na "Hekabe" Eurypidesa niż na "Trojankach". Do akcji wkracza bowiem tajemniczy motyw topielca - najmłodszego syna Hekabe Polydora (Piotr Biedroń), skrytobójczo zabitego przez króla Polymestora (Krzysztof Matuszewski), który miał go chronić - czyli fabuła z "Hekabe". Jesteśmy też świadkami tragedii Polykseny (Magdalena Gorzelańczyk), księżniczki trojańskiej, którą przeznaczono na ofiarę złożoną na grobie Achillesa. Motyw ten pojawia się w "Trojankach", jednak sama Polyksena tam nie występuje, więc sceny, które oglądamy, czyli dojrzewanie Polykseny do swego losu i jej pogrzeb, zaczerpnięte są z "Hekabe". Włączenie tych dwóch wątków do "Trojanek" ma ogromne znaczenie, ponieważ to właśnie one decydują zarówno o dramaturgii spektaklu, jak i wnoszą najbardziej wyraziste sceny i sytuacje. Historia z "Hekabe", czyli opowieść o żonie Priama (Dorota Kolak), która najpierw próbuje odebrać dług, jaki zaciągnął u niej Odyseusz podczas oblężenia Troi, a później jednoczy się ze swym wrogiem Agamemnonem (obie te postacie również nie pojawiają się w "Trojankach", a tylko w "Hekabe"), by wywrzeć zemstę na zabójcy jej syna, odbiera jednoznaczność potrójnemu, przejmującemu, ale retorycznemu lamentowi, jakim są Trojanki.

Podobnie scena pogrzebu Polykseny pozwala Janowi Klacie na stworzenie dwóch wizji, które na zawsze zostają w pamięci. Pierwsza to zbiorowe gwałcenie butelką martwej już Polykseny, leżącej literalnie na grobie Achillesa. Pomysłowość tej sceny i jej siła budzą podwójny podziw. Dzięki tej - dopisanej Eurypidesowi - scenie, możliwy jest typowy dla Jana Klaty zabieg dodania znaczeń, gdy gwałcący wcześniej Polyksenę żołnierze po kolei składają kondolencje jej matce, czyli Hekabe. W tragedii Eurypidesa żołnierze są pod wrażeniem jej godności w chwili śmierci. Tutaj ich słowa zderzone z wcześniejszą sceną dają przejmujący efekt. Dzięki wybitnej osobowości scenicznej Magdaleny Gorzelańczyk i świetnej koncepcji reżysera te dwie sceny pozostają w pamięci i definiują cały spektakl. Kolejny niezwykle sugestywny obraz to kwestia rozwiązania, zazwyczaj najtrudniejszej dla współczesnych reżyserów, kwestii chóru. Tutaj grupa kobiet trojańskich, razem z Hekabe, Andromachą (Katarzyna Dałek) i Polykseną są złączone jedną wielką suknią. Ilość znaczeń tego prostego zabiegu zapiera dech w piersi (scenografia i kostiumy są autorstwa Mirka Kaczmarka).

Po pierwsze wspólnota losu z powodu bycia kobietą (suknia), po drugie bycie grupą, do której należą nawet królowa, jej córka i jej synowa - wszyscy zrównani w obliczu klęski. Po trzecie suknia fakturą i ciemnym kolorem przypomina ziemię przed namiotem branek, na której leżała Hekabe podczas akcji "Trojanek". Po czwarte właśnie namiot, przed którym akcja się rozgrywa, też miejsce schronienia. To wspaniały przykład, jak jeden pomysł potrafi w skrócie oddać wiele znaczeń - na dodatek obraz, jaki tworzą kobiety połączone jedną suknią jest bardzo widowiskowy, piękny i nowoczesny, kojarzy się z Beckettem.

Trzecia scena, która robi ogromne wrażenie to rozmowa Menelaosa (Grzegorz Gzyl) z żoną czyli z Heleną (Katarzyna Figura). Rozmowa to może nie jest dobrze powiedziane, bo przypomina raczej przesłuchanie. Helena ma twarz zasłoniętą maską znaną z filmu o Hannibalu Lecterze, związane ręce. Katarzyna Figura osiąga w tej scenie ogromny poziom dramatyzmu, mimo że grać może tylko oczami. Scena ta dała mi dużo do myślenia, jeśli chodzi o rolę maski w teatrze. Zawsze mi się wydawało dziwne, że widzowie w teatrze greckim mogli przeżywać tragedie, nie widząc mimiki aktorów, a tylko maski. Ta scena pokazuje, że tragedia w masce jest bardziej tragiczna, więc zapewne komedia też bardziej śmieszy.

I gdybyż na tym zakończyło się to przedstawienie!

Oglądając "Trojanki", rozmyślałam o tym, że Jan Klata pokazał nam coś bardzo na serio. Nawet czułam jakiś rodzaj zdziwienia i podziwu, że - przyzwyczajona do działania Klaty na zasadzie kontrapunktu - widzę sytuacje i postaci potraktowane z całą powagą. Nie czytałam wcześniej żadnej recenzji, bo chciałam najpierw przestawienie zobaczyć, więc byłam, tak jak inni widzowie, zaskoczona, gdy po zakończeniu "Trojanek" i po ukłonach aktorów, rozpoczęło się kolejne przestawienie, coś jakby dramat satyrowy oparty na "Helenie" Eurypidesa. Na piasek proscenia wyszła w wysokich obcasach Katarzyna Figura jako Helena. To, jak wygląda kobieta w seksownej sukience i na obcasach, które zapadają się w piasku, wszyscy wiemy. I zaczęło się groteskowe "darcie łacha" z Heleny, którego zresztą w oryginale nie ma, bo Helena jest przedstawiona w tej sztuce w bardzo pozytywnym świetle. My jednak otrzymujemy komunikat, że te wszystkie tragedie były z powodu zwykłego nieporozumienia (dramat Helena jest między innymi o tym, że do Troi pojechało widmo Heleny, a nie ona sama), a Helena to idiotka. I tak, jak Katarzyna Figura wzbudziła mój podziw w scenie "przesłuchania" i pokazała jaką siłę tragiczną w sobie posiada, tak tutaj po raz kolejny musiałam patrzeć jak potrafi grać słodką idiotkę - co widziałam już wcześniej wiele razy.

Oczywiście wiem, że podczas agonów trylogie kończyły się dramatami satyrowymi, by widzów wyprowadzić ze wzburzenia. Jednak są to sytuacje nieporównywalne. Po pierwsze: po trylogii, której częścią były "Trojanki", zagrano "Syzyfa", a nie "Helenę", która dramatem satyrowym nie jest, a w najlepszym razie możemy ją uznać za komedię, bo się dobrze kończy. Syzyf zaś dotyczy zupełnie innej tematyki niż wojna trojańska (ostatecznie może być do niej delikatną aluzją jako, że Odysa czasem zestawiano z postacią Syzyfa, ze względu na charakteryzującą obydwu przebiegłość) i widzowie nie dostali, jak my w Teatrze Wybrzeże, unieważnienia komunikatu, który odebrali podczas agonu.

Po drugie: inaczej dramat satyrowy przyjmują widzowie, którzy wiedzą, jaka jest jego funkcja i są świadomi tego, że nastąpi, a inaczej zaskoczeni widzowie w Teatrze Wybrzeże.

Przyznaję, że bardzo mi się zawsze podobało poczucie humoru Jana Klaty, jestem wielbicielką "Orestei" i "Sprawy Dantona", gdzie charakterystyczny dla tego reżysera dystans był wyliczony idealnie i wzmacniał siłę przekazu. W tym wypadku jednak, skumulowanie dystansu w niby to dramacie satyrowym uważam za błąd. Oczywiście ze wszystkiego możemy się pośmiać, czy też potworne tragedie możemy sprowadzić do wymiaru groteskowej historii o idiotce. Jest to jednak refleksja na poziomie bardzo popularnym. Eurypides napisał obie te sztuki - ale nie napisał ich razem. "Trojanki" i "Hekabe" to wypowiedzi dla Eurypidesa fundamentalne, na ich postawie odtwarza się zazwyczaj jego pacyfistyczny światopogląd. Zestawienie ich z "Heleną" to sztubacki wygłup.