powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Szalony tylko przy wietrze północno-zachodnim

"Hamlet" Wiliama Shakespeare'a w reż. Tadeusza Bradeckiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.

Podatny na rozmaite interpretacje "Hamlet" na zawsze pozostanie zagadkowy, nasycony mnogością problemów natury psychologicznej, społecznej, historycznej i innych, które doskonale można uwspółcześnić. Z jednej strony możliwość głębokiej analizy psychiki wybitnej jednostki, a z drugiej przyczynek do rozważań o istocie władzy, o żądzy jej posiadania, pozwalały tworzyć różnorakie, często doskonałe interpretacje. Ta jedna z najsłynniejszych sztuk Williama Shakespeare'a sama w sobie zawiera treści tak wiele, iż w zasadzie chętny widz i tak doceni niesamowitość geniuszu autora, nawet gdyby poprzestano na samych dialogach i monologach. Sięgając po "Hamleta", Tadeusz Bradecki w każdym momencie pozostaje wierny Szekspirowi, choć odkrywa go na nowo. Nie skraca, nie przerabia długiego i trudnego tekstu tragedii. Jego ingerencja w sceniczne dzieło jest prawie niewidoczna, choć konieczna, by nadać "Hamletowi" aktualny kontekst, uczynić bliskim i zrozumiałym dla współczesnego widza. W warszawskim Teatrze Dramatycznym wystawiano "Hamleta" kilka razy, a każda realizacja koncentrowała się na innych ścieżkach, podążała odmiennym tropem. Bradecki nie szuka nowatorskich rozwiązań "na czasie", a jego "Hamlet" pozostaje "klasyczny", klarowny i czytelny dla każdego.

W adaptacji Tadeusza Bradeckiego dużą rolę odgrywa nowe tłumaczenie Piotra Kamińskiego, który na swoim koncie ma przekłady dzieł Samuela Becketta, Raymonda Chandlera, a na francuski tłumaczył między innymi poezję Wisławy Szymborskiej. Piotr Kamiński to nie tylko tłumacz, lecz także romanista, pasjonat opery, krytyk muzyczny, wyczulony na akcent i zaśpiew mowy. Z największą starannością, hołdując zasadzie "wers za wers" (zachowując rytm, prozodię, melodię wiersza, retorykę i styl oryginału), przybliża Szekspira nam, współczesnym. Dzięki temu tekst sztuk pisanych zwykle pentametrem jambicznym (silnym, energicznym metrum z akcentem na co drugiej sylabie) dobrze brzmi na scenie. W tłumaczeniu "Hamleta" Kamińskiego walory językowe oryginału są zachowane, a konkret, symbolika oraz brak nadmiernych ozdobników powodują, iż "słowa dobrze się w ustach aktora układają i widz się w tym nie gubi".

Do Elsynoru przybywa trochę nieśmiały, jednak świadomy świata z jego zwodniczymi pułapkami introwertyk - syn nieżyjącego króla Hamleta, o którym ludzie mówią, że zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Ma około 30 lat, właśnie ukończył uniwersytet w Wittemberdze, znany jako jeden z najprężniejszych ośrodków życia umysłowego Europy. Hamlet ma szeroką wiedzę i potrafi myśleć analitycznie. Trzyma się trochę na uboczu i nie chce angażować, nie pragnie korony ni tronu, choć widzi zło i rozpad państwa. Dania w jego oczach ulega coraz większemu zepsuciu. Jego życie zmienia się w ciągu jednej nocy - dawni przyjaciele donoszą mu, że na murach zamku co noc pokazuje się duch nieżyjącego króla, ojca Hamleta. Młody książę, z natury cyniczny i trzeźwo myślący, bez lęku podąża za senną marą. Duch króla wyjawia synowi, iż został potajemnie zamordowany przez brata Klaudiusza. Uzurpator bez przeszkód poślubił wdowę po nim i matkę Hamleta, Gertrudę, dzięki czemu zasiadł na tronie Danii. Teraz duch żąda zemsty.

Wszystko rozgrywa się podczas mroźnej nocy na cmentarzu, a w roli zjawy pojawia się Piotr Siwkiewicz. Mimo mrocznego, nieco magicznego nastroju rodem z romantyzmu, który potęguje ciemność rozświetlona ogromnym księżycem, scena nie ma mocy ani siły. Siwkiewicz jako widziadło jest bezbarwny, nijaki. Całe szczęście, wydarzenia następujące po kluczowej rozmowie Hamleta z duchem ojca i pojawiający się bohaterowie są znacznie bardziej klarowni i "szekspirowscy". Grający pierwsze skrzypce w inscenizacji Krzysztof Szczepaniak kreuje postać buntownika-kpiarza. Jego Hamlet doświadcza konieczności bolesnego mierzenia się z prawdą jako sposobu autentycznego bycia w świecie. Jest bardzo ludzki i po ludzku słaby, a mimo to nie rezygnuje z poszukiwania prawdy i demaskowania wszelkiego fałszu. W tym poszukiwaniu staje się cyniczny, coraz bardziej groteskowy - ale jakże autentyczny! Szczepaniak gra z wyczuciem, stopniując emocje, pokazując przemianę początkowo nieśmiałego młodziana, który po spotkaniu z duchem ojca nabiera pewności siebie. Znika dziecięctwo i słabość, a pojawia się siła, która tkwi w konsekwencji oraz drwinie. Udaje obłąkanego, aby tym łatwiej pomścić na stryju zamordowanie ojca. Jakby stworzony do takiej roli - ironiczny, często zjadliwie złośliwy Hamlet - Szczepaniak razi ciętą ripostą i cierpką prawdą, ubraną w strój inteligentnej kpiny. Zachowuje się jak sztubak, udaje szaleńca, dzięki czemu zachowuje dystans do rzeczywistości i otoczenia. Jest nieznośny, czasem boleśnie egoistyczny - nawet śmierć kolejnych niewinnych osób nie powstrzymuje go. Chce do cna wyplenić zepsutą krew w państwie duńskim. Wydaje się niezwykle swobodny, a swój prawdziwy ból pokazuje tylko w samotności oraz w obecności wiernego, prawego Horacego i matki (choć też nie zawsze). Nienawidzi lizusostwa, którego przykładem jest Poloniusz (Mariusz Wojciechowski), usłużny donosiciel, cały czas tkwiący przy uzurpatorze Klaudiuszu. Poloniusz zmienia swe poglądy w zależności od tego, w którą stronę powieje wiatr (nie on jeden zresztą), a Hamlet z trudem znosi jego obłudę. Jednak nie zabija Poloniusza celowo - ten przypadkowy czyn czyni go zabójcą i staje się początkiem innych nieszczęść.

Mariusz Wojciechowski bardzo dobrze oddaje charakter Poloniusza - sprytnego intryganta, człowieka, który za wszelką cenę usiłuje przypodobać się władzy. Poloniusz niszczy bowiem delikatne uczucie, które rodzi się pomału między Hamletem a Ofelią (Martyna Byczkowska). Krzywdzi przy tym i córkę (której tak naprawdę wcale nie kocha), i księcia Danii. Zawodzi Ofelia Martyny Byczkowskiej, raz sztuczna - jakby aktorka na siłę usiłowała dostosować się do stylu "z epoki", przez co staje się niewiarygodna - a innym razem nadmiernie współczesna. Lepiej sprawdza się w scenach szaleństwa, choć dużo trudniejszych. Bardzo dobrze wypada Mateusz Weber w roli wiernego Horacego, który do końca nie splami się żadną podłością. Jest on nieco inny niż w poprzednich, znanych widzom adaptacjach "Hamleta". Cena, którą zapłaci za wierność księciu, jest ogromna i niespodziewana. Trzeba przyznać, że większość występujących niestety nie dorównuje Szczepaniakowi, a aktorzy blakną przy jego kreacji. Jedynie Adam Ferency w roli Aktora i Pierwszego Grabarza zdaje się w pełni wykorzystywać swe możliwości i ogromne doświadczenie: brawurowo bawi uciesznym monologiem i stanowi godnego partnera dla scenicznego Hamleta. Jest w jego postaci jakaś cyniczna groza, słowa pogłębiają mroczność, która coraz bardziej zasnuwa niebo nad Elsynorem. Równie udaną kreację tworzy Henryk Niebudek, choć reżyser powierzył mu kilka niewielkich ról - między innymi następcy Poloniusza, obłudnego Ozryka. Wokół Hamleta nie brak innych zdrajców i szpiegów nasłanych przez Klaudiusza. Marcin Wojciechowski (Guildenstern) i Piotr Bulcewicz (Rosencrantz) bardzo dobrze oddają charakter dawnych przyjaciół Hamleta, towarzyszy szkolnych lat, a obecnie marionetkowych sług Klaudiusza. Sam uzurpatorski król Klaudiusz wypada raczej blado. Maciej Wyczański nie potrafi obronić swej postaci, choć próbuje z wyczuciem pokazać, jak pojmuje interes panującego i państwa. Autentyczny i zdolny do skruchy staje się jedynie w chwili samotnej modlitwy, wyznając winy i szczerze za nie żałując. Ale na przebaczenie już nie liczy. Jednak w porównaniu z Hamletem Szczepaniaka, który w zależności od sytuacji emocjonalnej wydobywa z siebie i lód, i ogień, sugestywnie oddaje autoironię obecną w głównym bohaterze, ginie w cieniu artystycznej precyzji młodego aktora. Raz niebezpieczny, innym razem delikatny, ale zawsze konsekwentny, Szczepaniak czaruje widza. Ciekawie prezentuje się też Anna Moskal jako zimna, pozbawiona matczynych uczuć Gertruda. Jej relacje z synem dają wiele do myślenia.

W spektaklu nie brak drobnych, acz trafnych "perełek". Dla Hamleta świetną okazją do uzyskania poszlak zbrodni okazuje się przyjazd do zamku znajomej trupy aktorskiej. Na prośbę księcia aktorzy mają odegrać "Zbójstwo Gonzagi", jednak tekst zostaje zmodyfikowany, ponieważ Hamlet dodaje pewne fragmenty swojego autorstwa. Jakże sugestywnie i ironicznie brzmią słowa w scenach rozmowy Hamleta z przyjezdnymi artystami. Dotyczą teatru, młodych bezczelnych reżyserów, którzy poprawiają to, co najlepsze, i aktorskiego rzemiosła. Świat przedstawiony w dramatach Szekspira nie odnosi się do konkretnej epoki; sprawy i problemy w nim ukazane mogą być traktowane uniwersalnie i symbolicznie, a ich ponadczasowość dostrzega większość widzów, niezależnie od szerokości geograficznej, w której przyszło im spotkać się z utworami genialnego stratfordczyka.

Bradecki tworzy rzeczywistość, którą rządzą iluzje, nikt nie jest tu autentyczny, wielu skrywa tajemnice, knuje spiski i intrygi. Nie wiadomo, co jest prawdą, a co fałszem. Łatwo się w Elsynorze zgubić... Hamlet obnaża konkretne osoby, swych wrogów oraz chory system państwa, wsparty na obłudzie, kłamstwie, zdradzie. Jednak wcale nie wiedzie go to do zwycięstwa. A z drugiej strony też nie przegrywa. Próby ratowania rozpadającego się świata z góry skazane są na porażkę. "Każdego z nas zjedzą robaki - nawet króla" - mówi Hamlet. Gorzkie i prawdziwe.

Scenografia Andrzeja Witkowskiego stanowi słabe tło dla rozgrywających się dramatów ludzkich. Pozornie symboliczna, jest chyba zbyt skromna, za prosta, by przemówić do wyobraźni. Jedynie zasnute chmurami niebo, wielki księżyc i chłodna ziemia mają większą metaforyczną moc.

Sam spektakl nie jest przełomowy, jednak reżyser prezentuje wyraźny, rzadki dziś szacunek do klasycznej literatury i wielkości tekstu dramaturga ze Stratfordu. "Hamlet" w reżyserii Tadeusza Bradeckiego nie jest bynajmniej jedynie poprawnie odtworzonym dramatem Szekspira. Reżyser rezygnując z wszelkich udziwnień, pozwala słowu wybrzmieć, a aktorom grać, na ich umiejętnościach opierając cały ciężar dzieła. Przyznaję, jest tu też sporo niejasności, aktorzy nie zawsze prezentują solidne rzemiosło - poza rewelacyjnym Krzysztofem Szczepaniakiem. Finał też mnie nie przekonuje - wejście Fortynbrasa stanowi słabe i nie do końca uzasadnione podsumowanie całości. Mimo to publiczność z zapartym tchem przez ponad trzy godziny śledzi losy Hamleta i dzieje wypełnionego podłościami małych ludzi państwa, które umiera wśród zakłamania, manipulacji i fałszu. Szekspirowski tekst z całą swą przenikliwością sam się broni i jest w najwyższej cenie.