powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Oszaleć z miłości czyli Halka pod mikroskopem

Histeryczka, obłąkana, wariatka - o tym, jak w patriarchalnym społeczeństwie określa się i piętnuje kobietę reżyserka i aktorka Agnieszka Glińska opowiada Maciejowi Ulewiczowi.

Maciej Ulewicz: Agnieszko, zadziwiasz spektakularnymi działaniami artystycznymi. Z jednej strony świetne role aktorskie w najlepszych i najgłośniejszych polskich serialach "Artyści" i "1983". Z drugiej niedawna reżyseria współczesnego polskiego musicalu filmowego "Wszystko gra". Z trzeciej ostatnie spektakle: "Panny z Wilka", "Widok z mostu" i "Z biegiem lat, z biegiem dni". A teraz opera. Poszerzasz pole walki? Agnieszka Glińska: Tak, próbuję wyjść z pudełka, ze schematów, z dogmatów. To jest mój pięćdziesiąty dziewiąty spektakl w teatrze, nie licząc ponad trzydziestu teatrów telewizji. To jest bardzo dużo. Przyszedł taki moment, gdy poczułam, że tkwię w martwym punkcie, że zdominowana jestem przez jeden język i sposób oglądu świata.

Dlatego dwa lata temu zrobiłam sobie pierwszy raz w życiu ponad roczną przerwę od reżyserowania. Poszłam na podyplomowe studia w Instytucie Badań Literackich, wyzwoliłam się z wewnętrznego przymusu pracy w teatrze, zmieniłam punkty widzenia i wróciłam z przekonaniem, że mogę robić jeszcze wiele innych rzeczy. Teraz mierzę się z operą. Od wielu lat opera do mnie przychodziła, ale dopiero teraz podjęłam wyzwanie.

Reżyserujesz operę po raz pierwszy. Czujesz się jak debiutantka?

- Niestety nie. Bardzo bym chciała. Może gdybym napisała książkę, to poczułabym się tak, bo to zupełnie inne pole twórcze i energetyczne. A opera to jednak też scena, teatr. Oczywiście inaczej koncepcyjnie podchodzi się do opery i to jest dla mnie bardzo ciekawe. Również mniej "bebechów" wyciąga się w trakcie prób.

Jak ty - wnikliwie analizująca psychologię postaci w materii dramatycznej - odnajdujesz siebie tu, otoczona librettem, partyturą, ciężarem Roku Moniuszki i muzycznym symbolem dziedzictwa narodowego, jakim jest "Halka"?

- To ostatnie nie robi na mnie wrażenia. Kiedy przyszła do mnie propozycja od Mariusza Trelińskiego wyreżyserowania "Halki" wileńskiej, to ten materiał mnie po prostu zassał. Widziałam wiele przeróżnych "Halek", ale tych warszawskich pełnych, rozbudowanych o mazury, tańce góralskie, arię Jontka i inne atrakcje. Zaczęłam od wnikliwego przeczytania libretta i zobaczyłam kameralną, niebywale nasyconą intensywnymi emocjami opowieść. I to mnie skusiło. Jak również to, że "Halka" wileńska jest taka niewidowiskowa, skoncentrowana głównie na tytułowej bohaterce. Nie podejmowałam się wcześniejszych operowych propozycji, bo mam trudność z przepychem na scenie. Nie posiadam w sobie narzędzi do teatralnego bogactwa, po prostu tego nie umiem, a ta wersja "Halki"jest taka czysta i kusi minimalizmem pewnie dlatego mocno się z nią spotkałam.

Jak ci się pracowało z partyturą i librettem?

- Zanim zaczęłam wsłuchiwać się w muzykę, przyglądałam się samej opowieści ujętej w słowa przez Włodzimierza Wolskiego i temu, jak ją dzisiaj czytam. Czym jest dla mnie w 2019 roku historia młodej chłopki, która popadła w romans z paniczem i jedzie za nim do miasta? A na koniec się topi. Czyimi oczami widziana jest ta historia? Kto nam ją opowiada? Kto i dlaczego w taki sposób konstruuje kobiecy los?

Przeczytałam "Halkę" wileńską jako studium obłędu, zapis procesu popadania dziewczyny w szaleństwo. Zaczęłam więc sobie zadawać pytanie: co to znaczy oszaleć z miłości i jak był, i jest postrzegany kobiecy obłęd? Przypomniałam sobie obcesowość badan Jean-Martina Charcota nad histeryczkami. Swego czasu fascynowałam się książką Etienne Trillata "Historia histerii". Wróciłam do niej i do wszelkich możliwych interpretacji kobiecej histerii: od "wędrującej macicy" po współczesne teorie Jacquesa Lacana i Julii Kristevy. Mamy już dziś narzędzia, by przyglądać temu, co dzieje się w patriarchalnym społeczeństwie, jak naznacza i piętnuje kobiety, które próbują żyć inaczej niż według wyznaczonych norm, ale dalej tkwimy zatwardziale w tej mentalności. Dlatego zajęłam się tym, co przez właśnie patriarchat porobiło się w głowie Halki, co nie pozwoliło jej żyć i kazało się zabić.

Jak w świecie spreparowanych informacji, wzrastających nacjonalizmów, toczącej się walki z patriarchatem, coraz większych podziałów społecznych i ekonomicznych, w podzielonej Polsce zrobić "Halkę"? Feministycznie, klasowo, emocjonalnie? Jaką historię opowiada nam Agnieszka Glińska?

- Oczywiście próbuję jak najbardziej emocjonalnie. Klasowość "Halki" jest zapisana w literach libretta od zawsze, więc trudno to dodatkowo podkreślać. Kwestia różnic klasowych to konstrukcja, baza i struktura tej opowieści i łatwo transponuje się na każdy czas. Poszłam tropem współczesnych interpretacji Ofelii w głowie złączyły mi się Halka i Ofelia w ich funkcji Innego w społeczeństwie, w byciu "obiektem", w próbie przebicia się przez mur niechęci i odrzucenia. W libretcie cały czas przewijają się słowa: "wypędzić ją , oszalała, budzi wstręt". Oprócz Halki jest Zofia, której podstawy egzystencjalne też zostały naruszone i z którą nikt się nie liczy. Jest obiektem handlowym, przekazywanym z rąk do rąk przez Cześnika i Janusza. Na tych dwóch przykładach ze skrajnie różnych światów widać, że emocjonalność i seksualność kobiet jest społecznie nieakceptowalna, a każda próba przebicia głową tego szklanego sufitu niesie ze sobą potworne koszta. Zobacz, jak łatwo dziś zdyskredytować i poniżyć kobietę jednym słowem: histeria (...)

Czym inspirowałaś się podczas pracy nad "Halką"?

- Wraz z choreografką, Weroniką Pelczynską, od jakiegoś czasu szukamy punktów styku teatru i tańca współczesnego, badamy ich wzajemne oddziaływanie. Teraz idziemy krok dalej łączymy "Halkę" z tańcem współczesnym, pracujemy z dziewiątką wspaniałych tancerzy-performerów. Ogromnie zaciekawił mnie w libretcie wątek identyfikacji Halki z ptakiem, te wszystkie sokoły, gołąbeczki. Mówi o sobie tak, jak Nina w IV akcie u Czechowa: "ja jestem mewa". Dużą inspiracją były dla mnie prace amerykańskiej neokonceptualnej artystki Jenny Holzer, posługującej się słowem jako narzędziem komunikacji w sztuce. Kostiumy natomiast nawiązują do stylistyki drugiej połowy XIX wieku. Ten mieszczański świat jest trochę surowy, pozapinany, posznurowany, mroczny. Motywy świata góralskiego postanowiłyśmy z Katarzyną Lewińską wydobyć z jednoznaczności, pokazując jego uniwersalne piękno.

Czy w dziełach Moniuszki wyczuwasz ten zarzucany mu brak uniwersalizmu, który przyczynił się do tego, że ojciec polskiej opery narodowej nie mógł odnieść oszałamiającego sukcesu za granicą?

- Nie jestem specjalistką od Moniuszki i nie mam zamiaru się wymądrzać. Nie wiem też, czy na pewno miarą wielkości artysty jest liczba jego zagranicznych sukcesów.

Jak podchodzisz do narodowego charakteru twórczości Moniuszki, często właśnie tak cepeliowsko i pomnikowo przedstawianego?

- Na szczęście "Halka" nie wymusza takich rozwiązań. Bez kontuszy i wąsisk też można opowiedzieć tę historię. Niespecjalnie mnie interesuje narodowa sztuka, a przymiotnik "narodowy" budzi we mnie raczej złe skojarzenia.

Zdradź kulisy współpracy ze śpiewakami. To przecież zupełnie inny rodzaj pracy niż z aktorami dramatycznymi.

- Ciekawi mnie ta praca. Ciekawi mnie wrażliwość, intuicja, instynkt śpiewaków, to, jak pochodzą do materii, z której tworzą, w jaki sposób używają siebie. Ważniejszy od tzw. zadań aktorskich jest proces sublimacji, kiedy z połączenia ich talentu, ich śpiewu z sytuacjami i przestrzenią artykułują się emocje. Szukamy wyrazu scenicznego dla postaci. Ta praca pozwala mi oderwać się od tego, co robię na co dzień w teatrze czy ze studentami, od tego babrania się w zakamarkach ludzkiej duszy.

Jak myślisz, dlaczego aktorzy i reżyserzy stricte teatralni mierzą się z materią opery? Co was w niej pociąga?

- Nie widzę siebie w reżyserii wielkich, monumentalnych pięcioaktowych inscenizacji z setką osób na scenie. Najbardziej lubię pracę pod mikroskopem. Tworzę mikrokosmosy. W operze pociąga mnie przestrzeń kreacji pewnej jakości w głowie, zabawa wyobraźni i następnie przekładanie tego na scenę. W teatrze dramatycznym najwięcej procesów toczy się podczas prób, a w operze musisz przyjść już z precyzyjnym, skonstruowanym do muzyki światem. To fantastyczne wyzwanie.

**

Maciej Ulewicz dziennikarz radiowy i telewizyjny. Przez wiele lat związany z Radiem Pin. Współpracuje również z: Vogue.pl i Legalną Kulturą. Współautor emitowanego na antenie Polsat News 2 programu "Kultura do Kwadratu" i jego współprowadzący.

**

Całość tekstu w programie do "Halki" wydanym przez Teatr Wielki - Operę Narodową.