powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niewygodne dzieci księży

"Dzieci księży" Marty Abramowicz w reż. Darii Kopiec w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Alicja Cembrowska w Teatrze dla Wszystkich.

Teoretycznie księża nie mogą mieć dzieci. Praktycznie mają. I co dalej? Człowieka nie da się, ot tak, usunąć, więc co z nimi, tymi dowodami grzechu zrobić? Udawać, że ich nie ma, schować, ignorować? "Dzieci księży" w Teatrze Dramatycznym to spektakl głównie o tożsamości, o naturalnej potrzebie "dowiedzenia się", o życiu naznaczonym kłamstwem. Kim jestem, skąd pochodzę, z kim idę? - na te pytania próbują odpowiedzieć ci, których ojcowie spędzają niedziele w pracy.

Gdy rok temu na Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Awangardowych Pestka w Jeleniej Górze miałam okazję obejrzeć "Zakonnice odchodzą po cichu" z Teatru Kochanowskiego w Opolu, podobnie jak "Dzieci księży" na podstawie książki Marty Abramowicz, i również w reżyserii Darii Kopiec, recenzję zaczęłam słowami:

"Na tego typu spektakle chodzę zawsze z obawą. Boję się, że będzie dokumentalnie w tym negatywnym znaczeniu (łopatologicznie, od A do Z, szablonowo), a twórcy usilnie będą chcieli ustawić mnie pod ścianą - albo narzucając swój punkt widzenia, albo oskarżając, gdy go nie przyjmę. Reżyserka Daria Kopiec udowodniła jednak, że da się poruszać takie tematy i zachować elegancję i estetyczną harmonię. Takie tematy, czyli jakie? Kontrowersyjne, związane ze sferą sacrum, duchowością, wolnością w obliczu absolutu. Takie, do których większość z nas nie ma dostępu - reporterka Marta Abramowicz postarała się je zracjonalizować, zrozumieć [...]".

Te obawy się nie zmieniły. Szczególnie teraz. Kilka tygodni po premierze filmu braci Sekielskich, po medialnej burzy wokół Kościoła katolickiego - tego kontekstu nie da się pominąć. Łatwo byłoby w półtorej godziny jeszcze dokopać leżącemu. Jednak i tym razem nie zawiodłam się na inteligencji reżyserki.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i oczywiście wiele osób może uznać, że wystawianie w tym momencie "Dzieci księży" to korzystanie z nagonki i dokładanie swoich trzech groszy. Ja jednak na Scenie na Woli obejrzałam spektakl o potrzebie określenia swojej tożsamości, o wstydzie, o pragnieniu kontaktu z rodzicem, z tatą.

Gdybyśmy w miejsce figury księdza wstawili zastraszonego pracownika korporacji, który nie tylko nie ma czasu dla rodziny, ale ten kontakt wręcz utrudnia mu pracodawca, myślę, że wkurzenie widza osiągnęłoby podobną skalę. Bo ostatecznie to dzieci są najważniejsze i w tych kontekstach pokrzywdzone. Rozwój, możliwość dorastania w domu z mamą i tatą, bliskość i miłość - tego im trzeba, a nie rozważań ideologiczno-politycznych.

Dlatego to właśnie Kościół jako INSTYTUCJA doprowadzi do wrzenia nawet najbardziej odpornego widza Teatru Dramatycznego. Nie to, że "suka dała", a "pies wziął" - bo niestety ta kategoria również pojawia się w "Dzieciach księży". Nie to, że do romansu w ogóle doszło. Nawet nie to, że wszyscy wiemy, czym jest celibat. Wkurza właśnie "rozwiązywanie" takich sytuacji, a raczej udawanie, że się nie zdarzają.

Kobieta jest traktowana, zarówno przez Kościół, jak i przez społeczeństwo, jako ta, która uwiodła duchownego, wskoczyła mu do łóżka, a potem bezczelnie jeszcze oczekuje, że dla poczętego dziecka mężczyzna zrezygnuje z "powołania". Ksiądz jako ten biedny, skuszony. Dziecko? Jak widmo, nieprzyjemna przypominajka.

To temat trudny, jednak Kopiec nie pompuje go do granic wytrzymałości. Robi pauzy, wpuszcza i wypuszcza powietrze - świetnie w tym przypadku sprawdziła się muzyka Natalii Czekały i Krzysztofa Guzewicza. Smutniejsze, weselsze, mniej lub bardziej dowcipne piosenki pozwoliły zachować dystans, który - nie oszukujmy się - był tam potrzebny. Świetnie odnaleźli się w tej konwencji aktorzy, szczególnie Modest Ruciński (ze szczerym - powiedzianym na luzie - monologiem w prologu) i Anna Gorajska.

Przejmujące są bowiem relacje dzieci, które są oszukiwane, zwodzone, wyśmiewane przez rówieśników, traktowane jak "dowód", a nie "człowiek, który ma prawo wiedzieć". Ich opowieści bywają wypowiedziane lub wyśpiewane, a wszystko to na oszczędnie zagospodarowanej scenie, jedynie z lustrem weneckim w tle. To ich czas i miejsce. Ich pięć minut prawdy.