powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Bartłomiej Ostapczuk: pantomima nigdy nie zniknie, mimo że nie mówi głośno

- Moim zdaniem dopóki ludzie odczuwają, przeżywają - pantomima nigdy nie zniknie, mimo że nie mówi głośno - powiedział PAP Bartłomiej Ostapczuk, dyrektor artystyczny 19. Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu, który 7 czerwca rozpocznie się w Warszawie.

Polska Agencja Prasowa: 7 czerwca rozpocznie się 19. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu w Warszawie. Podobno jest to jeden z najstarszych festiwali tego typu w Europie?

Bartłomiej Ostapczuk: Praktycznie właśnie takim się staliśmy. Były festiwale, które dotrwały do osiemnastej edycji, ale już nie istnieją. Magiczna "dwudziestka" przed nami, lecz najbliższa przyszłość pokaże, czy do niej dojdzie. Bo nie ukrywam, że z upływem lat strona organizacyjna staje się coraz trudniejsza. Ale determinacja pozostała - stąd mam nadzieję, że się jednak uda.

Przed nami 19. festiwal, a ja jestem przy jego organizacji od samego początku w 2000 r. Od piętnastu lat jestem dyrektorem artystycznym i dzięki temu dało mi się przez ten czas pokazać ogromną liczbę różnorodnych zespołów - często były wcześniej kompletnie nieznane, reprezentowały rozmaite sposoby myślenia o sztuce mimu. Przyjeżdżały po raz pierwszy do Polski z odległych stron, gdzie zobaczyłem je np. na jakimś niewielkim przeglądzie czy festiwalu - a dziś to są mistrzowie pantomimy, za którymi podążają tłumy widzów. A tu, w Warszawie, stawiali swoje pierwsze kroki.

Ten festiwal jest niezwykle szczęśliwym festiwalem dla zespołów, które tu przyjeżdżają. I może dlatego czynią to tak chętnie.

PAP: Wspomniał pan o trudnościach organizacyjnych i kłopotach finansowych festiwalu?

B. O.: Cudnie jest, gdy można skupiać się tylko na rzeczach pozytywnych. Gdy jednak są problemy to muszę szukać rozwiązań. To od dawna moja filozofia. Trudności finansowe i problemy ekonomiczne towarzyszą temu festiwalowi od lat. I co gorsza - nasilają się. W tym roku obchodzę 20-lecie pracy artystycznej. Przez ten czas udało mi się stworzyć zupełnie nowe środowisko odbiorców tej sztuki oraz osób, które pantomimę praktykują i pielęgnują. Naturalnie taka rocznica, widoczne pozytywne i budujące sztukę pantomimy efekty wykonanej pracy w zderzeniu z brakiem jakiegokolwiek wsparcia ze strony miasta, skłaniają do refleksji. Jednak na decyzję dotyczącą przyszłości przyjdzie jeszcze czas.

Gdyby nie wsparcie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla naszej fundacji - Warszawskiego Centrum Pantomimy - i gdyby nie pomoc stołecznego Teatru Dramatycznego - tegoroczny festiwal by się nie odbył. W tym roku był zagrożony, dwa lata temu był bardzo zagrożony. Tym razem udało się - ale świadomie używam zwrotu "udało się".

Wierzę, że te doświadczenia doprowadzą do wypracowania jakiejś formy realizacji festiwalu, która będzie pozbawiona tego typu ryzyka. Ponieważ muszę wyjaśnić, że Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu w Warszawie ma wyjątkowy charakter. Wyjątkowi są widzowie, którzy tu przychodzą i chcą doświadczyć ciszy w teatrze, świadomego milczenia. Spotkania ze sobą. Dla mnie zawsze spotkanie z widzem jest spotkaniem ze sobą - ze strony aktora, ale i widza. Często słyszę takie opinie po naszych spektaklach. Widzowie mówią, że przyszli zobaczyć przedstawienie - a zobaczyli siebie i nie wiedzą, o co chodzi, bo przecież my - mimowie "nic nie powiedzieliśmy".

PAP: Festiwal zainaugurują państwo 7 czerwca na Scenie na Woli Teatru Dramatycznego własną premierą - spektaklem "Once".

B. O.: To prawda. Cztery lata czekaliśmy, by móc zrealizować nowy spektakl Warszawskiego Centrum Pantomimy. Nie mogliśmy tego zrobić z przyczyn ekonomicznych. Z pomocą przyszedł nam teatr z Niemiec, a miasto Drezno dopomogło, by teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy mógł przygotować premierę "Once".

Wiem, że brzmi to niewiarygodnie, bo jaki mogą mieć w tym interes? Odpowiedź jest prosta: sztuka! Z inicjatywą wyszedł rosyjsko-niemiecki Teatr Derevo z Drezna, który niedawno obchodził trzydziestolecie swojej działalności. Jego lider i legenda europejskiego teatru Anton Adasinsky, który w ubiegłym roku występował na naszym festiwalu, zaproponował, abyśmy przygotowali sztukę, która przez kilkanaście lat znajdowała się w repertuarze Dereva. To spektakl, od którego moja przygoda z teatrem pantomimy i teatrem fizycznym stała się przygodą bardzo świadomą. Kilkanaście lat temu zobaczyłem "Once" i poczułem, że teatr pantomimy nie tylko może być niezwykle interesujący i dotykający, ale może też być metafizyczny. Tak to się zaczęło.

Pojechaliśmy do Drezna, gdzie spędziliśmy wiele tygodni. Zagraliśmy tam przedpremierowe spektakle i jesteśmy gotowi, by zaprezentować "Once" widzom naszego festiwalu. Wierzę, że uda się ich zaczarować i zabrać w podróż po meandrach miłości, czasem też nienawiści - ale ukazanej w taki sposób, który dotyka i wzrusza.

PAP: Co jeszcze znajduje się w programie festiwalu?

B. O.: Drugi spektakl - to "Avant tout" w reż. Francuza Lionela Menarda, z którym przed laty wielokrotnie współpracowaliśmy. Będzie to przedstawienie w wykonaniu Lenka Vagnerova & Company - zespołu, który bardzo umiejętnie łączy teatr tańca z pantomimą. Pięknie korzystają z narzędzi, które daje język ciała. Menard skomponował spektakl niezwykle nieoczywisty, niedopowiedziany. To opowieść o pierwszych 9 miesiącach naszego istnienia, zanim się urodzimy. Ale artyści ukazują historię w żywym planie. Piękna forma, piękna treść i prawdziwa poezja ruchu.

Trzecim teatrem będzie zespół Kulunka z Madrytu, który pokaże swój najnowszy spektakl "Solitudes" w reż. Inakiego Rikarte. Próbowaliśmy ich zaprosić od trzech lat. To jeden z najbardziej znanych w Europie teatrów, który łączy pantomimę z teatrem maski. W spektaklu nie widzimy twarzy aktora - dostrzegamy tylko cudowne, ekspresyjne maski. W takich przedstawieniach mniejszy nacisk kładzie się na widoczną myśl czy emocję - a dużo mocniej akcentuje się sposób opowiedzenia pewnej historii. To są mistrzowie tego stylu. Spektakl, który zaprezentowali u nas przed 4 laty, wzbudził tak wielki entuzjazm widzów, iż rok w rok byłem proszony o to, by ich znów zaprosić.

Kolejnym punktem programu jest wieczór "Spotkania z pantomimą". W tym roku jest on poświęcony pamięci Henryka Tomaszewskiego, czyli twórcy Wrocławskiego Teatru Pantomimy, którego stulecie urodzin właśnie obchodzimy. Będzie to prezentacja pełnego zapisu spektaklu "Rycerze króla Artura", a później niespodzianka - spotkanie z aktorami, którzy w nim występowali i rozmowa z nimi. Myślę, że to bardzo inspirujące dla osób, które zajmują się tą sztuką, dla teatrologów i dla widzów, którzy już nie mogą zobaczyć takiego przedstawienia, "typowego Tomaszewskiego".

PAP: Czy będą jakieś festiwalowe nowinki, innowacje?

B. O.: Przedostatnim wieczorem będzie coś, co pojawia się miejsce "Wieczoru współczesnej pantomimy", który był tradycją naszego festiwalu. Niestety, z przyczyn ekonomicznych tym razem nie mogłem go zrealizować. W to miejsce pojawi się "Mime off", czyli prezentacja dwóch spektakli - 15-minutowego i godzinnego. To będą przedstawienia zespołów, które nie są jeszcze znane, a które - wierzę - mają gigantyczny potencjał i zdobędą uznanie. Widzowie zobaczą "Ulicę Niewinną" Zespołu Studia Warszawskiego Centrum Pantomimy i "A Life's Concept" niemieckiego Teatru Nimu.

A na zakończenie festiwalu pokażemy spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy "Cafe Panique" w reż. Joanny Gerigk. To ubiegłoroczna premiera WTP, która ukaże wspaniałą kondycję tego zespołu.

PAP: 22 marca w rocznicę urodzin Marcela Marceau obchodzony jest Światowy Dzień Pantomimy. W tym roku na początku kwietnia prasę obiegła informacja o planach likwidacji Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Jaka jest kondycja teatru pantomimy w Polsce?

B. O.: Ogólnie rzecz biorąc, kondycję teatru pantomimy najlepiej oddaje doprecyzowanie jego specyfiki - to zawsze jest sztuka undergroundowa, egzystująca gdzieś na poboczu. Ale jest to też sztuka, która co jakiś czas przeżywa swój renesans. Tak było np. w latach 70., 90. czy na początku XXI wieku. Co jakiś czas widzowie i twórcy przypominają sobie, że istnieje pantomima i warto z niej skorzystać.

Niestety, jest coraz mniej artystów i reżyserów, którzy umiejętnie się nią posługują. Nie mówię tu o choreografach. Wielu reżyserów nie ma świadomości, jakimi narzędziami operuje ten teatr, jak je wykorzystać w spektaklach.

Jak na ironię, w Polsce kondycja pantomimy może nie jest najlepsza, choć mamy kilkudziesięcioletnie korzenie. W Europie kondycja tej sztuki jest bardzo dobra.

Gdy mowa o Wrocławskim Teatrze Pantomimy - myślę, że podczas rozmów na temat dotowania bardzo mocno należy rozróżnić dwa elementy. Po pierwsze mamy do czynienia z wymiarem artystycznym, a po drugie - dostrzec musimy ideę tego gatunku widowiska. Jeżeli ktoś przyjdzie na spektakl, np. decydent i nie spodoba mu się - mamy spór o wymiar artystyczny. O aspekcie artystycznym zawsze można dyskutować, można go zmodyfikować. I taką sytuację właściwie mogę zrozumieć. Jest spór o pomysły i gusta.

Natomiast idea zamknięcia teatru tak po prostu - bo go nie rozumiem, bo nie widziałem przedstawień, a pantomima to na pewno jakiś archaizm... - wydaje mi się karygodna. Z jakim archaizmem możemy mieć do czynienia, gdy mówimy o ludzkich emocjach? Dopóki ludzie odczuwają, przeżywają - pantomima nigdy nie stanie się przebrzmiała. Oczywiście, my - aktorzy musimy być głębocy w tym, co robimy na scenie - czy to w komizmie czy w tragizmie.

W moim odczuciu pantomima nigdy nie zniknie, mimo że nie mówi głośno.