powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Łucja ze śląskiego Lammermooru - o aktorstwie w spektaklu "Pod presją" Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego w Katowicach

"Pod presją" w reż. Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego w Katowicach na 59. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze w oficjalnym dzienniku Festiwalu Sztuki Aktorskiej.

Mabel Longhetti (Sandra Korzeniak) w ostatniej scenie spektaklu Mai Kleczewskiej wychodzi ze swojego mieszkania na proscenium i spogląda w górę, gdzie na wielkim ekranie wyświetlona zostaje jej pełna bólu i cierpienia twarz. Patrzy na siebie z dystansu, potrafi wreszcie spojrzeć w swoje odbicie. Światło gaśnie i niczego więcej się już nie dowiemy.

Bez względu na przyszłość gest ten wydaje się jednak niezwykle ważny, uświęca bowiem całe to piekło, przez które przeszła. Nie mamy wprawdzie złudzeń, że świat wokół niej choć trochę się zmieni, ale scena ta wydaje się sugerować, że w Mabel dokonała się wewnętrzna przemiana. Oto pierwszy etap wydostawania się na wolność: samoświadomość.

Inna nieszczęśliwa żona i matka, Emma Bovary, oglądając w teatrze "Łucję z Lammermooru", przebrnęła przez dwa pierwsze akty przedstawienia. Gdy dotarła do sceny szaleństwa, uznała ją za zbyt przesadną. W rezultacie, prawdopodobnie nie chcąc przejrzeć się w losach kobiety, dla której zbrodnia i obłęd są ostatecznym sposobem samoobrony przed opanowanym przez opresyjną męskość brutalnym światem, wychodzi z teatru. Wybiera drogę ucieczki w kolejny romans, odraczając tym samym wyrok, który został już na nią dawno wydany. Żyje bowiem w świecie, w którym nie ma miejsca dla wolnych, decydujących o sobie i swoich losach kobiet. Nie oszaleje wprawdzie jak Łucja, lecz - zapędzona w kozi róg, nie widząc dla siebie innej drogi - targnie się na własne życie.

Maja Kleczewska - inaczej niż Flaubert - wybiera z opery Donizettiego właśnie scenę szaleństwa Łucji, każąc się Mabel przeglądać w niej, niczym w lustrze i przeżywać kolejne etapy pogłębiającego się szaleństwa. Bohaterka "Pod presją" wybiera więc - świadomie czy też nie - drugą możliwą drogę ucieczki w sytuacji ekstremalnej, wewnętrznej niezgody na los, jaki staje się jej udziałem. Poddaje się presji rodziny i przemocy, którą wobec niej stosuje najbliższe otoczenie, ratując się tym samym przed losem Emmy. Wybiera mniejsze zło w tragicznej sytuacji, w której każda z dróg prowadzi do katastrofy. Finalny gest spojrzenia na siebie z zewnątrz zdaje się potwierdzać słuszność tego wyboru i dawać - może nie nadzieję, ale przynajmniej chwilę wytchnienia od przepełnionego koszmarem piekła ludzkiej egzystencji.

Korzeniak, wbrew wszelkim naszym złudzeniom, prowadzi swoją Mabel z żelazną konsekwencją. Świadomie podkreśla sztuczność słów i gramatyki swojej bohaterki, zwracając nam tym samym uwagę na to, że jej prawdziwy język nie ma nic wspólnego z tekstem. Jest nim - podobnie jak w filmie Jane Champion "Fortepian" - muzyka (Mabel jest wszak wiolonczelistką), dopełnia go zaś narracja filmowa, za pomocą której Maja Kleczewska pozwala nam zajrzeć w głąb duszy swojej bohaterki. Projekcje filmowe - przedstawiające w dużej mierze synchroniczne wobec prawdziwych zdarzeń, alternatywne ich wersje - dowodzą żelaznej konsekwencji Korzeniak w procesie tworzenia roli. Musi ona bowiem z chirurgiczną precyzją odtwarzać kolejne elementy partytury spektaklu, nie mogąc sobie pozwolić na pogrążanie się w stanach emocjonalnych bohaterki. Ta matematyczna precyzja, połączona z wywoływaniem w sobie ekstremalnych stanów psychicznych, buduje niezwykłe napięcie, stając się podstawą jednej z najlepszych ról teatralnych tej dekady. Efekt jest piorunujący: etapy zapadania się swojej bohaterki odtwarza z zapierającą dech w piersiach dezynwolturą, nie ma żadnych hamulców, nic jej nie ogranicza, niczego się nie boi, balansuje na cienkiej granicy dzielącej granie ekstremalnych stanów emocjonalnych od udawania i przesady. Chodzi po owej aktorskiej linie, nic sobie z niej nie robiąc. Jest hipnotyzująca i wstrząsająca.

Nie byłoby jednak roli Mabel - tej niezwykłej, kruchej kobiety, brutalnie spychanej w przepaść przez otaczający ją społeczno-rodzinny mikrokosmos - gdyby nie aktorzy Teatru Śląskiego, ten świat ze swoich epizodów tworzący. Szczerość i brutalność zewnętrznej wobec Mabel opresji, rozpisana na głosy członków jej rodziny i przyjaciół, w dużej mierze decyduje o wewnętrznej prawdzie, jaką Korzeniak na scenie uzyskuje. Teatralny mechanizm tego spektaklu, opierający się na relacji opresyjne społeczeństwo - tłamszona jednostka, dopiero dzięki zaangażowaniu całego zespołu aktorskiego staje się odbitą w lustrze teatru cząstką prawdziwej rzeczywistości, poruszającym obrazem ludzkiej kondycji. Dobrze to było widać w Kaliszu, gdzie przecież za sprawą profilu festiwalu sztuka aktorska wybija się w konkursowych pokazach na plan pierwszy. Mnie to w ogóle nie przeszkadza. Łzy wzruszenia są cenne w każdej teatralnej sytuacji.