powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Rykoszetem prosto w serce

"Koniec miłości" Pascala Ramberta w reż. Doroty Androsz z Teatru Polskiego w Bydgoszczy na 59. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku Festiwalu Sztuki Aktorskiej.

W spektaklu "Koniec miłości" rozstanie odbywa się na trzech poziomach narracyjnych: związku konkretnego mężczyzny z konkretną kobietą, uniwersalnej relacji męsko-damskiej oraz autotematycznej paranteli aktora z aktorką. Są one oczywiście zapisane w tekście Ramberta, usunięcie jednak przez reżyserkę imion głównych bohaterów wzmacnia widoczność owych narracji, które - przenikając się ze sobą - tworzą gęstą, poetycką, nieoczywistą tkankę tego znakomitego przedstawienia. Interpretacja spektaklu może być zatem wieloraka - od tej osobistej, czerpiącej przede wszystkim z własnych, emocjonalnych doświadczeń widzów, poprzez tę polityczną, diagnozującą toczącą się obecnie walkę emancypującej się kobiecości ze słabością męskości, aż do tej kulturowej, gdzie teatr jawi się jako miejsce kolejnej rewolucji, w której jeden z aktorów postanawia odejść ze sceny.

Jawnie teatralny finał sztuki - gdy bohaterowie ruszają, by się ze sobą spotkać, ale w ostatniej chwili rezygnują i schodzą ze sceny w dwóch przeciwległych kierunkach - wskazuje na ironiczny charakter tytułu. A to dlatego, że nawet tak jednoznaczny koniec owej wielopoziomowej relacji bohaterów, zwłaszcza odczytywany jako znak teatralny, nie może być wzięty przez nas na poważnie. Zgodnie bowiem z naturą teatru może już jutro aktorzy - Katarzyna Herman i Juliusz Chrząstowski - znów wejdą na scenę, tę pełną pustych słów pustynię i ponownie rozpoczną swój dialog. O tym, że o końcu relacji nie ma tu mowy, świadczą dodatkowo emocje słuchających - i aktorów, i widzów; stara prawda mówi przecież, że jeśli jakakolwiek miłość się kończy naprawdę, pojawia się obojętność, a tej zarówno w oczach Katarzyny Herman, jak i Juliusza Chrząstowskiego zupełnie nie widać. Oczy wielu osób, opuszczających teatr, również na to nie wskazywały. A więc to jeszcze nie koniec miłości, co najwyżej koniec złudzeń. I - być może - koniec pewnej epoki

Każdy spektakl jest inny. W tym kaliskim Mężczyzna Juliusza Chrząstowskiego długo kazał na siebie czekać. Kobieta Katarzyny Herman kręciła się w kółko, szeleszcząc stopami po przestrzeni wypełnionej niebieskim piachem, w który w spektaklu zamieniają się słowa padające z ust protagonistów, ich wspomnienia, łzy i pocałunki, którymi niegdyś się obsypywali. Do momentu, w którym Mężczyzna Chrząstowskiego wkracza na scenę, by ogłosić definitywny koniec. Oboje z Herman prowadzą swoje postaci zjawiskowo. Jego czterdziestopięciominutowa tyrada mieni się wszystkimi kolorami emocji, układającymi się w tęczową mozaikę ich wspólnego, nie chcianego już przez niego życia. Prowadzi frazę z pełną dezynwolturą, ślizgając się po barokowej, pełnej słownych girland, niezwykle dobrze przetłumaczonej przez Marynę Ochab polszczyźnie, za pomocą której wyczarowuje niezwykle plastyczne obrazy kolejnych etapów ich relacji. Ona i jej ciało w napięciu śledzą jego narrację, złożoną ze słów, spojrzeń, gestów i nieoczekiwanych odruchów.

Tym razem słowa nie padają od razu w dół, zamieniając się w ziarenka piachu. Lecą niczym sztylety w kierunku Kobiety Herman, przebijają ją na wylot i dopiero wtedy przechodzą do historii. Jej fizyczne reakcje są wręcz porażająco prawdziwe: można niemal fizycznie poczuć ból i rany, zadawane jej wciąż i wciąż przez bezwzględnego, zapamiętałego w szale własnych emocji Mężczyzny. W połowie spektaklu Herman porzuca rolę tarczy, sama stając się precyzyjnym, zimnym sztyletem, z furią atakującym wyczerpanego emocjonalnie Chrząstowskiego. Od czasu do czasu widzimy tylko błyski mieniących się w świetle kropel łez w kącikach oczu Katarzyny Herman. Te łzy również nie od razu spadają na ziemię. Uderzają w nas, widzów, poruszając w nas to, co mamy najlepszego: delikatną, wrażliwą strunę naszej duszy. Dopiero po chwili lądują w piachu, wsiąkając w jego niezgłębioną strukturę. I choć widzimy w finale, że para idzie w przeciwnych kierunkach, trudno się tym martwić - jutro przecież znowu gdzieś zagrają i znowu staną naprzeciwko siebie. I kto wie, może któregoś razu poczują, że trzeba zacząć już tam, w finale, nie czekając na kolejną szansę i kolejny spektakl. Życie bowiem to nie teatr, nie powtórzy się po raz drugi...