powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Świętości naszej powszedniej

"Żywoty świętych osiedlowych" Lidii Amejko w reż. Kariny Grabowskiej w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Henryk Mazurkiewicz, członek Komisji Artystycznej 25.Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Jak głosi "Genesis według Heńka Pajęczarza": "Na początku był niebytu beton". Jednak spacerując wzdłuż ulicy Mickiewicza, tej, która przecina Zabytkowe Osiedle w Czerwionce-Leszczynach, myślisz raczej o cegłach jako materiale podstawowym i pierwotnym. O czerwonych cegłach, z których w pierwszych dziesięcioleciach ubiegłego stulecia zbudowane zostały te liczne, świetnie i po dzień dzisiejszy zachowane, familoki. Każdy domek niby taki sam, lecz żaden, tak naprawdę, się nie powtarza. Pomysłowi, żeby wystawić tu - a dokładniej na obszernym podwórku przy domu numer 8 - "Żywoty świętych osiedlowych" Lidii Amejko można jedynie przyklasnąć. Trudno chyba o lepszą do tego przestrzeń.

Ale przestrzeń, przez swoją autentyczność jakże klimatyczna, to jedno, jeszcze ważniejsza jest publiczność. Również zupełnie wyjątkowa. Rodzice z wózkami dziecięcymi. Dziadkowie i młodzież szkolna. Sąsiad obok sąsiada. Na siedząco, czyli na jednym z krzeseł czy na ławkach rozstawionych przed słupami suszarek, i na stojąco. Czasami gdzieś zupełnie na uboczu, żeby jasno nie deklarować swego uczestnictwa w wydarzeniu, lecz wszystko widzieć. Stroje, jak się domyślacie, przeróżne, nastroje też, chociaż zdecydowanie przeważa ciekawość. Bo, znowuż, zobaczyć Teatr Śląski u siebie na podwórku, to jedno, ale zobaczyć samych siebie, swoich znajomych i krewnych w tym teatrze, to coś zupełnie innego.

Pomysł twórców o dziennikarsko-etnograficznej proweniencji był prosty, lecz jakże trafny. Zebrać historie opowiadane przez mieszkańców Czerwionki. Nagrać je. Odpowiednio zmontować i puścić na trzech starych telewizorach, przeplatając je z fikcją literacką, która, jak się okazuje, nie o wiele bywa barwniejsza od lokalnej faktografii. Jedno znakomicie uzupełnia drugie dowodząc, że świat wymyślony przez Lidię Amejko nie jest czystą fantazją utalentowanej autorki. Dla mieszkańca metropolii, który sąsiadów widuje od czasu do czasu w windzie lub na klatce schodowej i granic grzecznościowego "dzień dobry" raczej nie przekracza, nie jest to już wcale takie oczywiste. Osiedle, będąc, wydawałoby się, zjawiskiem dla wszystkich bliskim i dobrze znanym, w praktyce okazuje się doświadczeniem coraz mniej powszechnym.

Co ciekawe, w tym sezonie Teatr Śląski wprowadzał widza w realia małych, zamkniętych społeczności także w wyreżyserowanych przez Jacka Głomba "Wielu demonach". Przypominam o tym, bo mi się jakoś te dwa spektakle rymują. Łączy je mniej lub bardziej ukryta tęsknota za światem na ludzką miarę skrojonym, a jednocześnie pełnym zagadek i niesamowitości. Bo Sigła Jerzego Pilcha, jak i Osiedle (wielką literą, rzez jasna, pisane) Lidii Amejko, to są frapujące mikrokosmosy mieniące się blaskiem przeróżnych, czasami zupełnie egzotycznych opcji światopoglądowych i zupełnie nietypowej topografii. Tu można być pustelnikiem, mieszkając w bloku około nasypu. Codziennie przechodzić obok Transformatora Światłości czy Boiska Armagedon. Uciąć drzemkę pod Osiką Epifanii, a pod sklepem monopolowym Jerycho spotkać średniowiecznego teologa Mikołaja z Kuzy. Lokalnych Szopenchałerów i Chajdegerów też nie zabraknie. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro Absolut w Osiedlu równie często bywa marką wódki, co Absolutem w sensie ścisłym. Dlatego też, jak ktoś z mieszkańców zacznie burzliwe dzieje czyjegoś żywota opisywać, to bez skrupułów, chociaż nie bez cienia bluźnierstwa, jest w stanie stwierdzić: "Święci jesteśmy, tylko nic o tym nie wiemy". Warto więc spisać osiedlowe legendy, żeby je "sobie każden w pamięci wyrył i potem wiedział, co ma gadać, gdy przed obliczem Pańskim stanie".

Z tak powstałego pocztu Karina Grabowska, pełniąca rolę nie tylko reżyserki, ale i adaptatorki tekstu, wybrała kilka postaci najbardziej, można powiedzieć, reprezentatywnych i teatralnie atrakcyjnych. Akurat na godzinne przedstawienie, w trakcie którego poznamy, dajmy na to, Świętego Eryka Pakera, który był wypocił sumienie na fitnesie, a wraz z nim i sporą część rozumu, bo nie skumał, że do niego, dopasowawszy epifanie do nowych mediów, Pan Bóg esemesy pisze. Czy Świętą Apolonię, Pannę i Męczennicę, która niosła powszechne ukojenie pracując w agencji towarzyskiej. Za całkiem, należy zauważyć, rozsądną płacę. Świętego Jaracza Blantów, wywabiającego uporczywą pamięć. Bezrobotnego Fistulkę, co zastanawiał się nad sensem własnego istnienia wałęsając się po okolicy i naciskając naraz wszystkie guziki domofonów. Nieszczęśnik swym zachwianiem egzystencjalnym zaraził całe Osiedle i nie wiadomo czym by się to wszystko skończyło, gdyby go zając uszami nie zabił. Zając, który zamarzł w sopel, bo go myśliwy Kraśko na mróz za okno wywiesił. Nie obejdzie się bez Świętego Egona. Bohater ten, nie szczędząc ani sił, ani czasu (chociaż tego ostatniego akurat miał w dostatku, ponieważ od dawna przebywał na emeryturze), wyjednał rozgrzeszenie dla kupy seriali i kilka programów informacyjnych. Niestety, zapomniał o reklamach.

Wszystkie te niesamowite klechdy reżyserka wpisała w świetnie pasujące do snucia tak barwnych opowieści ramy małego towarzyskiego przyjęcia pod gołym niebem. Gospodarze nakrywają już na stół, kiedy na wspomniany podwórek wjeżdża stary Volkswagen Golf. Pogoda ze wszech miar dopisuje. Świeci pierwszomajowe słoneczko. Jest ciepło i przyjemnie. Chociaż na budynku naliczyłem pięć krążków satelitarnych, a Święty Egon pozwolił trafić do nieba między innymi "Grze o Tron", w spektaklu panuje urokliwa, zgrabnie podkreślana doborem strojów i muzyki retro-atmosfera. Dwa małżeństwa (Bartłomiej Błaszczyński i Katarzyna Brzoska, Karina Grabowska i Michał Rolnicki), najprawdopodobniej od młodości znający się przyjaciele, spotykają się, żeby w zgodzie, bez pośpiechu popijając białe i czerwone, hojnie częstując publiczność krokietami z kapustą i grzybami, wspólnie spędzić świąteczne popołudnie. Trochę pogawędzić, trochę pośpiewać. A dla większej zabawy, losując z drewnianego puzderka imiona i tytuły lokalnych świętych, urządzić własny mały teatrzyk osiedlowy.

Oddają się temu pomysłowi z wielką zachłannością i nieskrywaną, iście sztubacką frajdą. Wymieniają się fragmentami historii, sprytnie ogrywają każdą rzecz, która wpadnie im w ręce, popisują się retoryczną swadą i zwyczajnie się wygłupiają, latając dookoła budynku niczym w jakieś kreskówce. Patrząc na to wszystko w wielkim rozbawieniu, nie mogłem jednocześnie oprzeć się melancholijnej refleksji, że opisywany w ten sposób świat znika na naszych oczach. Wkrótce stanie się mniej więcej tym, czym są stare familoki w Czerwionce - kolejną atrakcją Szlaku Zabytków Techniki. W tym wypadku techniki życia społecznego, niegdyś rozpowszechnionej i jakby "naturalnej", w przyszłości, najprawdopodobniej, obecnej prawie że jedynie na stronach takich właśnie "Żywotów świętych osiedlowych". Nie chcę powiedzieć, że należy z tego powodu wpadać w rozpacz i przelewać swój 1% podatku na konta ratujących podobne osiedla. Być może i dobrze, że ten etap za jakiś czas będzie już za nami. To znaczy za zdecydowaną większością mieszkańców wielkich miast. Problem chyba w tym, że alternatywy nie napawają jednoznacznym optymizmem. Zbyt mało w nich tej wspomnianej "ludzkiej miary", zbyt wiele wirtualnej niepewności i odosobnienia.

Chociaż jest szansa, że przesadzam. Ale to tylko dlatego, że gdy myślę o spektaklu, uświadamiam sobie, że wciąż przebywam pod roztoczonym przez twórców czarem tak ładnie dopełniającej dzieło Stwórcy wspólnoty.