powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zaklęta piosenka Bobby'ego Kleksa

"Wracaj" Przemysława Pilarskiego w reż. Anny Augustynowicz, Koprodukcja Teatru Powszechnego w Łodzi i Teatru Współczesnego w Szczecinie. Pisze Zuzanna Berendt, członkini Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Kolejne spektakle Anny Augustynowicz zaczyna się oglądać z poczuciem znajomości kodu, którym posługuje się reżyserka. Takie przekonanie, wykształcone podczas wielokrotnego obcowania z pielęgnowanym od lat stylem plastycznym jej spektakli, łatwo może prowadzić do pewnego rodzaju odbiorczej nieuwagi, braku wrażliwości na to, co odbywa się na scenie w inny sposób niż zazwyczaj. W spektaklu "Wracaj" na podstawie sztuki Przemysława Pilarskiego, Augustynowicz ponad warstwę wizualną wyprowadziła zawarte w tekście rytmy i melodie, układające się w zaklętą piosenkę wiążącą bohaterów ze sobą nawzajem, ale także z domem, w którym żyją i miastem, w którym stoi ten dom i z przeszłością jego mieszkańców. Efekt, który udało się uzyskać twórcom na poziomie akustycznym czyni spektakl poruszającym mimo jego osadzenia w znanej wielu widzom estetyce.

Tytułowe zawołanie "Wracaj", pochodzi z tego samego porządku co "Tęsknię za tobą, Żydzie", napisane przez Rafała Betlejewskiego na murze budynku znajdującego się na warszawskiej Woli. Ma na celu wprowadzenie do dyskursu publicznego wypowiedzi dotychczas w nim nieobecnej, ale wpisana jest w nią świadomość niemożliwości dotarcia do zamierzonego adresata. Bobby Kleks, bohater sztuki Pilarskiego wraca do Radomia, swojego rodzinnego miasta, ale kiedy kieruje się do swojego domu, znajduje w nim obcą rodzinę. Pilarski, a za nim Augustynowicz, prowadzi opowieść w dystansie od historycznego konkretu, do którego odnosi się sztuka, a jest nim zajmowanie przez Polaków mieszkań i mienia po Żydach w czasie i po drugiej wojny światowej.

Żaden z członków rodziny - matka, syn, ani córka - nie wypowiedział formuły "wracaj", na którą odpowiedzią mogłoby być przybycie Bobby'ego. Gość jest więc nieproszony, ale przez to, że każdy element domowej rzeczywistości wydaje się w jakiś sposób do niego odnosić, można podejrzewać, że spodziewano się jego przybycia, choć raczej z lękiem i niechęcią, niż z radością. Przed udzieleniem informacji o tym kto był wcześniejszym lokatorem Matka (Maria Dąbrowska) broni się mówiąc, że jest to wiedza, którą posiadał jedynie jej mąż (o przyczynach jego zniknięcia z rodzinnego domu niczego się nie dowiadujemy). Syn (Adam Kuzycz-Berezowski) jest wystylizowany na zwolennika pochodów pod flagą z symbolem Falangi i nie nawiązuje kontaktów z gościem. Córka (Monika Kępka) z kolei natychmiastowo nawiązuje z nim relację. Problematyczne wydaje mi się przedstawienie Córki, która w spektaklu wystylizowana jest niemalże na żeńską wersję Orcia - dziecka mającego kontakt z rzeczywistością niepoznawalną zmysłowo, jednocześnie opóźnionego i genialnego. Banalność tego rozwiązania jest jednak rozbijana, głównie przez wykonywane przez Kępkę partie wokalne, które pozwalają aktorce wykroczyć poza prostą logikę psychiczną postaci.

Niezwykłą relację tworzą na scenie Maria Dąbrowska i Anna Januszewska grająca Bobby'ego. Jest ona czymś więcej niż relacja między postaciami, bo budowana jest w oparciu o bardzo konkretne rozwiązania akustyczne. Dąbrowska poruszająca się po scenie o kulach, ich uderzeniami o podłogę wyznacza główny rytm spektaklu, któremu podporządkowane są rytmy prowadzone przez pozostałych bohaterów. Aktorka jest niezwykle wyczulona na momenty "rozstrajania się" dźwiękotwórczego mechanizmu, przez co pełni rolę jego strażniczki. Z kolei Januszewska, jako Bobby, nie wpisuje się w kreowaną strukturę rytmiczną, a w quasi-wokalnych partiach, które wykonuje, unika zastygnięcia w formie, która miałaby w sobie rygor i powab obecny w rytmach wytwarzanych przez innych.

Czasowość spektaklu strukturyzowana przez rytm wydaje się zwichnięta, nie zakorzeniona w żadnym spośród podstawowych porządków czasowych. Teraźniejszość jest tutaj nieustannie unieważniana przez powrót Bobby'ego. On z kolei nie może odnaleźć w znajomym miejscu śladów przeszłości, które pozwoliłyby mu prawomocnie się z tym miejscem związać lub ostatecznie je opuścić. Przyszłość wydaje się być w tym układzie celem niemożliwym do osiągnięcia, leżącym poza granicą kręgu, w którym teraźniejszość nieustannie zawraca do przeszłości, a przeszłość wyrzuca intruzów do leżącego gdzie indziej "teraz". Oparcia nie można odnaleźć również w języku Pilarskiego, który konsekwentnie pozbawia niewinności frazy, mogące w innych kontekstach brzmieć zupełnie neutralnie. Dzieje się tak na przykład kiedy Matka wyrzuca córce, że ta stale ma "żałobę za paznokciami", albo kiedy Leśne Dziadki, na pytanie "która godzina?", odpowiadają "wpół do komina". Język staje się miejscem mimowolnego zapisu wojennych traum, które nie stają się częścią zamkniętego archiwum, ale wciąż, uparcie powracają. "Wracaj" jest jak kalambur, którego twórca miał złe intencje i wcale nie zamierzał dać czytającemu satysfakcji odkrycia zaszyfrowanego hasła. Sposób w jaki o wydarzeniach historycznych opowiada się w tekście nie pozwala na uzyskanie efektu ulgi ani fałszywego pojednania. Anna Augustynowicz nie zdecydowała się na inscenizację wyjaśniającą wobec tekstu Pilarskiego, a wręcz przeciwnie, do szyfrów wpisanych w dramat przez autora, dodała kolejne, posługując się środkami inscenizacyjnymi takimi jak zamiana płci bohatera, czy obsadzenie aktorów w kilku rolach. Pierwsze wystawienie tekstu Pilarskiego jest przez to niezwykle ciekawe, a jednocześnie niemożliwe do zastosowania jako "uniwersalny klucz" do tekstu. Precyzyjnie skonstruowana przez reżyserkę forma nie pozwala bowiem na powierzchowne naśladownictwo.