powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Słowa na wolności

Teatralna Akademia Seniora, działająca w toruńskim Teatrze im. Horzycy zaproponowała swoim słuchaczom niecodzienny temat. Jedno ze spotkań edukacyjnych poświęcono obecności wulgaryzmów na scenie - pisze Jolanta Kowalska.

Toruńska inicjatywa nie jest oczywiście czymś nadzwyczajnym, niejeden teatr w ostatnich latach musiał się gęsto tłumaczyć z powodu językowych "wykroczeń". Wydawało się nawet, że temat prawa wstępu słów uznanych za obelżywe w wysokie progi teatru (czy szerzej - sztuki) został już dostatecznie przeżuty, rozbrojony i zarchiwizowany, wobec wyschnięcia polemicznego paliwa. Coś jednak musi być na rzeczy, skoro w Toruniu podjęto trud edukowania seniorów w duchu tolerancji dla artystycznej swobody języka. Nie znam lokalnego kontekstu - może podaż wulgaryzmów wzrosła i podjęto działania prewencyjne, uprzedzające atak. A może wyciągnięto wnioski z wcześniejszych doświadczeń. Rok temu opinię publiczną zaalarmował list mieszkańca miasta, który oskarżył teatr o nadużywanie wulgaryzmów na scenie. Torunianin sporządził nawet listę przedstawień, w których doszło do gorszących praktyk językowych, obrazy uczuć religijnych oraz nadmiernego eksponowania nagości. "Nie chcę słuchać tych przekleństw w pięknej scenerii toruńskiego teatru, z ust skądinąd renomowanych aktorów" - pisał oburzony widz.

Dyrektor artystyczny teatru, Paweł Paszta, zareagował z kurtuazją: podziękował za opinię, zapewnił, że teatr nikogo obrażać nie chce, a nawet zaprosił autora listu na osobiste spotkanie, by zapoznać się bliżej z jego punktem widzenia. W kilkanaście miesięcy później teatr zadziałał wychowawczo, organizując zajęcia dla seniorów, poświęcone spornej kwestii. To strategia roztropna, pewnie skuteczniejsza niż praktykowane nierzadko w takich sytuacjach nokautowanie przeciwnika listą festiwalowych sukcesów i nagród, jakie zdobyły kontrowersyjne spektakle. Dawanie publiczności do zrozumienia, że musi dorosnąć do przekazu, nie gwarantuje dobrego partnerstwa. Perswazja z pewnością przyniesie więcej korzyści niż okazywanie wyższości. Warto jednak miarkować dydaktyczny zapał. Widzowie, protestujący przeciwko wulgaryzmom w teatrze, zazwyczaj uznają go za miejsce odświętne. Takiego argumentu użył wspomniany mieszkaniec Torunia, któremu szorstki język, serwowany w spektaklach nie konweniował z "piękną scenerią" teatru. Wyobrażenie o teatrze jako świątyni, której nie należy kalać brudem życia, jest już coraz bardziej passé, ale wciąż jeszcze żyje wśród części publiczności. Dopóki trwa przywiązanie do tej utopii (a wraz z nim również mieszczański sentyment do odświętnego celebrowania swojej bytności w teatrze), dopóty jest szansa, że w krytycznej chwili znajdą się siły zdolne go bronić. Ten sentyment, choćby nawet usposobiony wojowniczo wobec nowinek i progresji w sztuce, można jednak wliczyć w aktywa teatru. Gorsza niż wojna jest obojętność.

Może się zresztą niebawem okazać, że wobec przemian w praktyce języka problem z wulgaryzmami trzeba będzie zdefiniować zupełnie inaczej. Dotąd obecność niecenzuralnych wyrażeń na scenie tłumaczono względami realizmu (brutalizuje się życie, zmieniają się normy społeczne, coraz więcej słów wulgarnych przenika do naszej mowy codziennej, czemu więc udawać, że ich nie ma?), ich potencjałem emocjonalnym, wywrotowym, przydatnością w charakterystyce postaci. Większość z tych argumentów opiera się na przekonaniu, że wulgaryzmy to wykroczenie przeciwko normie, wybryk, stan wyjątkowy języka. Co jednak się stanie, gdy przekleństwo straci charyzmę wyjątkowości? Gdy się zdewaluuje, przestanie dźwięczeć bluźnierczo, wtopi w obojętną magmę słów?

Wulgaryzm zignorowany traci moc i - podobnie jak źle opowiedziany dowcip - może stać się źródłem publicznej kompromitacji. Zdarzyło mi się widzieć niedawno w niedużym, powiatowym mieście przedpołudniówkę z udziałem młodzieży szkolnej. W spektaklu - wcale niezłym - padło kilka przekleństw w afekcie. Dawniej tego rodzaju eksces wywoływał żywą (najczęściej ciepłą) reakcję na widowni, tym razem jednak przeszedł zupełnie bez echa. Nastolatkowie, wpatrzeni w ekrany swoich smartfonów, ani drgnęli. Chłód obojętności emanował też ze strony nadzorujących ich pedagogów. Słowa trafiły w próżnię, co wprawiło w konfuzję aktorów. Efekt wzmocnienia przekazu, zaplanowany przez twórców spektaklu, nie zadziałał.

Nie był to wypadek odosobniony. Wiele wskazuje na to, że wulgaryzmy nam spowszedniały. Stały się elementem stylu, malowniczym dodatkiem do języka, nośnikiem humoru. Zmianę stosunku Polaków do wulgaryzmów potwierdzają prowadzone cyklicznie badania CBOS-u. Wynika z nich, że odsetek osób przeklinających jest wyższy niż kiedykolwiek dotąd i wciąż rośnie we wszystkich grupach społecznych. Zmienia się też sposób postrzegania wulgaryzmów. Zdecydowana większość badanych pod różnymi warunkami akceptuje je w mowie codziennej. Językoznawcy mówią wręcz o dewulgaryzacji polszczyzny.

Przemianom w społecznej reprezentacji przekleństw towarzyszy przekonanie o zintensyfikowaniu ich obecności w sferze publicznej. Nie brak tu jednak ciekawych ambiwalencji, bowiem wzrostowi przyzwolenia na wulgaryzmy towarzyszy postępująca restrykcyjność Internetu. Media społecznościowe i moderowane fora poddają coraz większej kontroli poczynania swoich użytkowników, co więcej - sami użytkownicy kontrolują siebie nawzajem, zgłaszając administratorom wykroczenia przeciwko naruszaniu reguł społecznego współżycia w sieci. Większość tych dyscyplinujących interwencji dotyczy nieakceptowalnego użycia języka. Nie zmienia to faktu, że "siarczyste" słówka windują atrakcyjność internetowego przekazu (co w warunkach morderczej walki o liczbę kliknięć, lajków i linkowań jest sprawą niebagatelną). Wulgaryzmy ubarwiają frazę, kokietują w nagłówkach. Brawura stylistyczna Szczepana Twardocha, który opatrzył swój cykl felietonów w portalu Silesion.pl tytułem "Czasem coś mnie wkurwi", czy Magdaleny Kostyszyn, autorki poczytnego bloga "Chujowa pani domu", nie razi już w sieci, ale w mediach tradycyjnych mogłaby wzbudzić sprzeciw.

Niewątpliwie jednak rewolucję językową, która wprowadziła słownik uliczny na salony mamy już od dawna za sobą. Frazy założycielskie, które torowały mu drogę do wysokich rejestrów kultury, takie jak wiersz-wstrząs Marcina Świetlickiego, ongiś miażdżący czytelników wersami: "człowiek, który wydrapał słowo HUJ na ścianie/ przecież jest lepszym poetą od ciebie" ("Druga połowa"), czy głośne "Flupy z pizdy" Zdzisława Sajnoga, nie budzą już świętokradczego dreszczu. Kto dziś, po upływie ponad ćwierci wieku pojąłby heroiczny wymiar ironii "Manifestu trzech Marcinów" (Barana/Sendeckiego/Swietlickiego), którego autorzy na zarzuty bezideowości swojej poezji, wysunięte przez Juliana Kornhausera, odpowiadali: "Napisalibyśmy wiersze/ Pełne niezłych idei (...) Ale, drogi Julianie/ Żadna nie stoi za oknem/ Tak, za oknem ni chuja idei!".

Teatr spóźnił się z tą rewolucją języka mniej więcej o 10 lat, ale kolokwialna swoboda tekstów Przemysława Wojcieszka, czy upstrzone "kurwami" monologi wczesnych spektakli Strzępki i Demirskiego też miały moc atomową.

Dziś sytuacja się zmienia - wzrost tolerancji dla wulgaryzmów sprawia, że spowszedniały i - niestety - zaczynają nużyć. Schematy i mechaniczne powtórzenia dewaluują język bardziej niż obsceniczne dodatki. Warto wspomnieć dla przestrogi choćby karierę słówka "zajebisty", które po wzbiciu się na szczyty popularności w krótkim czasie stało się "obciachowe". Gdy przekraczanie normy językowej stało się normą, warto przemyśleć na nowo funkcje i sposób użycia wulgaryzmów. Teatr, który chce być sztuką krytyczną, powinien poddawać krytycznej refleksji również własne tworzywo. Założenie, że mowa jest obrazem świata jest zapewne prawdziwe, ale zbyt prostoduszne. W dobie zaawansowanych technik manipulacji dobrze byłoby jednak okazać językowi trochę nieufności. Taką nieufność od wczesnej fazy twórczości można było obserwować w dramatach Pawła Demirskiego, przenicowujących różne dykcje, dokonujących "wrogiego przejęcia" dyskursów polityki, ekonomii, popkultury, by podważyć ich prawomocność. W spektaklach duetu niejednoznaczny status miewały nawet bluzgi, będące znakiem ironii wobec rzeczywistości i autoironii tekstu wobec samego siebie. W kompulsywnych, strzelających ostrą amunicją monologach Demirskiego słyszało się głos spsiałego polskiego inteligenta - jego neuroz, frustracji, natręctw i kompleksów, znajdujących kompensację w bełkocie nowoczesności. Ale teksty Demirskiego są jak wielozadaniowe myśliwce - obsługują różne pola walki. Generalnie - co widać na przykładzie wulgaryzmów - stosunek teatru i dramaturgii polskiej wobec języka bywa częściej reaktywny niż analityczny. Trochę szkoda. Jeśli już wypuściliśmy je z piwnic polszczyzny na wolność, zróbmy z nich sensowny użytek.