powiększwersja do drukupoleć znajomemu

POLAKI. Nowe życie. Nowy on i nowa ona

"Inni ludzie" Doroty Masłowskiej w reż. Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa. Pisze Zbyszek Dramat.

Podobno, jak mówią i piszą o Tobie, nieważne czy dobrze, czy źle, to już uzyskałeś swój cel. Tak też jest i z moim pisarstwem. Moje teksty jak się okazuje są czytane i rezonują. Mam coraz więcej reakcji, z których jestem bardzo rad. Ostatni przykład z wczoraj. Wracając ze spektaklu usłyszałem w teatralnym autokarze dyskusję młodych ludzi (najpewniej studenci - teatromani) o tym, co pisze "ten, no ten Zbyszek Dramat". Jednemu z nich przeszkadza, że formułuję swe myśli w punktach. Drugi nie ma z tym problemu. Rozmowa dotyczyła też treści moich tekstów i stosowanych tam metafor i kontekstów. Nie chcę się do tego odnosić, bo podobno prawdziwa cnota krytyk się nie boi. Tym bardziej, że każdy mój tekst jest inny, ponieważ ćwiczę rożne formy sztuki z zakresu teatrologii stosowanej. Nigdy nie piszę całościowego, spójnego sprawozdania ze spektaklu, gdyż nie czuję się recenzentem, w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ci, którzy oczekują, że napiszę czy warto pójść do teatru mogą poczuć się rozczarowani. Bo ja uważam, że zawsze warto. Jedyne co robię, to przelewam do komputera myśli, które powstają w mojej głowie w wyniku udziału w przedstawieniu teatralnym. Postanowiłem jednak spełnić jeden usłyszany postulat. Tego tekstu nie napiszę w całości w punktach. Zrobię to tylko fragmentarycznie.

Zanim wybrałem się na to przedstawienie usłyszałem o nim sporo niepochlebnych słów, ale były to głosy ze środowiska teatralnego, z tego powodu niereprezentatywne Wszystkie je można znaleźć w necie, w związku z tym nie będę ich tu cytował. Pozwolę sobie jednak na zajęcie własnego stanowiska. Ja to kupuję! To jest mój spektakl! To jest mój sposób wyrażania rzeczywistości! Grzegorz Jarzyna i jego teatralny zespół idealnie wręcz wyrazili to, co chciała nam przekazać Dorota Masłowska. Ja przez książkę do końca nie przebrnąłem, ale reżyser, aktorzy i pozostali twórcy spektaklu zrobili to lepiej niż Autorka. Lepiej, gdyż wykorzystali do tego cały arsenał środków przekazu teatralnego, filmowego (łącznie ze sztukami wizualnymi), muzycznego i tanecznego. Końcowy, wręcz psychodeliczny efekt naprawdę warto zobaczyć.

Treści spektaklu nie da się opowiedzieć, tak jak streścić książki Masłowskiej. Cieszę się z tego, tym bardziej dlatego, że ja i tak nigdy tego nie robię. Dla mnie bazą do pisania są głównie inspiracje teatrologiczne z zakresu nauk humanistycznych i nauk społecznych. I tak jest i tym razem. Zacznijmy zatem od programu przedstawienia. Wydrukowano go w postaci produktowej gazetki promocyjnej pod tytułem "Inni ludzie. Nowe życie, nowa ona". W dziale "Relaks" reklamowany jest lek uspokajający Xanax i wino Carlo Rossie. Wbrew temu co tu się pisze, nigdy nie musiałem po nich dzwonić na numer 112. Dodam też, że przeceniona tu poezja warta jest swej ceny. Nie skapowałem jednak o co chodzi z tym serkiem waniliowym, którym Niemcy zabijali Polaków podczas wojny. Chyba, że chodzi o wojnę, tę trzecią, która już się toczy, tylko niektórzy nie chcą jej zauważyć. Masłowska i Jarzyna są w gronie tych, którzy ją dostrzegli i coraz głośniej o niej mówią. Jest to wojna o nas i dotyczy naszych wyborów konsumpcyjnych, kulturowych, społecznych i życiowych.

Spektakl rozgrywany jest na bardzo wysokich tonach (o czym się wczoraj przekonałem). Momentami w stylu bum-bum (bomby kulturowej) uderza w człowieka/widza bardzo mocno. I o to chodzi, bo cały ten spektakl ma Cię walnąć (bohaterowie sztuki użyliby słowa "jebnąć"), wstrząsnąć Tobą i mną.

W realizacji przedstawienia przedstawiającego to, co napisała D. Masłowska wzięło/bierze udział ca. 150 osób, jeżeli doliczmy tu także obsługę spektakli na miejscu. Jak dowiadujemy się od reżysera, ma on charakter partycypacyjny. Zrealizował go kolektyw, w skład którego weszli m.in. aktorzy z zespołu TR Warszawa, kompozytorzy, artyści warszawskiej sceny hip-hopu, graficy, animatorzy, artyści wizualni i twórcy wideo. Kilkadziesiąt mieszkańców i mieszkanek Warszawy z różnych środowisk użyczyło swoich wizerunków i głosów do nagrań audio i wideo, wykorzystanych w przedstawieniu. To praktyka godna naśladowania. Sam od dawna czekam na zaproszenie do projektu teatralnego o otwartym charakterze. W Warszawie jeszcze się tego nie doczekałem. Cieszę się natomiast z tego, co zdarzyło się w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie reżyserka Ewelina Marciniak zaprosiła widzów (w tym i mnie) do procesu przygotowania swego "Odysa".

W spektaklu w ujęciu estetycznym pojawia się wiele kolorów. Na pierwszy plan wysuwa się zielony. To kolor o dużym ładunku pozytywnej energii. Oprócz spokoju, niesie również harmonię oraz szczęście. Zielony jest kolorem nadziei i wolności. Inne pozytywne skojarzenia z kolorem zielonym? Pieniądze. Tak, pieniądze i dobrobyt (tak, o dobrobycie i dobrostanie jest ten spektakl). Zielony oznacza również zgodę i akceptację. Zielony nie jest jednak wolny od negatywnych konotacji. W średniowieczu kolor ten uważano za pechowy i ściągający złe moce. Chrześcijanie kojarzyli ten kolor wręcz z diabłem (źródło: blog.michalgosk.com). Kolejny to kolor fioletowy. Fioletowy w oparciu o wiedzę wikipedyczną od zawsze kojarzył się z władzą, uduchowieniem i szlachetnością. W religii purpura symbolizuje mękę Chrystusa. Fiolet stał się też kolorem buntu i przemian. Uznawano go za niekonwencjonalny i prowokujący, zaś odcienie fioletu stały się symbolem młodości i poszukiwania wolności. Kolor fioletowy pięknie widoczny jest nawet na włosach Justy (w tej roli Ola Popławska). Trzecim ważnym kolorem spektaklu jest czerwony, ale chyba jego symboliki tłumaczyć nie muszę. Podobnie rzecz się ma z niebieskim (w tym kolorze świetlna koszulka Cezarego Kosińskiego).

Czas na punkty. Pozwolą mi one na zebranie w jednym miejscu wszystkiego tego, na co zwróciłem uwagę w spektaklu:

1. Perfekcyjne aktorstwo, jak zawsze w tym teatrze. Na szczególną uwagę zasługują Agnieszka Żulewska i Tomasz Tyndyk - oboje w świetnej formie scenicznej. Tyndyk jako Mr Carlo Rossie wyskakujący z butelki - po prostu doskonały.

2. Treść spektaklu musi wywołać wyższe ciśnienie krwi zarówno u lewaków jak i u prawaków. I o to chodziło.

3. Okazuje się, że można połączyć postmodernizm z modernizmem na jednej scenie, przez prawie 3 godziny (spektakl jest krótszy, ale w jego trakcie mieliśmy wymuszoną awarią mikroportów przerwę - dla mnie oczywisty znak teatralny). Treść jest modernistyczna, ale forma jest post. Lub na odwrót - to, co jest w treści postmodernistyczne wystawiane jest na scenie bardzo modernistycznie.

4. Warto przed tym spektaklem pójść do kina na "Jean-Luc Godard. Imaginacje". Absolutnie koniecznie. Bardzo podobna estetyka. Z tego punktu widzenia patrząc TR Warszawa wyprodukowało arcydzieło. Koniecznym jest też wysłuchanie "Obrazków z wystawy" Modesta Musorgskiego. Wytrwałym polecam też animację "Horton słyszy Ktosia", koniecznie w polskiej wersji dubbingowej.

5. "Inni ludzie" to fajny hip-hopowy musical. A musical to według wikipedycznej wyroczni forma teatralna, łącząca muzykę, piosenki, dialogi i taniec. Ładunek emocjonalny dzieła - humor, patos, miłość, gniew - podobnie jak sama opowieść, jest wyrażany poprzez słowa, muzykę, ruch i aspekty techniczne przedstawienia, tworząc jedną, spójną całość. Tak, to wszystko tu na scenie mamy, w nieco polskim post-patologicznym i dziwacznym ujęciu.

6. Spodnie Justy i wzór materiału, z którego zostały uszyte przypomniał mi wzór z narzuty na wersalce u babci Graczykowej lub z zasłon u cioci Heli.

7. Kamil (Yacine Zmit) dobrze wie, że różnica między płytą a wielką płytą polega na tym, że jedną się nagrywa lub odtwarza, a drugą konstruuje, stawia i w niej mieszka. "Lajfstajlowy" wybór należy do niego i do nas też.

8. "Inni ludzie" to przedstawienie adresowane głównie do wszystkich tych, którzy:

- przeżywają więcej "pojebanych" niż nie pojebanych dni;

- zalegają operatorom kasę;

- mają kredyty frankowe;

- jeżdżą tramwajami i znają zapach tych, którzy się myją rzadko lub wcale się nie myją;

- zaopatrują się w Rosmanie i Lidlu;

- fetyszyzują obuwie sportowe;

- uwielbiają Xanax i wino Carlo Rossie;

- są ze szlachty (arystokracji), kochają się w nowych furach i mają babę na boku;

- nie wiedzą co to pożądanie i sex;

- cenią wyżej coca-colę niż pepsi;

- lubią "rozwałki" w grach i filmach i/lub są myśliwymi - używają broni (strzelają);

- są na Fejsie;

- kochają TR Warszawa i miłują grających tam aktorów.

KONIEC.