powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Wodzenie za nos w różanym ogrodzie

"Scene Buffe" Alessandro Scarlattiego w reż. Jitki Stokalskiej w Polskiej Operze Królewskiej w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

Polska Opera Królewska postanowiła powrócić do intermezzów Alessandra Scarlattiego, by uczcić w ten sposób pamięć wieloletniego dyrektora Warszawskiej Opery Kameralnej, Stefana Sutkowskiego. Dedykacja Andrzeja Klimczaka, pełniącego obecnie obowiązki dyrektora POK, zamieszczona w programie do najnowszego spektaklu "Scene Buffe", nikogo nie może dziwić: "Pamięci Stefana Sutkowskiego, mojego mistrza-dyrektora i ojca artystycznego". To właśnie twórca WOK dowiedział się o istnieniu zapomnianych dziełek autora "La Griseldy" w Sächsisch Landesbibliothek w Dreźnie i postanowił je pokazać na warszawskiej scenie. Pierwszy raz wybrane trzy partytury, z dziesięciu sprowadzonych, ujrzały światło dzienne w roku 1981 za sprawą Jitki Stokalskiej, Andrzeja Sadowskiego i Jerzego Dobrzańskiego. Ci sami twórcy przygotowali również spektakl w roku 1998, tyle że kierownikiem muzycznym był wówczas Władysław Kłosiewicz. Do dzisiejszej obsady z roku 2019 Jitka Stokalska zaangażowała ponownie dwóję śpiewaków z poprzedniej wersji: Martę Boberską i Sławomira Jurczaka. Tym razem ruchem scenicznym zajął się Przemysław Śliwa, scenografię przygotowała Marlena Skoneczko, a Capellą Regia Polonia dyrygował z powodzeniem Krzysztof Garstka.

Trzecie podejście Jitki Stokalskiej (poprzednich realizacji nie udało mi się obejrzeć) do muzycznych drobiazgów Scarlattiego należy uznać za ogromny sukces zarówno jeśli chodzi o reżyserię, czyli wypracowany model inscenizacyjny, jak i wykonawstwo, które w tym przypadku znakomicie łączy możliwości wokalne artystów z ich predyspozycjami aktorskimi, tutaj mocno w charakterze komediowymi. "Gl'inganni felici", "Dafni" i "Il pastore di Corinto" to krótkie komiczne scenki, będące w zamierzeniu kompozytora wstawkami w operach większych rozmiarów, które z czasem zaczęły być pokazywane jako odrębne sekwencje i zyskały u publiczności spore powodzenie. Narracyjnie to intermezza bardzo do siebie podobne, o nieszczególnie wyrafinowanej akcji, dotyczącej przede wszystkim pasterskich zalotów, umizgów i flirtów, utrzymanych w konwencji obowiązującej w okresie późnego baroku. Muzyka towarzysząca wzajemnym przekomarzaniom się niedoszłych kochanków ma tutaj charakter zdecydowanie bardziej rozrywkowy, bo też i nie o odkrywcze rozwiązywania muzyczne kompozytorom chodziło. Od śpiewaków taka struktura wymaga nie tylko właściwych umiejętności wokalnych, ale również sporej dawki wdzięku i poczucia humoru. Zaangażowana do najnowszego przedsięwzięcia POK szóstka solistów w pełni tym zadaniom sprostała, tworząc zabawne, niekiedy z domieszką karykatury i groteski, ale nie pozbawione dystansu postaci. W każdej sekwencji, która zapowiadana była odpowiednim do treści tytułem sceny, bierze udział dwójka głównych wykonawców: sopran z barytonem. Tyle że, pozostali śpiewacy w tym samym czasie uzupełniają akcję sercowych perypetii o inne działania - przynoszą rekwizyty, elementy kostiumów, w "Dafni" stają się przez chwilę zwierzętami, bywają spowiednikami zwierzeń albo chórem komentatorów i towarzyszą postaciom pierwszoplanowym jako cały czas aktywni sekundanci miłosnych utarczek, kłótni, swarów i niekiedy zaskakujących sytuacyjnie rozwiązań, mających przekonać kochanków do szczerości ich deklarowanych nie bez patosu uczuć i namiętności. Śmiechu w tym ciągłym odrzucaniu kochanków przez nimfy i pasterki, by za chwilę dać im odrobinę nadziei, jest w każdej chwili naprawdę sporo, bo też Jitka Stokalska znakomicie uruchamia vis comicę artystów na różnych poziomach - nie tylko aktorskim, ale również wokalnym, co rewelacyjnie wykorzystuje szczególnie Witold Żołądkiewicz w roli Serpolla w przezabawnej scenie z kamieniem.

Okazuje się, że w tego typu spektaklach, nieprzeszarżowanych, a jedynie dobrze zagranych i zaśpiewanych, nawet tuzinkowe problemy, pozbawione dramatycznych spięć o głębokim podłożu psychologiczno-emocjonalnym, mogą być dla widza atrakcyjne i kuszące. A spektakl "Scene Buffe", choć inspirowany utworami powstałymi ponad trzysta lat temu, dostarcza rozrywki i sympatycznej zabawy na bardzo wysokim poziomie - jego gwarantem jest błyskotliwa reżyseria Jitki Stokalskiej, dobrze zakomponowany ruch sceniczny i ruchome rozwiązania scenograficzne, dzięki którym mamy wrażenie, że przebywamy w ogrodzie pełnym kwiatów, a ich woń odurza zmysły kochanków i prowadzi ich na manowce miłosnych podbojów, w których nawet próby zemsty bywają w swych efektach znikome, jako sprowadzone do pustych gestów, nie mających z odwagą wiele wspólnego.

Od początku, czyli od rozsunięcia kurtyny przez samych aktorów, Stokalska dba o to, by przedstawienie miało swoją czytelną dramaturgię, formę konsekwentnie, stylowo i bezpretensjonalnie konwencjonalizowaną przez używanie prawdziwie rozśmieszających gagów, a nie rozpadało się na szereg oddzielnych scenicznych porządków, które mogłyby zachwiać jego narracyjno-kompozycyjną płynnością, wartkim rytmem czy tempem. A nie jest to zadanie łatwe, kiedy reżyser musi posługiwać się sporą ilością recytatywów, które raczej mogą hamować akcję, musi też doprowadzić do sytuacji, by arie nie stały się tylko wokalnym ornamentem, ale były konsekwencją prowadzonych przez protagonistów dialogów i rozmów.