powiększwersja do drukupoleć znajomemu

List otwarty do Marka Waszkiela

Wydaje mi się, że nowe warunki ekonomiczne są jednym z głównych powodów znikania lalek z polskiej mapy teatralnej. Szanse na ich przetrwanie, w takiej formie o jakiej marzysz, widzę w powstawaniu małych niezależnych grup, par, czy solowych projektów lalkarskich - pisze Jakub Krofta, reżyser i dyrektor Wrocławskiego Teatru Lalek, w odpowiedzi na komentarz Marka Waszkiela ws. spektaklu dyplomantów Wydziału Lalkarskiego wrocławskiej AST.

Drogi Marku,

dziękuję Ci za głos w sprawie dyplomu "Słaby rok"i pozwól, że odniosę się do Twojego felietonu >>"Słaby rok"czy słabi my lalkarze, a może my - reżyserzy<<.

Jeżeli chodzi o mój post na Facebooku, nie był on w żaden sposób skierowany przeciwko Tobie, ani przeciw lalkarzom w ogóle. Wyrażał on tylko mój sprzeciw wobec sposobu w jaki potraktowano pracę studentów. Uważam, że działania władz uczelni były nieuprzejme, krzywdzące i demotywujące dla młodych ludzi.

Zarzut "braku lalkowości" jest w tym przypadku co najmniej niestosowny. Nie kwestionuję istnienia lalkarskiej specyfiki, choć każdy z nas ma chyba trochę inne wyobrażenia na ten temat.

Mam świadomość faktu, że moje korzenie są w teatrze lalek i zapewniam Cię, że jestem z tego dumny. Zgadzam się nawet z twoją zabawną hipotezą o wchodzeniu reżyserów - lalkarzy do teatrów dramatycznych "bocznymi drzwiami" i cieszę się że nie widzisz w tym nic złego.

Muszę Ci jednak uświadomić, że w Czechach od trzydziestu lat nie obowiązuje już podział na "zakompleksionych lalkarzy" i "nadętych ludzi z dramatu". Jest tak dlatego, że w efekcie środowiskowej dyskusji o lalkarstwie przeprowadzono reformę wydziału, który od tamtej pory nosi nazwę "WYDZIAŁ TEATRU ALTERNATYWNEGO I LALKOWEGO". Oznacza to, że studenci obcują nie tylko z teatrem lalek, ale też z całym bogactwem innych, alternatywnych form wyrazu, takich jak improwizacja, pantomima, maski, nowy cyrk, akrobacja, sztuki walki, musical itd.

Aktorów po tym wydziale można spotkać zarówno w teatrach lalek, jak i w modnych teatrach dramatycznych. Nikogo nie dziwi też fakt, że absolwenci byłych lalek reżyserują regularnie w czeskich i słowackich Teatrach i Operach Narodowych. Co więcej, specyfika ich wykształcenia jest widoczna w tych spektaklach. Praskie byłe lalki kształcą dziś najciekawszych ludzi teatru w Czechach i cieszą się większym prestiżem niż wydział dramatyczny, z którego wychodzą głównie aktorzy serialowi.

Wspominasz o moim prehistorycznym spektaklu dyplomowym "Umarli ze Spoonriver" Uświadamiam sobie teraz, że robiłem ten spektakl w lalkach bo lalki były wówczas, na początku lat dziewięćdziesiątych, wciąż jeszcze bardzo cool, a ja, podobnie jak koledzy, z którymi pracowałem, chciałem być cool. Dlatego nikt nas nie musiał namawiać ani zmuszać, był to nasz naturalny wybór.

Dzisiaj w Polsce jest inaczej. Młodzi nie wybierają lalek, żeby być cool, ale dlatego, że nie dostali się na dramat. Lalki kojarzą się studentom z nudnymi, infantylnymi spektaklami dla dzieci i kilka wyjątków nie jest w stanie tego naprawić. Prestiż zawodu lalkarza jest niewielki, zarobki niższe niż w teatrach dramatycznych. W polskim życiu teatralnym lalkarze są po prostu "gorszym sortem". Studenci doskonale zdają sobie z tego sprawę i zapewne chcieliby to zmienić.

Co dwa lata organizujemy we Wrocławiu Przegląd Nowego Teatru dla Dzieci i w związku z tym oglądamy na żywo lub za pośrednictwem nagrań wideo prawie wszystkie powstałe w Polsce spektakle, w których pojawiają się lalki.(W Polsce wciąż uważa się, że teatr lalkowy to teatr dla dzieci.) To jest niemal dwieście zgłoszonych przedstawień. Dobre spektakle można policzyć na palcach, a naprawdę wybitne zdarzają się jeden lub dwa, czasem żaden.

Cała reszta jest przeciętna, zła lub naprawdę zła.

Spektakli lalkowych według stosowanych przez Ciebie kryteriów jest bardzo niewiele, jeżeli w ogóle się jakieś trafiają. Wydaję mi się, że to jest bardzo smutny wynik jak na to, że w Polsce działa prawie trzydzieści profesjonalnych teatrów lalek, dla których wąsko wyspecjalizowanych pracowników kształcą dwie uczelnie.

Powodów takiej sytuacji jest pewnie więcej, ale chyba najważniejszy i najtrudniejszy do naprawy jest powód ekonomiczny - otóż, jak pewnie sam wiesz, zrobienie wybitnego spektaklu lalkowego wymaga dużo czasu. Naprawdę bardzo dużo czasu. Ja sam spędziłem dwa semestry regularnych prób przygotowując kiedyś "Umarłych ze Spoonriver".

Pamiętam, że w czasach największej sławy teatru DRAK w latach osiemdziesiątych mój ojciec próbował nowy spektakl trzy, cztery, ale też sześć miesięcy i to w pełnej scenografii i przy pełnym technicznym wsparciu. Coś absolutnie niewyobrażalnego w dzisiejszych polskich (czeskich też) teatrach repertuarowych. Wybitni światowi lalkarze, których wymieniasz są raczej niezależnymi solistami, którzy nie produkują kilku premier w roku. Ich repertuar jest bardzo ograniczony i liczy najwyżej kilka tytułów a praca nad nimi tak naprawdę nigdy się nie kończy. Swoje najlepsze dzieła grają nawet przez całe życie. To właśnie dzięki temu osiągają prawdziwą artystyczną i techniczną wirtuozerię, która jest najważniejszym warunkiem wybitnego przedstawienia lalkowego.

Współczesny polski teatr lalek z powodów ekonomicznych działa w zupełnie innym trybie. Kilkunastoosobowy zespół, repertuar dobierany tak, żeby wszyscy aktorzy mieli jakąś robotę, trzy do siedmiu premier w roku, 6-7 tygodni prób, próby w pełnej scenografii najwyżej dwa tygodnie przed premierą, ale często dużo krócej.

Nie narzekam i nie twierdzę, że w takich warunkach nie może powstać świetny spektakl lalkowy, ale jest to o wiele trudniejsze i jeżeli się udaje to chyba tylko dzięki zbiegom okoliczności graniczącym z cudem. Zwykle idzie się na kompromis. Nie eksperymentuje się, nie szuka nowych rozwiązań artystycznych, technologicznych, tylko powtarza stare, sprawdzone receptury, żeby dotrzymać terminu premiery.

Stąd chyba bierze się to wrażenie "muzealności", które przy oglądaniu współczesnych spektakli lalkowych często mi towarzyszy: "To przecież pamiętam z dzieciństwa, to jest teatr lat osiemdziesiątych lub nawet siedemdziesiątych".

Kiedy zaprasza się słynnych światowych lalkarzy do zrobienia spektaklu w Polsce, to oni tutaj też nie za bardzo eksperymentują, nie pracują w swoim zwykłym tempie, tylko korzystają z wcześniejszych doświadczeń, żeby wyrobić się w kilka tygodni. Decydujące jest doświadczenie, nie ma miejsca na poszukiwanie, błędy. Czas na scenie jest drogi i jest go mało.

W takiej sytuacji nie dziwie się, że reżyserzy-lalkarze, szukają innych, mniej czasochłonnych środków wyrazu, żeby stworzyć coś oryginalnego i wyjątkowego. Bardzo ważne i cenne jest to, że im się to udaje. W ostatnich latach powstało mnóstwo bardzo dobrych, oryginalnych spektakli, których raczej nie nazwałbyś lalkowymi. Cieszą się uznaniem publiczności i krytyki i zdobywają prestiżowe nagrody w miejscach zupełnie wcześniej dla teatrów lalek niedostępnych. Tych przedstawień nie byłoby, gdyby ich twórcy nie mieli doświadczenia z lalkami.

Wydaje mi się, że nowe warunki ekonomiczne są jednym z głównych powodów znikania lalek z polskiej mapy teatralnej. Szanse na ich przetrwanie, w takiej formie o jakiej marzysz, widzę w powstawaniu małych niezależnych grup, par, czy solowych projektów lalkarskich.

Tylko że nie wszyscy studenci wydziałów lalkarskich staną się wybitnymi solistami naśladując swoich zachodnich kolegów. Większość z nich będzie nadal szukać roboty w instytucjach, które w rzeczywistości nie są teatrami lalek, tylko teatrami dla dzieci i młodzieży, bo takie są oczekiwania ich organizatorów.

W tym momencie powstaje logiczne pytanie, czy skupianie się wydziałów lalkarskich wyłącznie na rzemiośle lalkarskim nadal ma sens? Czy nie byłoby korzystniejsze otworzyć się, obok lalek oczywiście, też na alternatywne kierunki teatru, dać studentom większą wolność wyboru środków wyrazu i dzięki temu zwiększyć ich szanse na rynku pracy?

Studenci we Wrocławiu spędzają na przykład cały rok z pacynką, chociaż później w teatrze wcale nie muszą na nią trafić. Rozumiem ich bunt i zgadzam się z nimi, że pewne rzeczy trzeba zrewidować. Drogi Marku, wiem, dla lalkarza sercem i duszą to jest wszystko bardzo przykre, ale obawiam się, że taki teatr, którego bronisz, o którym marzysz i który promujesz w Polsce tak naprawdę nie istnieje. Z resztą sam o tym często piszesz.

Wkurzyłem się, że studentów, którzy bardzo dobrze nową rzeczywistość teatralną wyczuwają i starają się w niej znaleźć swoje miejsce, potraktowano jak małych dzieci.

W tej sytuacji kiedy słyszę zarzuty o "braku lalkowości" przedstawienia dyplomowego szlag mnie trafia.

Z szacunkiem

Jakub Krofta

Wrocław, 24 kwietnia 2019

***

Na zdjęciu: spektakl "Słaby rok".