powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Rwanda Maryja

"Wróg się rodzi" Marcina Kąckiego w reż. Anety Groszyńskiej w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Dominik Gac, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Radio Maryja to fenomen. Aby uświadomić sobie jego znaczenie, wystarczy postawić pytanie: czy można opowiedzieć dzisiejszą Polskę pomijając wątek katolickiej rozgłośni i dyrektorującego jej redemptorysty, ojca Tadeusza Rydzyka? Zrealizowana w toruńskim Teatrze im. Wilama Horzycy sztuka Marcina Kąckiego w reżyserii Anety Groszyńskiej nie jest ani wnikliwą socjologiczną analizą, ani opowieścią o Radiu i karierze jego twórcy. Artyści jak znachor, który nie troszczy się badaniami, stawiają diagnozy i formułują proroctwa. Ich wyrazistość podkreśla miejsce premiery. Nad spektaklem unosi się więc zapaszek skandalu, pierwszy oburzony złożył już zawiadomienie do prokuratury. Wszystko wskazuje na to, że "Wróg się rodzi" będzie głośnym przedstawieniem. Ale czy ważnym?

Temat jest nie tyle aktualny, ile palący. Bardzo potrzebujemy refleksji nad komunikacją i językiem obecnym w przestrzeni publicznej. Cały czas stoi przed nami pytanie: co zrobić z mową nienawiści i samą nienawiścią? Słowo może być narzędziem zbrodni a operowanie środkami masowego przekazu wiąże się ze szczególną odpowiedzialnością. Od tych niebezpieczeństw nie jest wolny także teatr. Spektakl "Wróg się rodzi" działa więc w pewnym napięciu. Jak opowiedzieć o tym, co złe tak, aby nie dostarczyć publiczności kolejnego wroga? Artyści fundują wartką, choć czterogodzinną, historię przeplatającą niekiedy bardzo odległe wątki, które prowadzą do założonej z góry tezy. Zło bierze się ze zgubnych idei, a jedną z nich jest religia.

Na potwierdzenie zaczynają od jakże subtelnej kilkudziesięciominutowej sugestii, że Radio Maryja możemy porównać do Radia Tysiąca Wzgórz, którego audycje przyczyniły się do ludobójstwa w Rwandzie. Podziały nad Wisłą nie odpowiadają jeszcze wrogości Tutsi i Hutu, ale zaraz będą - za co zasługi przypisać należy Kościołowi Katolickiemu. Nie jest bowiem tak, że wszystko, co złe to Rydzyk. Jest znacznie gorzej - zło idzie z Watykanu. Kościół ma na sumieniu nie tylko łaskawe tolerowanie polskiej rozgłośni, ale i rozliczne zaniechania oraz współudział w rzezi, którą Hutu urządzili Tutsi. Wypomina je skrupulatnie Jolanta Teska, grająca Prokuratora w Międzynarodowym Trybunale Karnym ds. Rwandy. Wspólnie z Adwokatem (Michał Marek Ubysz) wprowadzają nas zarówno na salę sądową, jak i w kuluary. W obliczu opowieści o przerażającym okrucieństwie pozostaje nam jedynie zaciskanie ust i pięści, a czasami także powiek, gdy twórcy wyświetlają na zawieszonym nad sceną ekranie zdjęcia rozkopanych grobów lub film dokumentujący ludobójstwo. Niżej znajduje się przestrzeń podzielona na mobilne segmenty, które w zależności od potrzeby łączą się w konfiguracje. Oprócz kluczowego studia radiowego znajdziemy także wnętrza pokoju Dyrektora (Filip Perkowski) oraz mieszkania Matki (Teresa Stępień-Nowicka), czyli strefę odbioru - dotkniętą rodzinnymi konfliktami, podsycanymi przez niemilknący radioodbiornik. To, co najistotniejsze rozgrywa się jednak na proscenium. W monologach kierowanych wprost do publiczności zwracają uwagę trzy wystąpienia. Dyrektora, Adolfa Hitlera (Bartosz Woźny) i Hanny Arendt (Matylda Podfilipska).

Dyrektor znakomicie grany przez Perkowskiego jest jowialny, ale i bystry. Możemy go nie lubić i potępiać to, co robi, ale jednocześnie widzimy skuteczność i zadziwiający, mrożący spokój. Na dodatek redemptorysta jest zabawny. Gdy tak zagaduje widzów, trzymając w rękach gitarę i opowiada o młodzieńczych ucieczkach przed SB, można by go nawet polubić. Nie z powodu oazowego nastroju, ale autoironii. Znaczące, że takiego Dyrektora poznajemy u wyjścia z rwandyjskiego piekła. Publiczność śmieje się gromko z dowcipów i piosenki Boba Dylana, choć jeszcze przed chwilą oglądała sceny, które powinny spędzać jej sen z powiek. O tym, że nie taki Rydzyk straszny przekonuje nas też Hitler. Ubrany na czarno (luźno, lecz elegancko) Woźny stoi przed ogromnym ekranem, obok neonu TED. Jesteśmy więc na słynnej konferencji zajmującej się głoszeniem "idei wartych propagowania". Wygłoszony z wściekłym zaangażowaniem niemieckojęzyczny monolog jest głosem sprzeciwu wobec używania argumentów "ad hitlerum". Żaden bowiem "mały, gruby klecha" nie może się równać z Führerem. Ale przecież Hitler pojawia się na scenie właśnie po to, abyśmy porównali propagandę III Rzeszy z tym, co kryje się za hasłem: "katolicki głos w twoim domu". Łącznikiem jest także postać Zuzanny Ginczanki (Matylda Podfilipska). Zamordowana w 1944 roku poetka, śpiewając swoje wiersze i wspominając czas okupacji, wskazuje na to, czym kończy się antysemityzm. Zarówno ten importowany z Niemiec, jak i własnego chowu.

Musimy sobie uświadomić - zdają się wołać twórcy - że obok przepisów na karpia dyktowanych przez głupiutką Siostrę (Maria Kierzkowska) na antenie trwa nieustanna kampania przeciw "cywilizacji śmierci", której przedstawiciele to nie tylko Żydzi, masoni i geje, ale również politycy. Ci oczywiście wybiórczo - w zależności od aktualnego kursu i stanu interesów. Dyrektor szantażuje Ministra (Jarosław Felczykowski), napuszczając na niego stado rozwścieczonych hejterów, którym do ataku wystarczy subtelna aluzja w jednej z audycji. O wszechobecnym cynizmie i problemie, jakim jest Radio Maryja dla innych ośrodków władzy, świadczą pojawiające się co jakiś czas na ekranie cytaty dotyczące rozgłośni. Obok pochwał Jana Pawła II znajdziemy ostrzeżenie (sprzed lat) Jarosława Kaczyńskiego przed rosnącą w siłę rosyjską agenturą. Przykład Ministra jest jednak bardzo znaczący. Po pierwsze wskazuje na to, co w Radiu Maryja drażni szczególnie, a więc podejrzane interesy z władzą świecką, których lokalne przykłady spotykają się ze śmiechem i oklaskami publiczności. Po drugie ujawnia podstawową różnicę między toruńską rozgłośnią a radiem z Rwandy, czy też nazistowską propagandą - Ojciec Dyrektor załatwia interesy. I tylko one go interesują. Ostatecznym tego dowodem jest scena wigilii radiowych pracowników, na którą zaplątał się sam Bóg (Karina Krzywicka). W rozmowie ze Stworzycielem jego misjonarze są jak Wielki Inkwizytor z Dostojewskiego a całość zamienia się w podsumowaną tytułem spektaklu metaforę.

Bóg wałęsa się po scenie i wcześniej. Zwierza się ze zniecierpliwienia modlitwami i czyni ludzkości wyrzuty natury ogólnej. Świat, w którym rodzi się wróg, nie jest jednak łaskawy dla wierzących. Nie tylko kler jest winny, ale i sam Stworzyciel - i to nie przez zaniechanie, lecz zgodnie z naturą. Interesuje go bowiem wyłącznie przetrwanie - za każdą cenę. Filozof by się uśmiał. Przyjmijmy jednak, że stwórca jest tu na miarę człowieka i ponad niego nie wykracza, nawet jeśli to założenie nie ma większego sensu. Koniec końców i tak na całe to oglądane przed chwilą zło jest skuteczne, żeby nie napisać ostateczne, rozwiązanie. Zna je Hannah Arendt. Widzimy ją podobnie jak Hitlera jako prelegentkę na konferencji. Tak jak poprzednik wspomaga swoje wystąpienie slajdami. Opowiada o tym, co wyróżnia człowieka spośród innych zwierząt. Wystąpienie kończy posłaniem: "Dlatego nie zostawiajcie ludzi na pastwę słów, które niosą małych adolfików / Przecież jesteśmy społeczeństwem, wspólnotą, wszyscy chcemy żyć, ale musimy być dla siebie / Bądźmy blisko siebie / Przecież jesteśmy / LUDŹMI".

No i już, jasne. Zróbmy to, a wróg się nie urodzi i wszystko będzie dobrze.