powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niewyremontowani

"Sami" Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak (PiK) w reż. autorów w Teatrze im. Osterwy w Gorzowie Wlkp. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Katarzyna Dworak i Paweł Wolak, para legnickich aktorów, od kilkunastu lat uprawia dramaturgię, czyli pisze teksty dla teatru. I chyba powoli dobija się statusu, który powinien być oczywisty i automatyczny. Powoli staje się wreszcie jasne, że nie są to scenariusze pisane wyłącznie dla siebie, do autorskiego wykonania; mogą po nie sięgać także inni reżyserzy, szukając w nich materiału dla własnej ekspresji scenicznej. I że nie są to teksty do jednorazowej realizacji, można je brać na warsztat po latach, w kontekście nowych doświadczeń i okoliczności. W tym sezonie po sztukę Pawła i Katarzyny (czyli duetu PiK) "Gdy przyjdzie sen" sięgnęła w krakowskim Ludowym Małgorzata Bogajewska, bardzo czule i starannie czytając utwór, choć wkładając go w inną klamrę inscenizacyjną, niż zaplanowano w oryginale. Autorzy zaś wrócili w Teatrze im. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim do komediodramatu "Sami", którym w 2008 rozpoczynali w Legnicy swą dramatopisarską drogę.

Ich pierwsza sztuka nie miała jeszcze balladowego rytmu i nerwu, tak charakterystycznego dla tekstów i spektakli późniejszych. Była obyczajową opowieścią o parze miejskich inteligentów, którzy postanowili kupić dom na wsi; autorzy dali im własne imiona, co trochę ciągnęło lekturę na manowce. Fabułę wypełniły zmagania przybyszy z natrętną, bezceremonialną ciekawością nowych współziomków i niekończącymi się wizytami księdza, sąsiadów, gminnych urzędniczek. Na początku i na końcu pojawiali się jeszcze miastowi przyjaciele, nie tak ekscentryczni, dużo bardziej oswojeni, ale przecież nie fajniejsi, poblokowani rozmaitymi konfliktami, napastliwi, humorzaści. A pod spodem była nieujawniana i nieprzetrawiona trauma obojga bohaterów wynikła z utraty ciąży z wyczekiwanym dzieckiem. Autorzy najwyraźniej chcieli, by ten wypierany, niezaleczony dyskomfort podszywał niejasnym niepokojem błahe w sumie, kulturowo-charakterologiczne zdarzenia na styku miasto-wieś. Nie do końca im to wyszło, tony komediowo-farsowe, sentymentalne i tragiczne nie bardzo chciały się zlać w jeden harmonijnie zestrojony akord. O co wszakże trudno do debiutantów w scenopisarskim fachu wnosić pretensje.

Wady dramatu nie znikły, ale Katarzyna Dworak i Paweł Wolak doświadczeni już także jako inscenizatorzy, umieli je teraz dużo skuteczniej niwelować w samej robocie scenicznej. Uciekli od dosłowności sytuacyjnej. Włożyli pierwszą połowę swej opowieści w metaforę remontową; scenografię tworzyły folie malarskie, umożliwiające ukazywanie niektórych postaci w formie sylwetek teatru cieni, służące także za ekran graficznych wizualizacji. Sceneria, rzecz jasna, tłumaczyła się fabularnie: przybysze remontowali zakupiony dom, aliści fizyczny trud Kasi, dźwigającej ciężkie wory i ciskającej je do teatralnego orkiestronu, był może najmocniejszym, dotkliwym teatralnie (choć z początku niejasnym) znakiem jej zmagań z bólem tego, co przeszła. I nie pozwalał patrzeć na nią, jak na rozkapryszoną histeryczkę. Takich znaków było więcej. W drugiej części przedstawienia folie zamykające płytko scenę poszły w górę, ukazując półkolisty krąg schodów niczym w jakimś swojskim odeonie. Siedzieli na niej milczkiem wszyscy uczestnicy zdarzenia, wiejskie chłopki roztropki, gminne damulki, goście z miasta - jakby w niewypowiedzianym oczekiwaniu, że para bohaterów teraz przed nimi wyspowiada się ze swych traum, z nieumiejętności poradzenia sobie z życiem, z rozpaczliwej niewiedzy co dalej. W planie symbolicznym ta scena była mocna i dojmująca - choć w planie narracyjnym niewiele przecież upoważniało całe to z lekka groteskowe towarzystwo do przemiany w chór rozsądzający. Ale właśnie w ogniu spojrzeń tych sędziów od siedmiu boleści samotność Pawła i Kasi, ich szukanie i znajdywanie siebie - nie melodramatyczne przecież - miało swój dramatyczny ciężar.

Kasię zagrała znakomicie Marzena Wieczorek, ogniskując na sobie właściwie całą emocjonalność opowieści. Była jak ranne zwierzę, na każde dotknięcie, na każdy kontakt z innym człowiekiem reagujące impulsywnie i zaskakująco, jakby także dla samej siebie. Nie mając siły na konwencjonalne udawanie nowej sąsiadki, uciekała w prowokacje, w napady złości, ale i niekiedy w wisielczy wygłup, przeskakiwała od sztucznej układności po nonszalancję lub wściekłość. Paradoksalnie jej świadomie niekonsekwentna gra spajała widowisko, skupiając uwagę widzów na nietuzinkowości postaci i na jej tajemnicy. Pożyczony do gościnnej roli z Zielonej Góry Ernest Nita jako Paweł sprawnie i dojrzale partnerował koleżance, mając pewnie świadomość, że w tej parze dotkniętej nieszczęściem ludzi ból i szamotanina kobiety musi być w oczywisty sposób na pierwszym miejscu. Pozostali wykonawcy mieli do zagrania mniejsze i większe epizody; niektóre spośród nich nieco grzeszyły stereotypowością sylwetek i wiejskich, i miejskich. Ale parę nieoczekiwanych scenek na pewno dało się zapamiętać: ten ksiądz Artura Nełkowskiego, jowialnym popijaniem kusztyczków wina przykrywający gorzki brak złudzeń wobec owieczek, ta pani Marynia Anny Łaniewskiej samym tylko kompulsywnym wybuchem śmiechu nawiązująca ponadsłowny, zbawienny kontakt z szalejącą z samotności Kasią...

Gatunek "sztuk obyczajowych" sczezł z polskich scen; ich szefowie oraz reżyserzy najwidoczniej uznali, że w tej dziedzinie nie mogą się ścigać z filmem, serialem, książką. Uznali może nazbyt pochopnie. Teatr ma wciąż atuty nie do pobicia: mocne, przebijające się emocjonalnie przez rampę aktorstwo i precyzyjną widowiskową formę. Więc jeśli nawet opowieść o zderzeniu pary miastowych ze swojskością wsi w niektórych epizodach mogła wydać się nazbyt stereotypowa, to i tak spotkanie z dramaturgią i sztuką reżyserii Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka z pewnością nie było dla gorzowskiej widowni czasem straconym.