powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Szacunek zaczyna się pod prysznicem

Podczas przedpremierowego pokazu serialu "Artyści" w reżyserii Moniki Strzępki pierwszym pytaniem publiczności (bardzo młodego człowieka) było: a w jakich czasach akcja się odbywa? Z sugestią, że to głęboki PRL. Bo uwagę młodego widza przykuła serialowa scenografia - były nią wnętrza Teatru Dramatycznego w Warszawie. A wnętrza te, o czym nie wiedział pytający, były jak najbardziej współczesne - pisze Aneta Groszyńska.

Po pokazie zastanawiałam się dlaczego nikomu z nas - ludziom teatru - nie przyszło by do głowy by zadać takie pytanie?

Bo przywykliśmy, że są teatry, w których zaplecza socjalne mogłyby służyć do fabuły z XIX wieku: odpadający tynk, zimne piece kaflowe, ale i kaloryfery, smród pleśni.

Od blisko dziesięciu lat podróżuję po miastach i teatrach. Pomieszkuję w ich "pokojach gościnnych", które na dwa-trzy miesiące stają się moim domem. Początkowo traktowałam to jako anegdotę "z działu archeo", potem uznałam, że tak musi być. Przestałam odczuwać upokorzenie.

Podczas wielu rozmów z realizatorami spektakli - dramaturgami, scenografami, aktorami - zawsze wraca temat warunków socjalnych w jakich mieszkamy. To licytacje na najgorsze wspomnienie: grzyb, brak wody, zimno, sufity tuż nad głową, smród, rura w suficie z efektem dźwiękowym spłukiwania, ciemno przez brak okien, grzyb, grzyb i grzyb. Raz, po wyjściu z pokoju na zapleczu teatru na salę prób, zwróciłam uwagę, że śmierdzę pleśnią, jak camembert. A musiałem wstać o 6 rano, bo na korytarzu pracę zaczynała ekipa sprzątająca. Nie wiem co sprzątała, bo wieczorem stanęłam przed kabiną prysznicową, brudną, śmierdzącą, z chodniczkiem plastikowym, na którym bałam się stanąć nawet w klapkach.

A jeszcze z licytacji: brak kuchni, lodówki, zawszone i zapluskwione dywany, zażółcone ściany pokryte grzybem, obskurne meblościanki, zapadłe kanapy, nieczynne sprzęty RTV, pokój w suterenie z rurą odpływową pod sufitem o średnicy pół metra, alo wynajęty przez teatr pokój w akademiku w którym trzeba usprawiedliwiać się z powrotów po godzinie 22. Nie wspominam o pokojach bez łazienek, bo to standard.

Niektóre teatry mają swoje pokoje w budynku teatralnym, inne wynajmują hotele lub mieszkania. Są takie w których polityka repertuarowa uzależniona jest od ilości gościnnych pokoi - nie zaprasza się ekip realizacyjnych powyżej trzech osób, bo po prostu nie ma ich gdzie położyć spać. Zdarza się też, o czym też głupio wspominać, wspólny nocleg w jednym pokoju, np. kompozytora i dramaturga.

Ciekawe, że proponują to często dyrektorzy, którzy na co dzień są reżyserami, więc zdają sobie sprawę, że praca trwa poza próbami, a pokój, to nie tylko sypialnia z grzybem, ale tej pracy ciąg dalszy.

Jeden ze scenografów przysłał mi zdjęcie (patrz powyżej) pokoju, który dostał w teatrze na południu Polski, jakby wyjęty z filmów Lyncha. Nocleg ten był kilkanaście kilometrów od teatru, a ze ścian patrzyły na niego szkliste oczy sowy i lisa. Nie wiem, czy to go zainspirowało do pracy nad aktualnym dziełem i pal licho wrażenia estetyczne. Ale mieszkał w tym myśliwskim wyszynku przez dłuższy czas podczas pracy nad spektaklem.

O co tu chodzi? O pieniądze, możliwości techniczne, chęci, brak empatii?

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego to dla mnie tak ważne? Bo przez przypadek przeprowadziłam eksperyment na samej sobie. Miałam okazję współprowadzić przez chwilę teatr w małym mieście, w Sosnowcu. Gdy przyjechałam tam w wakacje dostałam małe lokum pod dachem wieżowca, w którym w sezonie mieszkają realizatorzy spektakli: szkoda opisu na to PRL, jak z Alternatywy 4. Przeszła mi wtedy przez głowę myśl, że twórcy, którym zlecę pracę nie poczują w takim miejscu inspiracji, nawet nie odpoczną i że w końcu sama mogę coś zmienić. Zleciłam remont wszystkich pomieszczeń socjalnych.

Pieniądze nie były problemem, bo odnowienie ścian, armatury, wstawienia kilku mebli z IKEA, to żaden majątek. Doceniłam to w pełni, gdy wróciłam tam już gościnnie, na dwie noce i dostałam jeden z tych odnowionych przez siebie pokoi.