powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Billy Budd" na podwodnym okręcie

"Billy Budd" Benjamina Brittena w reż. Annilese Miskimmon w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Pisze Magdalena Grzybowska w portalu OperaLovers.

Na scenie Teatru Wielkiego - Opery Narodowej po raz pierwszy w Polsce wystawiono arcydzieło Benjamina Brittena - operę "Billy Budd". Spektakl powstał w koprodukcji z Den Norske Opera & Ballett w Oslo, gdzie miał swoją premierę w styczniu tego roku. W Warszawie przedstawienie zagrano w sumie tylko czterokrotnie, ale zainteresowani mają jeszcze szansę obejrzeć inscenizację w reżyserii Annilese Miskimmon na kanale OperaVision (w wersji z Den Norske Opera & Ballett).

"Billy Budd" został skomponowany przez Brittena w 1951 roku na podstawie noszącego ten sam tytuł dzieła Hermana Melville'a, którego pisarz nie zdołał dokończyć przed śmiercią, a poprawki w manuskrypcie zostały naniesione przez jego żonę.

Akcja opery rozgrywa się w czasach rewolucji francuskiej na brytyjskim okręcie wojennym "Nieposkromiony", który w realizacji Miskimmon przeistacza się w łódź podwodną z początku drugiej wojny światowej, gdy angielska flota przeprowadzała akcję zbrojną przeciwko francuskiej marynarce wojennej po kapitulacji Francji wobec III Rzeszy. Zamknięta, klaustrofobiczna i przepełniona buchającym testosteronem przestrzeń staje się w ten sposób tłem dramatycznej historii młodego marynarza, który przypadkowym ciosem zabija fałszywie oskarżającego go o podżeganie do buntu podoficera Claggarta. Opowieść ujęta jest w obejmującą prolog i epilog klamrę, dzięki której wydarzenia przedstawione są jako retrospekcja przebywającego w domu starców kapitana Vere'a, dręczonego silnymi wyrzutami sumienia z powodu skazania na śmierć Billy'ego Budda.

Vere, który zdaje się rozumieć motywy kierujące prostodusznym marynarzem i w gruncie rzeczy jest przekonany o jego niewinności, rozdarty jest pomiędzy prywatną oceną sytuacji, a koniecznością postępowania zgodnie z racją stanu, to znaczy wydania wyroku na podstawie przepisów obowiązującego prawa wojennego. Postaci Budda i Claggarta zbudowane są na zasadzie kontrastów - demoniczny Claggart odczuwa nienawiść do niewinności młodego chłopaka, której powodów możemy się jedynie domyślać. Służący wcześniej na noszącym znamienną nazwę "Prawa człowieka" okręcie dobry i nieco naiwny marynarz cieszy się sympatią całej załogi, z kolei nielubiany na pokładzie Claggart przedstawiony jest jako uosobienie zła. Atrakcyjny fizycznie Billy pociąga Claggarta, jednak jest to miłość niemożliwa do spełnienia, co być może staje się przyczyną tego, że ten postanawia go zniszczyć, by stłumić swoje homoseksualne skłonności.

Scena sądu nad jąkającym się, prostym chłopakiem jest najbardziej przejmująca w całej operze - w konfrontacji z Claggartem nie jest w stanie przeciwstawić się on bezpodstawnym zarzutom i finalnie zostaje ofiarą nadużyć władzy. Spektakl zrealizowany jest z dużą starannością, a pochodząca z Irlandii reżyserka w pełni wykorzystała filmowy potencjał libretta opery.

Monumentalna, przeniknięta morskimi motywami muzyka Brittena doskonale podkreśla znaczenie słów wypowiadanych na scenie. Ten ogromnie trudny utwór zabrzmiał niezwykle precyzyjnie w wykonaniu warszawskiej orkiestry pod batutą Michała Klauzy. Uwagę przykuwała również maestria i potęga chóru, który spisał się znakomicie. Złożona w całości z męskich głosów obsada wypadła również w większości bardzo dobrze, szczególnie jeśli chodzi o krajowych śpiewaków. Na ich tle nieco słabiej zaprezentowali się Alan Oke występujący jako Vere i Gidon Saks w roli Claggarta, przy czym Oke pewne niedostatki wokalne zdołał zrekompensować przemyślaną interpretacją aktorską. W przypadku Calggarta zabrakło mi jednak nieco owej sławetnej "demoniczności". Michał Partyka w tytułowej roli w sposób bardzo wiarygodny oddał dramat kreowanej przez siebie postaci, a do tego widać było, że jest to partia, która bardzo pasuje do jego warunków wokalnych. Wśród wykonawców ról drugoplanowych wyróżniali się Mariusz Godlewski, Remigiusz Łukomski czy Aleksander Teliga, ale zasadniczo wszyscy pokazali się od jak najlepszej strony.