powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Macieja Figasa Bydgoszczy wielkie promowanie

- Nie robię wszystkiego jednoosobowo! Nasza Opera ma wielu sprzymierzeńców i przyjaciół, od urzędów i instytucji, poprzez sponsorów, którzy nas wspierają. To dzięki nim uchylają się przed nami drzwi. A przede wszystkim tu, wewnątrz firmy, mamy znakomity zespół ludzi, którzy lubią ze sobą pracować, którzy nawzajem się cenią, gremium wolne od animozji, jakie często pojawiają się w tego typu instytucjach - mówi Maciej Figas, dyrektor Opery Nova w Bydgoszczy, w rozmowie z Anitą Nowak na łamach Scen Polskich.

Z Maciejem Figasem [na zdjęciu], dyrektorem Opery Nova w Bydgoszczy rozmawia Anita Nowak

- Kariera wydawnicza Opery Nova zaczęła się stosunkowo niedawno od nagrania "Manru" a sukces tej płyty sprawił, że szybko nabraliście Państwo ogromnego rozmachu na tym polu...

- Byliśmy jedynym w Polsce teatrem operowym, posiadającym w repertuarze tę pozycję. A kiedy okazało się, że na całym świecie nie ma ani jednego nagrania video jakiejkolwiek inscenizacji "Manru", zrozumieliśmy, że otwiera się przed naszą realizacją szansa zaistnienia w najbardziej nawet odległych zakątkach świata. I tak się też stało. Choć problemów mieliśmy z tym niemało, bo stawialiśmy przecież pierwsze kroki nagraniowe i to przy okazji niełatwej pozycji. "Manru" jako poligon doświadczalny w kwestii nagraniowej to naprawdę wielkie wyzwanie. Najpierw uczyliśmy się jak najlepiej realizować sesje nagraniowe audio, potem video; na szczęście nadzorował te nasze zmagania doświadczony mistrz, Laco Adamik. Szybko pojmowaliśmy, jakich błędów nie wolno nam popełniać, odkrywaliśmy akustyczne tajniki sali widowiskowej, wynajdywaliśmy sposoby na ich poprawę. Okazało się bowiem, że ona będąc dobrą dla spektakli, niekoniecznie zdaje egzamin przy nagraniach. Sprawdzaliśmy więc, co należy zrobić, aby ją w tej materii udoskonalić, np. znaleźć najlepsze usytuowanie dla orkiestry. Pomijając już fakt, że sesje były niezwykle eksploatującymi dla uczestników, to stanowiły naprawdę bardzo ważny poligon doświadczalny. Dzisiaj już wszystko idzie nam znacznie sprawniej. Doświadczenia zdobyte przy "Manru" zaowocowały bardzo pozytywnie przy "Rusałce". Już od razu wiedzieliśmy, jak poprawić pogłos, wytłumić hałas np. skrzypiących desek sceny itd.

A zatem jak?

- Cała widownia została zasłonięta olbrzymimi płachtami folii, która - jak się okazało - pełni znaczącą funkcję akustyczną. A wszelkiego rodzaju gumowe wykładziny, jakie tylko mogliśmy znaleźć w teatrze, układaliśmy pod krzesłami artystów. Niezmiernie istotny był też sposób usytuowania mikrofonów i powtarzalność tego usytuowania na kolejnych sesjach. Po tych doświadczeniach nagranie "Rusałki" poszło dużo sprawniej, a "Halka" była już milowym krokiem naprzód.

Czy zdobyte doświadczenie powoduje, że krócej państwo nagrywają czy też, że jakość nagrania jest lepsza?

- Przede wszystkim wpływa na poprawę jakości. Bogatsi o tamte doświadczenia, uniknęliśmy wielu błędów, które miały prawo pojawić się przy "Manru".

Ale i tak dostaliście za "Manru" nagrodę...

- Nasza realizacja "Manru" pozostaje do dziś jedynym zapisem video tej opery na świecie. Płyta spotkała się z bardzo pozytywną reakcją w świecie. Jedyną zmianą, jakiej dokonaliśmy ekranizując tę inscenizację "Manru", było wprowadzenie do obsady Wioletty Chodowicz w partii Ulany.

Z "Rusałką" było już zdaje się trochę inaczej?

- O tak. Wprowadziliśmy tu sporo zmian. Przede wszystkim, wykorzystując fakt, że przez miasto płynie rzeka, a sam gmach Opery Nova bardzo malowniczo usytuowany jest na jej zakolu, przydaliśmy inscenizacji akcentów bydgoskich. Wykorzystaliśmy np. słynny nawet z literatury most, który dziś jest dumą Bydgoszczy, a który wówczas był jeszcze przed remontem. Otrzymaliśmy od konserwatora zabytków dokumentację tego obiektu i na podstawie planów jego renowacji scenograf Mariusz Napierała zaprojektował najistotniejszy element scenograficzny, na którym opiera się przecież cały pierwszy i trzeci akt opery. Dzięki niemu plastyka całości wywiera na widzach ogromne wrażenie.

Fantastyczny pomysł! Czyj?

- Kristiny Wuss, niemieckiej reżyserki, zauroczonej i Bydgoszczą, i położeniem naszej Opery. To ona zaproponowała, żeby akcja dzieła toczyła się właśnie w naszym mieście. Te akcenty lokalne zmobilizowały z kolei mnie, żeby w rozmowie z Prezydentem Rafałem Bruskim zwrócić uwagę władz na siłę promocyjną płyty, sugerując, że może ona rozsławić na cały świat nie tylko Operę Nova, ale i samo miasto. I to nawet w takich zakątkach globu, gdzie nikt wcześniej o nim nie słyszał. Ale aby tak się stało, niezbędny jest odpowiedni poziom artystyczny i określone środki finansowe. Udało mi się nakłonić pana Prezydenta na sfinansowanie nagrania "Rusałki" na płycie DVD i bardzo się z tego faktu cieszę. To nagranie jest moim ukochanym "dzieckiem", ukochańszym nawet, niż "Manru". Wszyscy, którzy przyczynili się do jego realizacji, czują dziś nieskrywaną dumę.

A ono krąży już po całym świecie...

- O tak! A Kristina Wuss przysyła nam zdjęcia z księgarń, w których ta płyta jest na wystawie eksponowana. Poza tym mamy znakomite recenzje i to rzeczywiście z często bardzo odległych zakątków świata. Płyta jest porównywana z najlepszymi nagraniami zagranicznymi, co z kolei ośmieliło mnie, by zwrócić się do Ratusza z prośbą o sfinansowanie jeszcze "Rusałki" w technologii Blu-ray, a więc stojącej o półkę wyżej, takiej, która trafia do najbardziej już wysmakowanych i mających najwyższe wymagania melomanów na całym świecie, uświadamiając im jak piękne jest nasze miasto i że istnieje w nim Opera Nova.

No i pojawia się na rynku pierwsza wyłącznie polska inscenizacja, choć opery czeskiego kompozytora zarejestrowana w technologii Blu-ray...

- Tak, bo choć zdarzyły się już w Polsce nagrania kilku przedstawień w tej technologii, to były to międzynarodowe koprodukcje.

Dlaczego Pan sobie tak tę "Rusałkę" upodobał?

- Po trosze ze względu na bliskość wody (jestem z urodzenia gdynianinem). Ale nie tylko. Lubię muzykę Dworzaka i zawsze bardzo go ceniłem. To, że mogłem pochylić się nad jego partyturą, dostrzec w pełni zapisaną między pięcioliniami wyjątkowość tego dzieła, było niesamowitym przeżyciem i wspaniałą przygodą. A to, że udało się ją umiejscowić nad naszą malowniczą Brdą? To przecież magia!

Może taka artystyczna promocja spowoduje napływ do naszego miasta większej rzeszy turystów, a nawet inwestorów...

- Być może.

Podejmowane dotychczas przez Państwa działania w dziedzinie wydawniczej były inspirowane konkretnymi okolicznościami...

- Nagranie opery "Manru" było pierwszym i nadal jest jedynym nagraniem tej opery na świecie, "Rusałka" z kolei to jakby dziecko naszego miasta, jego symboli i historii. Dzięki unikatowości tych działań udaje nam się zdobyć środki na ich realizację. "Manru" zostało sfinansowane dzięki życzliwości Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, natomiast oba nagrania "Rusałki", tj. zarówno DVD jak i Blu-ray zostały sfinansowane przez bydgoski Ratusz.

Przed Wami jeszcze "Halka"...

- Liczymy na to, że Rok Moniuszkowski, który właśnie się rozpoczął, stworzy sprzyjające warunki do sfinansowania tego nagrania. Na razie cały ciężar przedsięwzięcia spoczywa na nas. Aby płyta ukazała się w tym wyjątkowym okresie, sesje nagraniowe musiały się odbyć już w czerwcu i we wrześniu 2018. Trzeba było z artystami zawrzeć stosowne umowy i za udział w sesjach oczywiście zapłacić. Podobnie jak za sesje video. Teraz trwają prace nad montażem materiału. Bardzo liczymy na to, że w Roku Moniuszkowskim MKiDN znajdzie środki, żeby nam te wydatki zrekompensować. Tak, czy owak cieszymy się i mamy nadzieję, że płyta DVD z naszą inscenizacją "Halki" Stanisława Moniuszki ma szansę ukazać się w bieżącym roku.

Wierzę, że Ministerstwo znajdzie; mówimy przecież o spektaklu, który został w swoim czasie okrzyknięty jedną z najciekawszych realizacji tegoż tytułu wśród polskich teatrów operowych.

- Reżyserka Natalia Babińska już wówczas miała swoją markę, ale inscenizacja była na tyle dużym sukcesem, że zdecydowaliśmy się nie tylko na zarejestrowanie tego spektaklu, ale zaproponowaliśmy jej również reżyserię "Strasznego Dworu", którego premiera odbędzie się już za chwilę, bo 27 kwietnia 2019 r. i rozpocznie XXVI Bydgoski Festiwal Operowy. Ale wracając jeszcze na chwilę do planów wydawniczych, trzeba przyznać, że rozhulaliśmy się trochę na tym polu. Jesteśmy bowiem gotowi do wydania kolejnej płyty. Tym razem ze "Zniewolonym umysłem" Roberta Bondary z muzyką Philipa Glassa i Wojciecha Kilara. To balet oparty na eseju Czesława Miłosza, niezwykle ciekawy spektakl, owiany już swoistym mitem, mający ogromne rzesze wiernych widzów, którzy oglądają go po kilka razy i ciągle dopytują o terminy kolejnych spektakli. Od strony technicznej jesteśmy już gotowi do wydania płyty, brakuje nam tylko środków. Ale i w tym przypadku liczę na to, że sprzyjająca nam gwiazda nie przygaśnie i pozwoli cieszyć się pod koniec roku czterema już płytami DVD i jedną Blu-ray.

Dyrektorze, mówi Pan o gwieździe, ale to Pan ma chyba nad sobą całe konstelacje sprzyjających i jaśniejących wyjątkowym blaskiem gwiazd, albowiem o czym by Pan nie pomyślał, natychmiast staje się rzeczywistością. Teatr, zaplanowany z ogromnym rozmachem w czasach propagandy sukcesu, a stojący potem przez lata niedokończony, ziejący głuchą pustką, kiedy tylko Pan objął dyrekcję, wypełnił się muzyką, tańcem i śpiewem. Wiosną z całego świata zaczęły do Bydgoszczy nadciągać najwybitniejsze dzieła teatrów muzycznych na doroczny festiwal operowy, bo batuta w Pana dłoni zdaje się wyczarowywać nie tylko wielką sztukę z zapisu na partyturze... Jest jak czarodziejska różczka, której muśnięcie urealnia marzenia Pana i marzenia tego miasta...

- No tym przypadku nie takie to znów było muśnięcie. Ten pierwszy festiwal odbywał się jeszcze na nierównym betonowym klepisku, wśród gruzu i pyłu...

- Ale potem w błyskawicznym tempie niemalże z chwili na chwilę przydawał Pan temu obiektowi nie tylko funkcjonalności, ale i klimatu, elegancji... Nie tylko potrafił Pan zdobyć środki na modernizację niestarego przecież jeszcze obiektu, ale i, co nie może nie budzić podziwu, ani na chwilę nie zawiesił działalności artystycznej, podczas trwania niemałego w końcu remontu.

- Dokonało się to w ramach dwuletniego programu pn. Modernizacja Opery Nova. Po prostu skorzystaliśmy z szansy wsparcia środkami unijnymi. Otrzymaliśmy całkiem niebagatelną sumę ponad 14 mln. zł. Pozwoliła ona po kilkunastu latach eksploatacji gmachu Opery, uzupełnić braki wyposażenia, a także wymienić stare technologie na nowoczesne. Przypomnę, że duża część urządzeń w początkowym okresie eksploatowana była w warunkach dalekich od komfortowych i przez to szybciej się zużyła. Ale obecnie mamy już nowoczesny park oświetleniowy i akustyczny. Wymieniliśmy mocno już zużyte deski sceny, które były prawdziwym utrapieniem dla naszych tancerzy - aby uniknąć kontuzji, zaznaczali sobie miejsca na scenie, które bezpieczniej omijać przy skokach czy piruetach. Zakupiliśmy też instrumenty, które już dawno winny znaleźć się na wyposażeniu teatru, a na które wcześniej nie było nas stać i co bardzo istotne, weszliśmy w posiadanie nowej sceny obrotowej, precyzyjnie skonstruowanej przez firmę niemiecką. Zadebiutowała i znakomicie się już sprawdziła podczas Koncertów Sylwestrowych, a będzie wykorzystywana w kolejnych naszych realizacjach. Przede wszystkim umożliwi powrót do repertuaru wspomnianego wcześniej "Zniewolonego umysłu", którego właśnie z uwagi na problemy z obrotówką nie mogliśmy ostatnio prezentować. Podsumowując, grzechem byłoby po te pieniądze nie sięgnąć...

Grzech zaniechania to ostatnie, o co można by Pana pomówić...

- Ależ ja nie robię wszystkiego jednoosobowo! Nasza Opera ma wielu sprzymierzeńców i przyjaciół, od urzędów i instytucji, poprzez sponsorów, którzy nas wspierają. To dzięki nim uchylają się przed nami drzwi. A przede wszystkim tu, wewnątrz firmy, mamy znakomity zespół ludzi, którzy lubią ze sobą pracować, którzy nawzajem się cenią, gremium wolne od animozji, jakie często pojawiają się w tego typu instytucjach. To wszystko pozwala nam, może nie zawsze wielkimi krokami, ale jednak cały czas iść do przodu. I oby tak dalej.

Na ile modernizacja zaplecza technicznego już wpływa na poprawę jakości dotychczas powstałych i eksploatowanych spektakli?

- Daje się to odczuć zwłaszcza w dziedzinie akustyki. Na przykład zakupione niewielkie, prawie niedostrzegalne z widowni, ale niezwykle czułe mikrofony, znacząco wpływają na poprawę słyszalności artystów. Ma to znaczenie w spektaklach, w których znaczącą rolę odgrywa też słowo mówione, jak choćby w operetkach. Dziś już wiemy, że owe mikrofony, a mówię to po doświadczeniach "Awantury w Recco", umiejętnie rozmieszczone, pozwalają na bogatszą grę aktorską wykonawcom, dają dużo większą swobodę poruszania się po scenie, rozszerzają możliwości twórcze reżyserów. Będziemy je wprowadzać też do tych starszych już produkcji, w których dotychczas tego komfortu artyści nie mieli, jak "Zemsta nietoperza", "Baron cygański" czy "Hrabina Marica".

Opera Nova stała się bardzo pożądanym miejscem pracy dla artystów z całego świata. Ma Pan bardzo zglobalizowany zespół.

- Ta globalizacja dotyczy przede wszystkim baletu i w tym przypadku Opera Nova nie jest wyjątkiem. Nie ma w Polsce teatru operowego, w którym nie byłoby cudzoziemców. Wprowadzona niedawno reforma emerytalna, która każe tancerzom pracować do 60 i 65 roku życia, spowodowała spadek zainteresowania młodzieży tym zawodem. Szkoły baletowe walczą o przetrwanie, brakuje chętnych do nauki; zwłaszcza chłopców. To niezwykle eksploatujący organizm zawód. Patrząc z boku na ich codzienny wysiłek, nie wyobrażam sobie, żeby mogli go uprawiać do 65 roku życia. Dlatego rozpoczęliśmy, my - dyrektorzy teatrów operowych, walkę o przywrócenie dawnego status quo. Przecież dotyczy to rocznie niewielkiej w skali kraju grupy osób. Na razie są one nakłaniane do przekwalifikowywania się. Utworzono nawet specjalny fundusz na ten cel, ale przecież nie każdy znajduje w sobie odpowiednie pokłady innowacyjności i jest psychicznie gotowy do zmiany zawodu.

Zbliża się XXVI Bydgoski Festiwal Operowy; będzie on równie obficie serwował spektakle zagraniczne, co ubiegłoroczny?

- Miniony był jubileuszowy, a więc w intencji organizatorów - na specjalnych prawach. Ale nie tylko dlatego na afiszu w tym roku będzie więcej tytułów rodzimych teatrów. Tak się złożyło, że w minionym okresie w kraju pojawiło się w Polsce wiele bardzo interesujących inscenizacji, jak choćby "Legenda Bałtyku" Feliksa Nowowiejskiego w reżyserii Roberta Bondary w Teatrze Wielkim w Poznaniu, "Romeo i Julia" Charlesa Gounoda w Operze Śląskiej czy "Tramwaj zwany pożądaniem" Andre Previna w reżyserii Macieja Prusa w Teatrze Wielkim w Łodzi. Właśnie te spektakle chcemy pokazać bydgoskiej publiczności. Ale są też oczywiście pozycje zagraniczne, np. balet "Tang Yin" w wykonaniu tancerzy chińskich z "Suzhou Ballet Theatre", który gościł już u nas kilka lat temu z interesującym spektaklem "Carmen". Będziemy również gościć łotewską Operę Narodowę z "Don Pasquale" Donizettiego. Program jest już dopięty. Podpisujemy umowy, analizujemy kalkulacje i... tradycyjnie walczymy o niezbędne na nasz Festiwal środki finansowe.

Dziękując za rozmowę, za to, co robi Pan dla melomanów, artystów i Bydgoszczy, życzę nadal mnóstwa sprzyjających tym działaniom gwiazd. Zwłaszcza przy realizacji czwartego kręgu, który po latach marzeń nabrał już realnych kształtów...