powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jawny konkurs na dyrektora teatru

Wszyscy chyba wiemy, jak to niestety z konkursami bywa. - pisze w nowym felietonie Alina Czyżewska.

Czasem nie wygrywa najlepszy, najlepsza dla teatru, ale ktoś, kto się z jakichś powodów - i to nie artystycznych - podoba tej lub innej władzy.

Wiemy, że często dużą rolę grają czynniki pozamerytoryczne - czasem koneksje polityczne, czasem znajomości, a czasem nazwisko, a czasem przynależność do kręgu "krewnych i znajomych królika".

Wiemy, że głosy środowisk społecznych w ramach komisji giną, kiedy głosy przedstawicieli organów władzy "się dogadają" (5 głosów przeciw 4 - żadna merytoryczna dyskusja nie jest potrzebna ani możliwa). Oczywiście, czasem linie "dogadania" przebiegają w innych kierunkach - i nie zawsze jest to kierunek mający na celu dobro instytucji.

Wiemy, że czasem komisje mają jak najlepsze intencje, ale różne wizje w obrębie ich członków i członkiń - i w efekcie powstaje zgniły kompromis.

Wiemy też, że czasem jeden głos rozsądku bywa tłumiony, czasem to głos zwracający uwagę na nieprawidłowości, ale jego uwagi nawet nie są wnoszone do protokołu, a brudy zostają zamiecione pod dywan.

Wiemy, że czasem komisja jest "dogadana" większościowo przed obradami, i przesłuchania kandydatów są tylko smutnymi monodramami nieświadomych kandydatów przed komisją, która nawet nie sili się na ambitne pytanie i nie słucha odpowiedzi. Albo czasem to przesłuchanie służy tylko znalezieniu haka, przyłapaniu wybranego uczniaka na niewiedzy i wyeliminowaniu go, a nie merytorycznej rozmowie o programie i przyszłości teatru. Ale czasem idzie to w inną stronę - górę biorą jakieś osobiste ambicje, uprzedzenia czy emocje członka komisji, który - nie wiedzieć czemu - czasem aż niegrzecznie "piłuje" jednego kandydata czy wręcz atakuje.

Wiemy też, że czasem kogoś się faworyzuje - ktoś nie dostaje podchwytliwych pytań finansowo-prawnych, na których mógłby się "wyłożyć". A czasem może i się nawet wyłoży, wypadnie najgorzej - ale kto to widział? Kto ma w komisji większość, tego faworyt wygra, bez względu jaki przygotował program i jak wypadł. Bo wszystko odbywa się przy zasłoniętej kurtynie.

Te rzeczy niestety nie znajdą się w protokole z konkursu. Wiemy o nich, bo sobie o tym w środowisku opowiadamy - worek przykładów na te i inne sytuacje ma mnóstwo kandydatów/kandydatek oraz członków/członkiń komisji. I wszyscy wiemy, że tak to nie powinno działać.

Piszę nie żeby narzekać, ale żeby spróbować razem z przedstawicielami samorządów zrobić coś dobrze, wykorzystując do tego demokratyczne narzędzia: maksymalną transparentność postępowania, kontrolę społeczną oraz proaktywne podejście do prawa do informacji. Wierzę, że ze współpracy organów władzy publicznej i sektora obywatelskiego może powstać nowa, dobra, publiczna wartość. Dlatego niniejszym wpraszam się na kawę do wszystkich burmistrzów, marszałków, wójtów, prezydentów, którzy i które chciałyby przetrzeć szlaki i przeprowadzić prawdziwie transparentny konkurs na dyrektora teatru lub innej instytucji kultury. Opowiem, jak to można zrobić, rozwieję wątpliwości i razem z Siecią Obywatelską Watchdog Polska pomożemy wcielić plan w życie.

A Was, którzy i które czytacie te słowa, namawiam do lobowania w Waszych miastach na rzecz jawnych konkursów. Jak? Na przykład wyślijcie włodarzom ten felieton.

Jawny konkurs krok po kroku

Poniżej przedstawiam, jak mógłby taki jawny konkurs wyglądać. Może to w pierwszym odruchu wydawać się nierealne albo "zbyt idealistyczne", dlatego od razu zaznaczam: wszystkie propozycje są zgodne z obowiązującym stanem prawnym. A na potwierdzenie tego, przytaczam stosowne wyroki sądów.

Aby podkreślić istotność tematu, chciałabym przypomnieć, że Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu w swoich wyrokach wskazuje, że jawność jest fundamentem demokracji. Jawność jest niezbędna do tworzenia publicznej debaty, zaś rzetelność tej debaty ma ogromną wartość dla zdrowej demokracji, dlatego ważne jest, żeby ta debata opierała się na faktach i podstawach, które każdy z nas może sprawdzić i poddać własnemu osądowi. Marszałek, prezydent, burmistrz czy wójt, organizując konkurs, wykonuje zadania publiczne. Komisja przez nich powołana także wykonuje zadania publiczne, na rzecz i dla dobra wspólnoty samorządowej - a nie prywatną robotę dla burmistrza czy marszałka. Dlatego przysługuje nam obywatelskie prawo do przyglądania się temu, jak owo zadanie publiczne jest realizowane. To jest demokracja. A zatem Po kolei.

1. Nazwiska kandydatów (także tych, którzy nie przeszli oceny formalnej), niezwłocznie po otwarciu kopert, trafiają do publikacji w Biuletynie Informacji Publicznej urzędu (BIP). I oczywiście do mediów.

Oj, już słyszę: RODO. A właśnie że nie. RODO wcale nie sprawiło, że nagle nazwiska stały się tajne. A co więcej, jak zerkniemy w to RODO (ciekawe, kto z krzyczących: "nie, bo RODO!" chociaż raz w nie zerknął), to przeczytamy, że "Przetwarzanie danych osobowych należy zorganizować w taki sposób, aby służyło ludzkości. Prawo do ochrony danych osobowych nie jest prawem bezwzględnym; należy je postrzegać w kontekście jego funkcji społecznej i wyważyć względem innych praw podstawowych w myśl zasady proporcjonalności". Ciekawe, prawda?

Idziemy dalej: RODO nie narusza krajowych i europejskich przepisów związanych z prawem do informacji. Ustawa z dnia 10 maja 2018 r. o ochronie danych osobowych w swej istocie nie wprowadza żadnych dodatkowych wyłączeń jawności w stosunku do poprzedniej ustawy - to wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gdańsku (II SAB/Gd 62/18). I o tym dokładnie jest też wprost w RODO.

Informacje związane z naborem kandydatów na stanowiska i funkcje w służbie publicznej stanowią informację publiczną w rozumieniu ustawy o dostępie do informacji publicznej, i dostęp do nich nie podlega ograniczeniu z uwagi na prawo do prywatności, ponieważ w tym przypadku jawność sektora publicznego góruje nad indywidualnym interesem jednostki. Zgłaszając swoją aplikację na wolne stanowisko publiczne, kandydat musi więc liczyć się z tym, że jego imię i nazwisko nie będą w procedurze naboru korzystać z ochrony prawa do prywatności. Tak stwierdził sąd w Poznaniu, kiedy społecznicy z Kaliskiej Inicjatywy Miejskiej pytali Marszałka m.in. o nazwiska kandydatów na dyrektora Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu (II SAB/Po 75/17).

Reasumując: nazwiska są jawne i podlegają udostępnieniu na wniosek. Proaktywne działanie organów władz polegałoby na tym, że nazwiska publikowane są na BIP bez wniosku. I nie jest tu wymagana zgoda kandydata! Ten krok dla niektórych samorządów jest oczywisty, niestety wciąż są takie, które wzbraniają dostępu do tych informacji.

Poddanie nazwisk kandydatów społecznej debacie może m.in. przynieść korzyści informacyjne o istotnych aspektach, które nie znajdą się w przedstawionych przez nich dokumentach, a które mogą mieć istotny wpływ na ocenę przydatności kandydatów i kandydatek do objęcia stanowiska (np. finansowe porażki w prowadzeniu innych instytucji, mobbing czy molestowanie). W pewnych sytuacjach może nawet doprowadzić do wycofania się kandydata, który ma co nieco (albo i więcej) na sumieniu, z ubiegania się o publiczne stanowisko. Bo gdy postępowanie konkursowe stawia na jawność, to chyba lepiej nie wystawiać się na publiczne pranie brudów...

2. Koncepcje programowe kandydatów, niezwłocznie po otwarciu kopert, trafiają do publikacji na urzędowy BIP.

Po co?

- Abyśmy mogli je przeczytać i mieć swoją opinię (i zrealizować prawo zawarte w Art. 10 Konwencji Praw Człowieka. To nie żart. Mówię serio. Sprawdźcie sami).

- Aby wygrał kandydat z najlepszą koncepcją, a nie ten ustawiony. Gdy znamy wszystkie koncepcje, wstyd będzie członkowi komisji wciskać na stanowisko miernego kumpla z żenującą koncepcją (gdybyśmy zawczasu znali koncepcję programową Cezarego Morawskiego i innych kandydatów i kandydatek w tamtym konkursie to może dziś Teatr Polski byłby w innym miejscu?).

- Aby koncepcje miały kontakt z rzeczywistością. Wiadomo, że papier przyjmie wszystko. W koncepcje programowe często wpisywane są nazwiska realizatorów, którzy nawet o tym nie wiedzą. I program z ich nazwiskami zdobywa uznanie komisji - a potem nie jest realizowany Albo nawet zdarza się - wspominając niedawną przeszłość - że reżyserzy bez ich wiedzy wpisani do programu, potem publicznie deklarują, że z wyłonionym dyrektorem pracować nie zamierzają. Jak pamiętamy, to wypłynęło dopiero po fakcie i mleko już się rozlało Gdybyśmy znali koncepcje programowe zawczasu, to miałkość i nierealność realizacji tej koncepcji wyszłaby na jaw przed wyłonieniem kandydata - fantasty.

- Aby mogła toczyć się rzetelna debata publiczna, oparta na faktach i dokumentach. Bez debaty publicznej demokracja to tylko hasło na transparencie, bez pokrycia w praktyce.

- Abyśmy mogli korzystać z władzy i kontrolować poczynania tych, których do sprawowania władzy zatrudniamy (czyli marszałków, prezydentów, wójtów) i tych, którzy wykonują dla nas zadania publiczne (komisja konkursowa). Tak, wszyscy oni podlegają kontroli społecznej. Naszej kontroli. Aby była ona realna, musimy mieć dostęp do dokumentów.

Prawo autorskie a jawność

I tu już słyszę kolejne głosy sprzeciwu: a prawo autorskie?! Spokojnie, nikt praw autorskich nie zamierza naruszać. Spójrzmy na to najpierw chłodnym okiem: wiersz jest dziełem poety i chroni go prawo autorskie, ale czy to oznacza, że nie możemy tego wiersza przeczytać? Tak samo obraz, powieść, piosenka. To oczywiste, że je podziwiamy, mamy do nich wgląd, ale nie możemy ich przywłaszczyć i wykorzystać jako swoje dzieło. Zaś w przypadku koncepcji programowej kandydata na stanowisko dyrektora teatru mamy do czynienia dodatkowo z realizacją zadań publicznych, więc wkraczamy w rejony jawności.

A co na to prawo? Koncepcje programowe są informacją publiczną. Są nią bowiem nie tylko dokumenty wytworzone przez urzędy, ale również te, które są wykorzystywane do realizowania powierzonych im zadań, nawet wtedy gdy prawa autorskie należą do innego podmiotu. Podstawowe znaczenie ma fakt, iż koncepcje te służą realizacji zadań publicznych przez określone organy (to znaczy przez marszałka, prezydenta czy burmistrza) i zostały wytworzone na zlecenie tych organów. Nie chodzi tu bowiem o rozporządzenie prawami autorskimi, lecz o dostęp do treści dokumentu stworzonego właśnie na zlecenie organu administracji publicznej w celu realizacji zadań publicznych. Tak to argumentuje Naczelny Sąd Administracyjny (I OSK 667/11).

To, że te koncepcje programowe pochodzą od kandydata, nie ma żadnego znaczenia prawnego, ponieważ w momencie złożenia ich w urzędzie, stają się podstawą rozstrzygnięcia konkursu przez np. marszałka czy wójta, a więc są dokumentami dotyczącym jego działania i stanowiącymi w dalszej przyszłości przesłankę wydatkowania środków publicznych. Przecież dyrektor, dyrektorka będą pobierali wynagrodzenie nie z prywatnej kieszeni wójta, marszałka czy prezydenta, tylko z naszych pieniędzy - publicznych. A skoro to nasze pieniądze - to mamy prawo kontrolowania, na jakiej podstawie są podejmowane decyzje o ich wydatkowaniu, tj. o zatrudnieniu tego a nie innego dyrektora.

Sąd w Poznaniu tłumaczy, że bez zapoznania się z treścią złożonego zgłoszenia oraz załączonych do niego dokumentów nie sposób dokonać pełnej oceny postępowania konkursowego przeprowadzonego przez Marszałka, w oparciu o które Komisja Konkursowa dokonała wyboru kandydata. Wybór na stanowisko dyrektora Teatru spośród kandydatów, którzy zgłosili się do konkursu otwartego jest sprawą publiczną, a nie indywidualną sprawą kandydatów na to stanowisko (II SAB/Po 75/17).

A co, jeśli ktoś komuś taką koncepcję ukradnie i przedstawi jako swoją w innym konkursie? Można dochodzić swoich praw na takiej samej zasadzie, jak mógłby Jacek Dehnel, gdybym opublikowała jego opowiadanie jako swoje.

3. Przechodzimy do kroku trzeciego, chyba najtrudniejszego do zintegrowania w naszej "kulturze tajności": przesłuchania kandydatów odbywają się w obecności "publiczności" - zainteresowanych mediów, pracowników teatru, widzów, społeczności lokalnej. Tak samo jak oglądamy zmagania uczestników Konkursu Chopinowskiego czy Wybory Miss, tak samo moglibyśmy przyglądać się przesłuchaniom kandydatów na dyrektora teatru.

Na ten krok nie mam żadnych orzeczeń sądów. To kwestia odwagi organu administracji, otwarcia nowego nurtu dobrych praktyk samorządowych i postawienie na totalną transparentność. Ktoś, kto gra czysto, nie ma nic do ukrycia.

W ten sposób wyeliminujemy wiele patologii, które zdarzają się podczas konkursów, o których pisałam na wstępie. Ponieważ władza (Art. 4 Konstytucji RP) należy do narodu, więc ja i każdy/a obywatel/ka - musimy mieć narzędzia, żeby z tej naszej władzy skorzystać. I móc kontrolować komisję, która wypełnia zadanie publiczne dla nas i w naszym imieniu. Dodatkowo, jak coś się odbywa na widoku publicznym, to jest mniejsza szansa na nieprawidłowości czy ustawki, a nieetyczne czy nieuczciwe zagrania członka komisji zostaną szybko napiętnowane.

Obrady komisji odbyłyby się już we własnym gronie. Jednak każdy członek i każda członkini komisji konkursowej miałby świadomość, że jego/jej działania są poddawane ocenie, że świadczy swoją reputacją i dobrym imieniem - w tej sytuacji trudniej iść na układ czy przepychać kogoś miernego, skoro wszyscy jawnie słyszeli, kto w tym konkursie zagrał czysto, a kto fałszował.

Korzyści jest więcej niż zdołam je wymienić i przewidzieć. W obecnym kryzysie zaufania do władz publicznych, umożliwienie uczestnictwa i transparentność procedur jest narzędziem do budowania tego zaufania na nowo. Pewnie znacie takie konkursy, do których nikt nie stanął oprócz dotychczasowego dyrektora i może jakiejś przypadkowej osoby, mimo że przedstawiciele władz samorządowych naprawdę chcieli zrobić otwarty i prawdziwy, a nie pozorny konkurs? Chyba już coraz rzadziej w nieustawione konkursy i dobre intencje wierzymy. Tak się jakoś porobiło Zatem takie nowe praktyki konkursowe, z transparentnymi regułami gry, mogą być jasnym sygnałem dla potencjalnych kandydatów i kandydatek: naprawdę chcemy grać czysto i odpowiedzialnie i naprawdę nam zależy na dobru teatru.

Przy jawnym konkursie autoregulacji może ulec dobór członków i członkiń komisji. Przecież w wielu gminach, szczególnie mniejszych, do komisji powoływani są urzędnicy żałośnie nie znający się na kulturze ani na instytucjach kultury, traktujący je jako wydział urzędu - jawny konkurs szybko by te niekompetencje naznaczył i napiętnował i sprawiłby, że do komisji wstyd byłoby oddelegować urzędowego laika. Przedstawicielami samorządu i ministerstwa - stron delegujących członków i członkinie do komisji, wcale nie muszą być urzędnicy - mogą to być zaproszone z zewnątrz autorytety, ekspertki i eksperci, praktycy, dyrektorzy innych teatrów, działacze eksperckich lokalnych bądź krajowych organizacji zajmujących się badaniem kultury czy jej rozwojem. A nawet kompetentni i światli urzędnicy i urzędniczki z sąsiedniej gminy - przecież i takich znamy wielu. W transparentnej procedurze rzetelna i uczciwa praca członków i członkiń komisji zyska szacunek obserwatorów, w miejsce obecnych domysłów, szeptów w kulisach i frustracji.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na istotny niuans. Wiecie, że ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, w kontekście konkursów, nie mówi nic o marszałku, prezydencie czy burmistrzu, czyli - w kategoriach prawnych - nic o organach? Ustawa posługuje się terminem ORGANIZATOR: organizator tworzy instytucje, ogłasza konkurs, itp. A organizator to - wedle ustawy - wcale nie prezydent czy marszałek, ale samorząd, czyli wspólnota mieszkańców. To znaczy, że to my, mieszkańcy, jesteśmy organizatorami instytucji kultury, to my organizujemy konkurs, a prezydent czy marszałek jest naszym organem wykonawczym. To niuans, ale jak go pojmiemy, to zrozumiemy nasz potencjalny obszar do zagospodarowania. W komisji konkursowej zasiada trzech przedstawicieli ORGANIZATORA - nie dosłownie prezydenta, ale gminy, definiowanej w ustawie o samorządzie gminnym jako wspólnota mieszkańców. Technicznie robi to oczywiście prezydent lub wójt, ale to nie oznacza, że nie mamy tutaj pola do działania. Budujmy relacje, twórzmy środowiska, podpowiadajmy, dialogujmy, jak trzeba - naciskajmy, miejmy wpływ - lub jak kto woli - inspirujmy nasze organy wykonawcze, czyli marszałków, prezydentów, burmistrzów i wójtów , do wykonywania zadań gminy najlepiej, jak to można, czyli z udziałem nas, członków wspólnot samorządowych. To wszystko mamy w prawie. Czas zacząć wcielać to w życie.

Kolejne obszary zmian w konkursach - to sposób oceny kandydatów. Czasem urzędnicy wymyślają tabelki i komisja musi przyznawać w kratkach punkty. Wciskanie kandydatów w z góry ułożone w urzędzie ramki punktacji dość skutecznie kastruje inne aspekty i pożądane kompetencje, nieprzewidziane w tabelce z punktami. I nie uwzględnia "punktów ujemnych". Ale to już na inną refleksję.

Właśnie toczy się konkurs na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Zaproponowałam przedstawicielom urzędu marszałkowskiego takie jawne ramy konkursu. Czy się odważą? Zobaczymy. Inna rzecz, że wymogi wobec potencjalnych kandydatów postawiono takie, że nie załapuje się na nich większość tych, którzy mogliby tę instytucję podźwignąć. Ogłaszanie konkursów to jak widać - osobna sztuka, a nie każdy prezydent czy marszałek musi się orientować, że w kulturze nawet 10 lat doświadczenia na stanowisku kierowniczym niekoniecznie musi oznaczać szczyty kompetencji i szansę dla teatru.