powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Polska w budowie, czyli kolejna terapia śmiechem

Przedostatni dzień Opolskich Konfrontacji Teatralnych "Klasyka Żywa", oprócz dwóch wydarzeń towarzyszących (czytania "Emigrantów" Sławomira Mrożka w opracowaniu Małgorzaty Jakubowskiej oraz Spacerownika Teatralnego) to konkursowy pokaz "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza z Teatru Nowego w Poznaniu - pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Już pierwsze spojrzenie na scenę sugeruje, jaki cel ma inscenizacja Mikołaja Grabowskiego. W scenografii Jacka Uklei nie ma pięknego dworku z pamiątkami rodu i portretami bohaterów narodowych, jest za to - jak się wydaje - przedmiot sporu, symbolicznie potraktowane dziedzictwo rodziny Horeszków, któremu nadano nowoczesny sznyt. Zamek jest po mickiewiczowsku zrujnowany, co przyjmuje wymiar współczesnego placu budowy, na którym obok betonowych ścian są też rusztowania i siatki chroniące od pyłu. Nie dziwi więc, że zamiast nakręcania kurantowych zegarów, Gerwazy uruchomia betoniarkę!

Metafora budowy okazuje się kluczowa. "Pan Tadeusz" (na zdjęciu) istnieje w naszych wyobrażeniach jako narodowa świętość, z którą należy obchodzić się z pietyzmem. Grabowski rewiduje fantasmagoryczny mit o szlachcie (która w tak wyidealizowanej formie, nigdy nie istniała), śmiało odrzuca wynoszenie biblii polskości na piedestał, zastępuje je uważną lekturą poematu, wyraźnie podszytą humorem.

Reżyser wraz z Tadeuszem Nyczkiem przygotowali ciekawą adaptację, w której pozostawili dwunastozgłoskowiec, a więc także partie narratora. Postaci nie tylko wypowiadają przypisane im dialogi, ale także - jakże współcześnie! - komentują własne działania w formie narracji w trzeciej osobie, co generuje śmieszną sztuczność. Autorzy scenariusza sięgnęli do dziesięciu pierwszych ksiąg (z których wykorzystują wszystkie kluczowe wątki i postaci), dwie ostatnie pomijają, a w formie refrenu - rozbijającego akcję - używają epilogu. Rytmiczność wiersza umożliwia zamianę wielu fragmentów w pieśni, co odkrywa niezwykłe umiejętności wokalne poznańskiego zespołu, wspartego grającym na żywo kameralnym zespołem muzycznym (skrzypce, puzon, wiolonczela, trąbka i perkusja).

Dostrzeżenie komizmu w ceremonialnym opisie obrzędowości i obyczajów szlachty, pociąga za sobą sugestywny język teatralny. Reżyseria światła jest ostentacyjnie ilustracyjna: krwawe potyczki symbolizuje czerwień, wyjście do lasu - zieleń (grzybiarze zamiast koszy mają foliowe siatki). Michał Głaszczka z rzadka pozwala sobie na bardziej wysmakowane pomysły, jak podczas otwarcia spektaklu, kiedy przemierzających scenę pielgrzymów oświetla smugą ostrego, białego światła.

Katarzyna Kornelia Kowalczyk ubiera postaci we współczesne, zróżnicowane kostiumy (z czasem zastępowane strojami szlacheckimi, które są noszone ostentacyjne jako przebranie). Strój Pana Tadeusza jest najbardziej zwyczajny, przeniesiony z ulicy, natomiast inne postaci to i fani granatowych dresów Adidasa z białymi paskami (co silnie determinuje obcesowe zachowanie postaci granej przez Marcina Kalisza), i eleganckich garsonek, czy też garniturów albo dżinsowych ogrodniczek.

Zapamiętuje się pojedyncze sceny. Choćby świetną etiudę w mrowisku - nie wygląda, żeby Telimena była w opałach. Wykonywana przez Annę Mierzwę choreografia przypomina trening fitness, który służy też prezentacji wdzięków. Inną, wywołującą salwy śmiechu sceną jest opowieść o polowaniu na niedźwiedzia, duża w tym zasługa Łukasza Chruszcza (Gajowy opowiada zadyszanym tonem), a także slapstickowej choreografii. Przygotowanie Zosi do salonowego życia to ruchowo-wokalny popis Julii Rybakowskiej, co kontrastuje z niewinnością literackiej postaci. Grabowski zabawnie ironizuje na temat lirycznego przedstawiania przyrody przez Mickiewicza. Wśród pięknie grających i śpiewających żab (i stawów) Hrabia - z peleryną i szpadą u boku - zaczyna przypominać Zorro.

Nie ma słabych ról. Świetna jest Anna Mierzwa, Telimena w jej wykonaniu łączy temperament, dumę z cielesnych atutów, eksponowanych, gdy tylko pojawi się szansa na nowy flirt (sugestywne rozwiązywanie płaszcza), ze świadomością upływu czasu (stąd potrzeba poprawienia mankamentów ciała). Przesiaduje na ławeczce z Podkomorzyną (Maria Rybarczyk) i Wojszczanką (Agnieszka Różańska), zrzędzącą i kpiącą z nieopierzonych podlotków. Jej ruchliwość kontrastuje z leniwym, wiejskim tempem życia. Tylko skrzyżowane ręce zdradzają, że nie może sobie wybaczyć decyzji o przyjeździe do Soplicowa.

Zosia jest ucharakteryzowana na kujonkę - w potężnych okularach i ugrzecznionej sukience wydaje się być rewersem ciotki Telimeny. Alicja Juszkiewicz nie gra niewinnej i płochliwej pastereczki, maniery Zosi są niemal męskie: zamaszysty chód, niereformowalny sposób siadania, cudnie nieporadne wypowiadanie tekstu.

Zaskakuje Jan Romanowski, który nadał Tadeuszowi autentyczny sznyt współczesnego dwudziestolatka, ale i sporo zadziornego komizmu. Zapamiętuje się też Mateusza Ławrynowicza jako nadwrażliwego estetę Hrabiego; groźnego Gerwazego, w którego wciela się Ildefons Stachowiak; nieco wyalienowanego, świetnie śpiewającego Michała Kocurka jako Jankiela (przypomina się transoperowy "Sen nocy letniej" w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, w którym pokazał umiejętności wokalne); czy zagarniającego finał Mariusza Zaniewskiego jako Księdza Robaka.

Momentami przeszkadza aktorskie szarżowanie - choćby wypowiedzi Księdza z drugiego aktu. Emocjonalną skrajność tej sceny (bardziej przerysować się już nie da) widzowie podsumowują ciszą. Co znamienne, wyważoną reakcję wywołuje także rapowany monolog Robaka. Zbyt grubą kreską przedstawiono scenę "ustawiania do pionu" Hrabiego przez Gerwazego. Ilustracyjność wobec tekstu jest często farsowo przerysowana. W połowie drugiego aktu komizm przycicha. Po dwu godzinach śmiechu trudno jest się przestawić na bardziej uważny odbiór, którego wymaga akcja.

Propozycja Grabowskiego jest satyrycznym odczytaniem poematu Mickiewicza, choć reżyser wprowadził kilka ciekawych konotacji (jak choćby nawiązanie do Erynii z "Nocy listopadowej" Stanisława Wyspiańskiego w scenie zajazdu). Dodatkowo refleksję utrudnia szybkie tempo akcji. Choć komizm wydaje się zbawienną odtrutką na patos narodowego poematu, jest też i pułapką - widzowie bezrefleksyjnie śmieją się jak na dobrej komedii, zapominając, że podstawiono im zwierciadło. Poznańskie przedstawienie nie jest teatralnym arcydziełem, jednak to właśnie ono zostało nagrodzone przez festiwalową publiczność sporą owacją.

To trzecia realizacja tego tytułu przez Grabowskiego, wcześniej wystawił go w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie (2011) i w Teatrze im. Osterwy w Lublinie (2016). Pospektaklowa dyskusja z reżyserem ujawniła, że nie był to dialog z poprzednimi wersjami, lecz powielenie schematu inscenizacyjnego (ze scenografią, muzyką, kostiumami, adaptacją). Mikołaj Grabowski pół żartem, pół serio przyznał, że zradykalizowanie sytuacji społeczno-politycznej w Polsce sprawiło, iż przez kilka miesięcy pracował w Poznaniu nad nieco inną koncepcją, ale skapitulował i powrócił do wypracowanego modelu. To rutyniarstwo odbiera radość z rozbrajania mitów narosłych wokół narodowej epopei, które zaproponował.

***

44. Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Żywa", 9-14 kwietnia 2019

***

Wiktoria Formella - absolwentka teatrologii o specjalności dramaturgiczno-krytycznej oraz zarządzania kulturą na Uniwersytecie Gdańskim. Publikowała w "Kwartalniku Artystycznym Bliza".