powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Okiem Widza: Jak być kochaną

"Jak być kochaną" wg Kazimierza Brandysa w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem Widza.

Wchodzimy w przestrzeń abstrakcyjną, rozświetloną, uniwersalną. Laboratoryjnie sterylną. Idealną do przeprowadzenia eksperymentu z czasem, uczuciami, pamięcią. Rozpadem osobowości. Pogłębiającym się wyczerpaniem. Biała ściana z biegnącym wokół niej prawie niezauważalnym siedziskiem, olbrzymia okrągła czarna dziura jak lej, zapadlisko w centrum i taki sam otwór na suficie jest samolotem, mieszkaniem lub każdym innym miejscem rozgrywającej się alinearnej akcji, której urealniające znaczenie nadają wspomnienia Felicji, przywoływani pozostali uczestnicy podróży w czasie.

Felicja w czerwonym płaszczu, czarnych szpilkach i rękawiczkach, z czarną torebką, w słonecznych okularach, znana i kochana przez widzów aktorka, leci na zasłużony odpoczynek do Paryża, gdzie mieszka jej córka. Nie widziały się 15 lat, co wiele mówi o ich relacjach. Kobieta w średnim wieku jest wyczerpana, osłabiona, wycofana. Pije. Fantazjuje. Przywołuje wspomnienia osób, miejsc, zdarzeń w charakteryzacji jej emocji, z perspektywy sytuacji, w jakiej się obecnie znajduje. Wracają traumy, bolesne, intensywne przeżycia, nie dają jej spokoju wątpliwości co do okoliczności, przyczyn śmierci miłości jej życia, Wiktora. Przywoływane fragmentaryczne, poszarpane obrazy, pojawiające się niechronologicznie, wyrwane z szerszego kontekstu tworzą w końcu portret psychologiczny Felicji. Kobiety splątanej, okaleczonej, wypalonej, która potrafi swoim głosem, sztuką aktorską dać ludziom wiele otuchy, ciepła, miłości. Optymizmu. Pomaga innym, sobie nie potrafi. Mimo udanej kariery, posiadania rodziny, męża, dzieci. To przeszłość jest źródłem jej udręki, cierpienia. Rekonstruuje ją ciągle na nowo, przywołuje, przeżywa. Uporczywie stara się ją zrozumieć.

To jej jednak nie pomaga. Raczej osłabia, prowadzi ku załamaniu. Dopasowywanie puzzli pamięci nie skończy się nigdy. Za każdym razem powstaje inny kalejdoskopowy miraż, iluzja, złudzenie. Nigdy pewność, ostateczny przebieg zdarzeń, wyjaśnienie wątpliwości. Nie uda się Felicji wyprzeć z pamięci tego, co ją ukształtowało, stworzyło. Może się wraz z nią przeszłość tylko przeistaczać, przepoczwarzać, ewoluować. Starzeć, degenerować, rozpadać. Aż po ostateczny kres.

Lena Frankiewicz wyreżyserowała bardzo trudny ale niezwykle interesujący spektakl o działaniu pamięci, jej wpływie na osobowość Felicji i jej realne życie w perspektywie upływającego czasu. O tęsknocie za utraconą w niewyjaśnionych do końca okolicznościach miłością jej życia, bratnią artystyczną duszą, Wiktorem, którego ukrywała w czasie wojny, dla którego przeżyła brutalny, ohydny gwałt, zrobiłaby jeszcze więcej, właściwie wszystko. To, co pamięta Felicja wydaje się absurdalne, odrealnione, niezrozumiałe. Nieuchwytne. Nielogiczne. To skrajne uczucia, ekstremalne emocje, cały ich bogaty zestaw, sprzeczna natura pamięć udziwnia, zmienia, deformuje. Nie pozwala uchwycić prawdy, by móc nad nią panować. Felicję wspomnienia dręczą, rozpamiętywanie niszczy niczym niewidzialna siła, okrutny demon, zabójczy wirus.

Gabriela Muskała jest doskonała, wyjątkowa. Zagrała Felicję na skraju załamania w ochronnej masce obojętności. Alkoholiczkę. Gwiazdę. Młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę. Felicję zafascynowaną Wiktorem, oddaną mu, wierną, troskliwą, czułą. Podsycającą w sobie miłość do niego, ślepą na to, że on ledwie ją zauważa, toleruje, znosi. W chwilach trzeźwości szanuje. Nie chce z nią żyć, popełnia samobójstwo, mimo jej poświęcenia, ofiary, miłości. Felicja w gruncie rzeczy szuka nieustannie sposobu na to, jak być kochaną. Bo to, że kocha a kocha szalenie, to oczywiste. Robi co może, stara się jak potrafi, daje z siebie wszystko ale jej wysiłki kończą się spektakularnym fiaskiem. Gorzki to bilans życia, cierpki smak rozczarowania, zaprawiony niezasłużonym poczuciem kumulującej się winy. Nic dziwnego, że rodzi ona tłumioną frustrację a przepracowywane obrazy pamięci tylko ją wściekle podsycają. Spalają od środka.