powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Artyści impotenci i odprawianie sztuki

Odkurzyłem ostatnio rozmowę Gustawa Holoubka z Andrzejem Hausbrandtem pt. "Teatr jest światem" (Kraków 1986). W rozdziale zatytułowanym "Rola i jej granice" Holoubek wypowiada słowa, które - po zobaczeniu niektórych spektakli - mógłbym wziąć za swoje - pisze Ks. Andrzej Draguła.

Ten wielki aktor i reżyser odnosi się do sytuacji, gdy na scenie - jak mówi - pojawia się "lawina śmieci, przysypując scenę pozornie atrakcyjnym chaosem rzeczy, gestów, działań". Jaki tego skutek? "Zdezorientowani tym zaczynamy instynktownie, w pośpiechu doszukiwać się jakiegoś głębszego znaczenia. Ukrytych wartości. Próbujemy na własną rękę organizować chaos. Jest to jednak szukanie szpilki w stosu siana bez gwarancji, że ktoś ją tam rzeczywiście zostawił".

Punktem wyjścia dla takiej interpretacji spektaklu jest założenie wstępne, ze wszystko coś znaczy, że nie ma nie tylko niepotrzebnych słów, ale także gestów, ruchu, elementów scenografii, muzyki czy gry świateł. Teatr to skomplikowany język łączący w sobie wiele poszczególnych kodów. Widzowi się zdaje - takie jest chyba założenie - że wszystko, co widzi na scenie jest potrzebne, że służy przesłaniu, idei, myśli reżyserskiej. Czasami jednak miewam wrażenie odmienne: że część to rzeczywiście wyłącznie - w dosłownym tego znaczeniu - dekoracja.

Przypomina mi się tutaj przesłuchanie Paulo Veronese przed trybunałem Świętej Inkwizycji, przed oblicze której ten wybitny malarz został wezwany w roku 1573. Przedmiotem kontrowersji był jego obraz zatytułowany "Ostatnia Wieczerza". Otóż członkom trybunału nie podobało się, że na obrazie pojawiły się elementy, które - jako żywo - z wydarzeniem nazywanym Ostatnią Wieczerzą się nie kojarzą. Wyszli oni z założenia, że skoro malarz je tam umieścił, to miał w tym jakiś cel. Nie dziwi więc pytanie: "Co oznacza wyobrażenie człowieka, któremu cieknie krew z nosa?". Dziwić jednak mogła dana przez malarza odpowiedź: "Przedstawiłem w tej postaci sługę, który się tam zjawił i któremu, z powodu jakiegoś wypadku, cieknie krew z nosa". Po prostu. I nie należy się doszukiwać drugiego dna i dodatkowego znaczenia. Sens wszystkich zaskakujących elementów na obrazie najlepiej oddaje odpowiedź malarza na pytanie o "człowieka ubranego jak błazen z papugą na dłoni". Veronese odpowiedział: "Dla ozdoby, jak to jest w zwyczaju". Malarz powołał się na prawo do swobodnego wyrażania swojego talentu malarskiego: "My, malarze, pozwalamy sobie na taką samą swobodę [licentia] jak poeci i błaznowie". Powód namalowania na obrazie karłów, psów, halabardników czy też całej masy służących Veronese wyjawia z całą naiwną szczerością. Namalował bowiem "obraz, który jest wielki i może pomieścić wiele postaci". Czymś i kimś trzeba było wypełnić płótno, które rzeczywiście było potężnych rozmiarów: 555 × 1280 cm. Ostatecznie Veronese zmienił tytuł obrazu na "Uczta w domu Lewiego". Czasami mam wrażenie, że dla niejednego reżysera scena jest wyzwaniem niczym ogromne płótno dla Veronese. Ich też ogarnia licentia poetica i zapełniają scenę, a widz się głowi nad sensem tego, co widzi.

Holoubek jest w swojej diagnozie o wiele bardziej radykalny. Nie da się wszystkiego wyjaśnić chęcią wypełnienia sceny ad decorationem. "Rzeczywistym powodem - mówi - dla którego nagromadzono to wszystko na scenie, obciążając trudem poszukiwań widza, jest pobudzenie bezpłodnego twórcy do aktu wydania owocu. [] Pomysłowość impotentnych artystów w wyszukiwaniu środków podniecających jest nieograniczona. Nic, co wyda im się skuteczne, nie będzie odrzucone bez względu na charakter podniety, jej cenę i wartość estetyczną. Sadyzm, masochizm, turpizm (nie tylko w znaczeniu literackim), wywoływanie szoku, odrazy, strachu, itd., itd.".

Głos brzmi oskarżycielsko, może nazbyt, ale - przyznaję - czasami miewam podobne wrażenie. Pozorna "atrakcyjność" tego, co widzimy na scenie zdradza niewiarę reżysera w siłę słowa i prostego, ale przemyślanego gestu, czy nieprzesadzonej, symbolicznej scenografii. Nadmiar nie służy, służy powściągliwość. Co więcej, nadmiar wprowadza w błąd. Sugeruje znaczenia, których - być może - w ogóle nie ma. Jest stóg siana, ale żadnej w nim igły, co by nas mogła ukłuć. "Nawoływanie do przywrócenia bazy intelektualnej twórczości artystycznej, domaganie się, aby była ona dziełem świadomości, a nie przypadku czy patologii - nie jest jedną jeszcze teorią" - twierdzi mistrz Holoubek. I ja go rozumiem. Znam to doskonale z obszaru katolickiej liturgii i kultu. Kapłan, który nie wierzy w moc słowa, gestu i rytu, a które wprost wynikają ze "scenariusza" liturgii, będzie ją uatrakcyjniał, zbogacał, ulepszał, poprawiał - oczywiście w jego mniemaniu. Niestety, często robią to bardziej - jak to się kolokwialnie mówi - na czuja niż na rozum. Skutki bywają opłakane. Owszem, dzieje się dużo, głośno, a czasami wręcz na granicy profanacji. Nie ma to jednak wiele wspólnego z istotą tego, w czym uczestniczymy będąc w kościele. Bo liturgia to przecież logiké latreia, czyli "rozumna służba". W kontekście Reduty Juliusza Osterwy Dariusz Kosiński pisał: "Nie chodzi bowiem o to, by grać liturgię, ale raczej o to, by odprawiać sztukę". Ten postula wydaje się wciąż aktualny. No właśnie. I niech to "odprawianie sztuki" będzie na tyle logiczne, by widz nie musiał pytać - niczym trybunał Świętej Inkwizycji - co oznaczają papugi, karły czy halabardnicy, o których roi się na scenie.