powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Życie śmieszne-nieśmieszne jak nasze

"Inni ludzie" Doroty Masłowskiej w reż. Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Dorota Masłowska napisała wypełniony rymami i rytmami poemat o Warszawie. Z tej swoistej anty-laurki Grzegorz Jarzyna zrobił spektakl-teledysk, hip-hopowy musical wypełniony kiczowatymi animacjami, tanimi efektami specjalnymi i bazarową estetyką. Jego niezwykle starannie przygotowana adaptacja, zamieniająca strofy w szalony dialog i równie szaloną narrację, jest wierna nie tylko kolejnym rozdziałom, scenom czy słowom. Jest wierna przede wszystkim niezwykle charakterystycznym rymom i rytmom Masłowskiej, które przeniesione w teatralną przestrzeń nie tylko decydują o jakości i oryginalności spektaklu, ale też o jego energii i ciągle zmieniającej się dynamice. Uruchamiają wyobraźnię, zaskakują poetyckością i lirycznością, nieoczekiwanymi zmianami, pętlami, powtórzeniami, nagłymi przestojami i narastającymi dramatami, nie gubiąc niczego ważnego z oryginału.

Przedstawienie operuje jednak nie tylko w mistrzowski sposób słowem, jego melodią, frazą, rymem i rytmem, ale też obrazami i wszystkim tym, co ukryte w przestrzeni pomiędzy. Spektakl wypełniają więc postaci ledwo u Masłowskiej zauważalne, pojawiające się często w jednym słowie lub zdaniu, będące w tle tła głównych wydarzeń. Pasażerowie tramwajów i busików rozwożących przyjezdnych warszawiaków na weekend do domów. Ksiądz, zakonnica, Matka Boska zakazująca aborcji, aktorzy z bilbordu i modele z reklamy. Ochroniarz z Rossmanna i menele pilnujący samochodów na parkingu. Pojawiają się na chwilę, wracają, są niczym rzeka ludzi płynących ulicą. Tłum, który na pierwszy rzut oka wydaje się być anonimowy, złożony z ludzi, z którymi nie mamy i nie chcemy mieć nic wspólnego. Czasem jednak, zupełnie tak jak w życiu, przez ułamek sekundy wydaje nam się, że w tym szarym, bezbarwnym tłumie, udało nam się pochwycić znajome spojrzenie, rozpoznać jakiegoś celebrytę, którego obecność sprawia, że my sami czujemy się lepiej ze sobą. Czujemy się ważniejsi, bo potrafiliśmy jego lub ją zauważyć, rozpoznać, zupełnie jakbyśmy byli dobrymi znajomymi. Śmieszna, zwielokrotniona, uchwycona w komicznym rozkroku reporterka skradająca się po schodach szemranego bloku, okazuje się Moniką Olejnik, naszą dobrą znajomą, z którą wielokrotnie przepytywaliśmy coraz bardziej zestresowanych polityków. Aktorzy z bilboardu to przecież Agata Buzek i Tomasz Karolak, Roma Gąsiorowska wyzywa nas z mijającego samochodu, a ksiądz niepostrzeżenie przybiera twarz Andrzeja Seweryna. Jarzyna gra z widzem w skojarzenia, puszczając do niego raz po raz oko. A widz najwyraźniej dobrze czuje się w takiej grze, grze wypełnionej celebrytami i gwiazdami, grze dla wybranych. Grze, w której każdego można ośmieszyć, z każdego zrobić mema, dodać mu zabawny podpis i wysłać w internetowe przestworza.

To misternie komponowane przez reżysera tło często zresztą przechodzi na plan pierwszy, wtrąca się, zabiera głos niepytane, przejmuje rolę chóru jakby wprost wyciągniętego z teatru greckiego, doradzającego i krytykującego bohaterów, a nawet przejmującego narrację. Sami bohaterowie Masłowskiej, choć nie ma wśród nich celebrytów, wydają się nam równie, choć dziwnie bliscy i znajomi. Rozpoznajemy ich, chociaż nie znamy ich twarzy. Tak jakby autorka tworzyła pewne typy postaci, chodzące stereotypy, wskrzeszonych i przeniesionych w XXI wiek bohaterów powieści sentymentalnej ze swoimi stałymi zestawami cech i równie przewidywalnymi życiorysami. Jakby "Inni ludzie" byli kolejną, lekko zmutowaną, odsłoną ciągnącej się od debiutu Masłowskiej opowieści o losach paru związanych ze sobą rodzin. Dorastający bez ojca Silny z "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" trochę wydoroślał (chociaż nie do końca) - jego kolejną "odsłoną" staje się Kamil (w spektaklu Jarzyny grany przez Yacine Zmita), również wychowywany bez ojca, sprzedający dragi i marzący o nagraniu płyty, która pozwoliłaby mu wyrazić tłumione przez całe życie sny i nadzieje. Jego Matka (Maria Maj), wiecznie podcinająca mu skrzydła, zdaje się odbiciem Halinki i Bożenki, bohaterek "Między nami dobrze jest". Z Sandrą (Agnieszka Żulewska), wścibską młodszą siostrą Kamila, spokrewniona mogłaby być Metalowa Dziewczynka z tej samej sztuki. A może tamtejsza Metalowa Dziewczynka stała się dziś Justą (Aleksandra Popławska), nie do końca akceptowaną, trochę śmieszną, żyjącą jakby obok, we własnym świecie.

W drugiej, kosmicznie oddalonej rzeczywistości zarezerwowanej dla ludzi sukcesu, mieszkają Maciej (Adam Woronowicz) i Iwona (Agnieszka Podsiadlik), niewierny mąż i równie niewierna żona, połączeni wspólnym synem i, co zdecydowanie ważniejsze, wspólnym mieszkaniem na ekskluzywnym, zamkniętym osiedlu. Mieszkaniem krzyczącym o ich bogactwie i dobrobycie, a jednocześnie pustym, zimnym i pozbawionym jakiejkolwiek czułości. Oboje są pewnego rodzaju wariacją na temat Pijanej Kobiety i jej męża znanych z "Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku", wariacją z lepszymi dochodami, wyższym statusem społecznym, ale tymi samymi problemami, tym samym brakiem miłości, czułości i zaangażowania. Droższe Volvo wyposażone w asystenta parkowania zamiast Opla-Vectry czy droższe mieszkanie na strzeżonym osiedlu tak samo nie są w stanie wypełnić pustki w ich życiach. Szukają ucieczki już nie tylko w alkoholu, ale też w narkotykach i przygodnym seksie, najlepiej z kimś, kto będzie od nich gorszy, kogo będzie można kupić, dzięki komu poczują się lepsi, więcej warci i bardziej spełnieni.

Te dwa światy, te dwie rzeczywistości, dwie Warszawy, biedna i bogata, jedna pogrążona w marzeniach o lepszym jutrze i druga, mająca bolesną świadomość, że lepsze jutro jest tylko pustym sloganem, wydmuszką, którą karmi się wszystkich tych, dla których trawa zawsze jest bardziej zielona gdzieś indziej, nie mają prawa się spotkać. Każdy z tych światów zamieszkują tytułowi inni, każdy jest odrębnym kosmosem, istniejącym niby równolegle, ale nie chcącym mieć ze sobą nic wspólnego. A jednak żaden z tych światów nie może istnieć osobno, oba rozpaczliwie potrzebują siebie nawzajem, oba, nie chcąc tego przyznać, się wzajemnie uzupełniają. Inni ludzie z Grochowa, inni ludzie z Wrzeciona, inni ludzie ze strzeżonych osiedli nowobogackiej Woli, wszyscy pozamykani w swoich kosmosach, ze swoimi księżycami zrobionymi z przebijających się przez warszawski smog sklepowych neonów, ze swoimi łatkami, podręcznym zestawem najczęściej używanych słów i pojęć, z własnymi rymami i rytmami odmierzającymi upływający czas. Grzegorz Jarzyna potraktował ich przenikające się kosmosy w sposób bardzo symboliczny, za całą scenografię mając trzy wysokie ekrany z blachy falistej, w kształcie i proporcjach przypominające ekrany smartfonów, na których przez cały czas wyświetlają się kolejne urywki z relacji z życia bohaterów. Za nimi zaimprowizowane zostały mini studia nagraniowe, greenboxy i zestawy rekwizytów.

Świat kreowany w spektaklu "Inni ludzie" tylko pozornie wydaje się odległy od tego wykreowanego we wcześniejszym "Między nami dobrze jest". Tamten wystawiony na niewielkiej scenie TR Warszawa, w którym bohaterowie zajmowali niewielką przestrzeń wykrojoną ze starej kamienicy, również rozgrywał się w dużej mierze w przestrzeni wirtualnej, w wyświetlanych na trzech ekranach animacjach. Tworzone w ten sposób surrealistyczne, komiksowe tło przenosiło bohaterów w pewną niby określoną, ale jednak metaforyczną przestrzeń. Ponad miejscem i czasem. W "Innych ludziach" dalej mamy kreowany ze zwielokrotnioną energią świat na poły surrealistyczny, na poły komiksowy. I na tyle metafizyczny, na ile może być metafizyczny świat ulicznego kiczu, bazarowej tandety, serialowo-smogowej Warszawy. Kiczu wysokiej jakości, niezwykle świadomego i świadomie prowokującego pewnego swojej wyższości, swojego lepszego smaku, widza.

Tak jakby reżyser, a wcześniej autorka, każdą kwestią, każdym mrugnięciem oka, każdym przerysowaniem i każdym odrobinę zbyt mocnym akcentem najpierw próbowali rozśmieszyć widza, po czym natychmiast przywoływali go do porządku i pytali: z czego się śmiejecie? Z tych, co w Rossmannie mozolnie zbierają punkty w aplikacji, wypatrując promocji na ulubiony, ale jednak odrobinę zbyt drogi, szampon? Z tych, co im się igły z choinki wbijają w stopy przez pół grudnia i cały styczeń? Z tych, co wzięli ślub, bo kredyt i teraz, kiedy miłość się skończyła, nie mogą się rozstać, bo kredyt? Z tych, co przyjechali do stolicy z głowami nabitymi marzeniami, a którzy w zamian dostali szarość, korki, smog i łatkę słoika? Z tych, którym rodzice od urodzenia mówią, że nic im się w życiu nie uda? Z tych wszystkich innych, nieudaczników, śmiesznych małych ludzi mozolnie próbujących przetrwać kolejny dzień, z tej anonimowej szarej masy przewalającej się przez ulice, autobusy, tramwaje, z tych za biednych i za bogatych, tych co próbują zmienić swoje życie za pomocą diety w pudełku, tych znudzonych, zapracowanych, brzydkich, wypełnionych botoksem, tych, z którymi nic nas nie łączy, z których można sobie żartować, można się śmiać, można ich oglądać. A może z tych innych, którzy dokładnie tak samo jak my mają swoje codzienne problemy, codzienne zmagania, codzienne małe sukcesy i małe porażki, którzy z mozołem pokonują kolejne przeszkody, marząc o miłości, bliskości, zrozumieniu i szczęściu? Których życie jest równie śmieszne-nieśmieszne jak nasze, z którymi chociaż nie bardzo chcemy, to jednak łączy nas coś więcej niż tylko smog, którym wszyscy na co dzień oddychamy.

Zapewne można odczytać "Innych ludzi" jako metaforę dzisiejszej Warszawy i Polski. Metaforę społeczeństwa pogubionego w podziałach, nie będącego w stanie odróżnić, kto nasz, a kto inny, w każdym szukającego wroga. Metaforę społeczeństwa, w którym bieda jest obiektem kpin, które nie dostrzega swoich przywilejów i nie jest w stanie odnaleźć szczęścia. Lub metaforę tego drugiego społeczeństwa, tego pozostającego na marginesie, tego, którego nikt nie chce zauważać, którego nikt nie chce wysłuchać. Bo być może tych "nas" rzeczywiście już nie ma, być może podziały stały się zbyt silne, zbyt wyraźne, zbyt trudne do pokonania. Być może powieść Masłowskiej i idące w ślad za nią przedstawienie Grzegorza Jarzyny powinny być odczytywane i interpretowane właśnie w takich kategoriach. Wolę jednak myśleć o tym spektaklu przede wszystkim jako o czymś wyjątkowym. O wyjątkowej pracy całego zespołu, dzięki któremu wszystkie mniejsze i większe elementy, z których buduje Jarzyna swoje dzieło, harmonijnie i płynnie, bez żadnych zgrzytów czy zacięć, funkcjonują. O wyjątkowym aktorstwie pozbawionym słabszych punktów czy momentów. O wyjątkowym słuchu, koniecznym do wychwycenia i przełożenia rymów i rytmów Masłowskiej na scenę. I wreszcie o wyjątkowości samej Masłowskiej i Jarzyny, ich wyobraźni, wrażliwości i bezbłędnej umiejętności słuchania i budowania.