powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Ludzka stonoga

Mamy w krytyce taką nową fazę: recenzentów recenzujących, ale nie spektakle, lecz siebie nawzajem. Może to jest przyszłość? Może przyszłością krytyki jest metakrytyka? Może przedstawień nikt już nie ogląda, a powstają tylko po to, by się nazywało, że robimy teatr i gadamy o teatrze? - pisze Maciej Stroiński.

Pisarze mają odruch, żeby wszystko opisywać, natomiast krytycy - proszę zgadnąć, jaki odruch. Teatr jest tylko pretekstem do prężenia klawiatury. Skoro teatr jest "krytyczny" i bardzo samoświadomy, bardzo na sobie skupiony, to krytyka chce tak samo. Jak za czasów Marksa, por. "Święta rodzina, czyli krytyka krytycznej krytyki".

Pod kątem obyczajowym stanowimy, recenzenci, awangardę środowiska. W środowisku teatralnym nie jest przyjęte, żeby jechać po kolegach. To znaczy publicznie. Ale w sumie czemu? Proponuję wieczór pod tytułem "Balls out", godzinę szczerość. My już to robimy i zapraszamy do brania przykładu. Chcemy walk na ringu, chcemy walk w kisielu. Niechaj inspiracją będzie, wrzucona na YouTube, walka Grzegorzewski kontra Garbaczewski.

Krytyka innych krytyków. Drewniak robi to od zawsze (partie "Kołonotatnika" z obyczajów recenzentów), ja to robię od niedawna (por. beef z Domagałą albo cyklik o krytyce). Najnowsza mutacja: masz jakiś "swój" spektakl, którego jesteś recenzentem, ale również bodyguardem. Na przykład Wojciech Majcherek ma krakowskie "Panny z Wilka" albo Witold Mrozek ma warszawski "Mein Kampf". I zrecenzowawszy, bronisz przedstawienia przed dalszymi opiniami.

Majcherek broni Glińskiej przed Kosińskim, Mrozek Skrzywanka przed Skrzydelskim i przed całym światem. Normalnie łańcuszek szczęścia. Wygląda to wszystko jak "stonoga ludzka" (por. "Ludzka stonoga") albo "lemon party" (por. "Lemon party"). Mnie dostaje się pośrednio: "Z tak dobitnymi, a zarazem niekonkretnymi puentami zrobi Skrzydelski karierę jeszcze i w odnowionym jako bibelot Przekroju". W sensie, że co? Że bezideowo? Za czasów Mrozka, zaangażowanych, przypomnijcie mi, proszę, jak szybko "Przekrój" się skończył?

Zebraliśmy się dzisiaj w sprawie eseju Dariusza Kosińskiego o Mai Kleczewskiej ("Słusznie wyproszeni", "Tygodnik Powszechny" 2019, nr 13). Zrobimy metakrytykę. Nie chcę bronić reżyserski przed jej recenzentem, bo w ocenie "Pod presją" raczej się zgadzamy, że to arcydzieło. Będę bronił Kosińskiego jak Adorno oświecenia: PRZED NIM SAMYM.

Chodzi o "Bachantki", o to słynne wypraszanie: "Spektakl widziałem kilka tygodni po premierze i oczywiście od wielu osób już słyszałem, że zgodnie z wolą reżysera ostatnią scenę mogą oglądać tylko kobiety, ale też że opornych nikt na siłę nie wyrzuca. Wchodząc do teatru, naprawdę nie wiedziałem, jak się zachowam. Jednak gdy inspicjent Teatru Powszechnego grzecznie poprosił mężczyzn o opuszczenie sali, bez wahania wyszedłem. Nie ze strachu przed losem podglądacza Penteusza, ale w przekonaniu, że objawienie kobiecej inności nie jest i nie powinno być mi dostępne. [] O obu przedstawieniach piszę z nieusuwalnie męskiej perspektywy. Piszę jako obserwator inności, do której nie mam dostępu. Wydaje mi się wręcz fundamentalnie ważne, by nie udawać, że go mam, że coś naprawdę rozumiem. Rozumienie kobiet przez mężczyzn to wciąż zawłaszczenie i projekcja. Może właśnie tu zaczyna się prawdziwy zwrot, by nie powiedzieć: rewolucja w uznaniu swojego niezrozumienia i tego, że - jak pisze cytowana w programie do "Pod presją" Tatyana Fazlalizadeh - wszyscy mężczyźni są seksistami".

Grubo, nie? Recenzent bijących hołdy feudalne - to wygląda słabo. Zresztą nie mówię, chce, to niech bije. Czuje się seksistą - okej. Czuje potrzebę przepraszać, że żyje - drugie okej. Tylko po co przepraszać za "wszystkich facetów"? Nie wszyscy faceci "są seksistami", nie wszyscy dali się zrobić na poczucie winy.

Tak się przyglądam tej wojnie na seksizm, który jest kluczowym pojęciem dzisiejszej teatrologii, i próbuję zrozumieć, o co tu w ogóle chodzi. "Seksizm" to chyba nie jest dyskryminacja ze względu na płeć, bo gdyby był, "Bachantki" trzeba by uznać za seksistowskie. "Seksizm" jest raczej dyskryminacją ze względu na płeć żeńską - a, to wtedy spoko, wtedy dyskryminacja mężczyzn ze względu na płeć faktycznie nie jest seksizmem.

Tęsknię czasem za genderem. Gender mówił, że płeć jest performatywna, i jak chcesz być kobietą albo niekobietą, to proszę, zapraszam, everyone's invited. Ale teraz tak już nie ma, płeć od dwóch sezonów to jest mocny, biologiczny, polityczny fakt. Nie wywiniesz się od winy! Tu feminizm zgadza się z Kościołem w krytyce "ideologii gender".

Kosiński płaszczący się u stóp spektaklu przypomina osobę pokrzywdzoną, która szuka winy w sobie. Dał się wywalić, wyrzucić, WYKLUCZYĆ i sam sobie tłumaczy, że to jego wina.