powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Senne dywagacje o ulotności

"Nim odleci" Floriana Zellera w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Sławomir Monik w Teatrze dla Wszystkich.

Florian Zeller od kilku już lat cieszy się renomą jednego z najlepszych młodych dramaturgów, prawdziwego specjalisty od wędrówek w głąb ludzkiej duszy i niestrudzonego badacza ogólnospołecznej kondycji emocjonalnej. Te właśnie cechy jego twórczości sprawiają, że coraz chętniej po sztuki rozpieszczanego przez krytykę Francuza sięgają polscy twórcy. Zmierzyć się z subtelną materią dramatu Zellera postanowił także Maciej Englert, czego efektem jest przedstawienie stołecznego Teatru Współczesnego "Nim odleci" (oryg. "Avant s'envoler").

Przedstawienie od początku wymaga od widza dużego skupienia. Choć początkowe sceny wydają się przedstawiać zwykłe życie rodzinne, szybko orientujemy się, że coś tu nie gra. Na gładkim początkowo obrazie pojawiają się pierwsze rysy, a z kolejnymi scenami instynktowne poczucie dyskomfortu narasta, nasila się poczucie dezorientacji i zagubienia. Co jest rzeczywistością, a co tylko wspomnieniem lub ułudą? Kto z bohaterów żyje tu i teraz, a kto jest obecny jedynie w czyjejś (nie)pamięci? I co z tego pozornego chaosu wynika?

Znaków zapytania pozostaje do końca wiele, ale to, co wiemy, składa się na gorzkie (choć czasami nie do końca) refleksje o życiu. Siłą dramatu Zellera jest szerokie pole do interpretacji, które autor pozostawia widzowi. Dla mnie to przede wszystkim sztuka o utracie i ulotności. O utracie bliskiej osoby, o utracie pamięci, miłości, szacunku, świadomości. O ulotności wspomnień i heroicznym wysiłku ratowania ich, gdy śladów minionego czasu jest coraz mniej. O ulotności życia jako teraźniejszości i zastępowaniu go przeszłością łataną fantazjami.

Intrygująca zabawa w wychwytywanie tropów podsuwanych przez autora, a za nim także przez reżysera i aktorów, całkowicie pochłania uwagę widza i jest to zarówno zaleta, jak i wada. Zaleta, bo wzmaga to podskórny niepokój odczuwany podczas oglądania spektaklu już od pierwszych jego scen. Dajemy się ponieść własnym podszeptom, nie zawsze prawidłowym, i stawiamy bohaterom diagnozę, którą niejeden raz jesteśmy zmuszeni zweryfikować. Wada, bo za intrygującą formą i ważką tematyką nie idzie w parze odpowiednio wymagająca treść. Rozmowy toczone przez bohaterów wydają się strasznie błahe. Jak na sztukę, która aspiruje do dokonania przejmującej wiwisekcji na ludzkiej emocjonalności, dialogi są tych emocji paradoksalnie niemal całkowicie pozbawione. Mamy niekiedy wrażenie, że jesteśmy świadkami rozmów o niczym, a momenty, gdy jesteśmy naprawdę przejęci losem bohaterów, należą do rzadkości. Najmocniejsze punkty spektaklu to przejmujący monolog ojca (znakomity Krzysztof Kowalewski), gdy jego coraz bardziej zagubiona świadomość na chwilę rozbrzmiewa znów pełną mocą, a także jego końcowa, wyimaginowana (ale czy na pewno?) rozmowa z żoną (świetna Marta Lipińska). Tak potrzebną odrobinę życia do bardzo nobliwego spektaklu wnosi też Agnieszka Pilaszewska w roli dawnej przyjaciółki (kochanki?).

Nieprzypadkowo z trudną tematyką spektaklu najlepiej poradzili sobie najbardziej doświadczeni aktorzy. Ze względu na nieprzystające do formy i zamierzonego ciężaru sztuki błahe dialogi, pozbawione soczystej treści, można by odnieść wrażenie, że nie jest to materiał godny artystów tej klasy. Ale prawdziwy paradoks polega na tym, że aktorzy pozbawieni tej skali talentu i scenicznej charyzmy nie potrafiliby wydobyć z dramatu tych wszystkich smaczków, które zawarł w niej autor.

Czy zatem warto wybrać się do Teatru Współczesnego, by poddać się tym w zamierzony sposób sennym dywagacjom na temat ulotności życia? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, podobnie jak na większość pytań przekazanych nam (czy też raczej zasugerowanych) w spektaklu "Nim odleci".