powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dokumentacja osobliwości

Teatr Szwalnia odebrał niedawno statuetkę Plastra Łódzkiego w kategorii "Wydarzenie teatralne roku" za dwumiesięczny festiwal, który połączył trzecią edycję przeglądu szwalnia.DOK i szósty MONOfest. Spośród dziesiątków wydarzeń, które miały miejsce między wrześniem a listopadem 2018 roku, warto przypomnieć choć kilka - pisze Katarzyna Bekielewska z Nowej Siły Krytycznej.

Festiwale Teatru Szwalnia to dobre miejsce i czas, by dotknąć teatru czynnego, zaangażowanego, różnorodnego.

Strefa komfortu

Wychodzenie ze strefy komfortu w wielu poradnikach podawane jest jako pierwszy krok do osiągnięcia sukcesu. Jeśli tym komfortem jest ciche przyzwolenie na pseudoopiekuńcze matkowanie państwa obywatelom, nie tak łatwo o recepty.

Przedstawienie zgierskiej grupy Art.51 - "Comfort Zone" (na zdjęciu) - dzielę umownie na część społeczną i część polityczną. W pierwszej dwie kobiety siedzą nieruchomo na składanych krzesłach, a na podłodze bawi się łopatką ta trzecia (Agata Drewnicz-Kaczmarek), jest znudzona, podenerwowana. To dziecko, pozostawione same sobie. Może na plaży, może w domu... Postaci na leżakach ubrane są w kostiumy, które przypominają szpitalne kitle, na oczach mają żelowe opaski. Gdy wreszcie odzywają się, ich głosy wydaje się ciepłe, a słowa pełne troski, ale komunikaty płynące w stronę dziecka wykluczają się. Dziecko zaczyna histerycznie płakać i krzyczeć. Opiekunki? matki? reagują dosyć brutalnie. Siłą wlewają dziecku płyn do buzi i przytrzymują, by połknęło. Aby je uspokoić i zachować pozory opiekuńczości, dmuchają w papierowy wiatraczek, głaszczą po głowie, wycierają twarz. Gdy jedna z kobiet znika ze sceny, druga zabiera dziewczynce poduszkę spod głowy i zaczyna ją dusić. Orientujemy się, że Anna Rogala to lekarka, która odmawia operowania dziecka, a Anna Perek-Kowalska to wzburzona matka, u której zdiagnozowano zastępczy zespół Münchhausena. Skojarzenia z książką "Mama kazała mi chorować" Julie Gregory są oczywiste, chodzi o zaburzenie psychiczne u osób dorosłych, polegające na odczuwaniu patologicznej potrzeby zwracania na siebie uwagi lekarza w specyficzny sposób, przez wywołanie choroby u dziecka.

Czemu miało służyć zobrazowanie tej choroby? To doskonała metafora funkcjonowania sił rządzących w naszym kraju. "Comfort Zone" to nie jest spektakl polityczny, choć pokazuje mechanizm działania tych, których wybieramy na przedstawicieli. Na każdym kroku upewnia się nas, iż sami decydujmy o sobie. Czy aby na pewno? Z ust jednej z aktorek padają sprzeczne komunikaty skierowane do dziecka: Chcę, abyś była samodzielna. Nie idź tam! Media serwują iluzje rzeczywistości i inwigilują. Uzmysławia to scena, w której Agata Drewnicz-Kaczmarek konfrontuje się z projekcją stron internetowych, które przewijają się coraz szybciej i szybciej. Możemy odmówić dostępu do Google Maps, ale nie będziemy mogli korzystać z dobrodziejstw sieci. Nasza wolność ograniczana jest pod pretekstem dopasowywania treści (sponsorowanych!) do oczekiwań, decyzje są podejmowane za nas. Atakują nas rozproszone informacje po to, byśmy łykali niewygodne decyzje. Tak jak robi się to z małym dzieckiem: pokazuje mu się samolocik a do ust ląduje papka, której inaczej by nie zjadło.

Moment, w którym aktorki wychodzą w identycznych strojach - ciemne spodnie i bluzki - otwiera "polityczną" część spektaklu. Trzymając się za ręce wypowiadają krótkie, urywane sekwencje zdań. Pełne nienawiści, gniewu, wulgaryzmów kwestie zaczerpnęły z internetowych komentarzy zamieszczanych pod newsami opisującymi sytuację społeczno-polityczną w kraju. To na przykład wypowiedzi na temat homoseksualizmu. Dwie aktorki w trzymają się za ręce i stoją jak kat nad ofiarą - nad tą trzecią, która leżała na podłodze niczym śmieć. Kreacja Agaty Drewnicz-Kaczmarek jest przejmująca. Mówi wprost do widowni, że troska o jej zdrowie, to kłamstwo. Wszystkie dolegliwości to bujda wymyślona przez matkę, a ona musi spełniać jej polecenia. Wie, że to ją niszczy i nic nie może na to poradzić. To lustrzane odbicie tych wszystkich, którzy czują, że zabija się ich podstawowe prawo do decydowania.

Aktorki cały czas subtelnie testują wytrzymałość widowni, w pewnym momencie papka, którą karmią nas media i politycy materializuje się w formie jedzenia przeżutego przez Annę Rogalę. Aktorka wypluwa na talerz treść, którą w całości spożywa Agata Drewnicz-Kaczmarek. Czujemy obrzydzenie, ale podprogowo odbieramy wiadomość: karmisz się resztkami i nic z tym nie robisz.

Prawda czy fałsz?

W opisie "Come True", spektaklu Sceny Roboczej z Poznania w reżyserii Michała Stankiewicza, czytamy: "zamiast sceny ustawialiśmy drugą widownię, na którą również zaprosiliśmy widzów. W tym lustrzanym układzie, widzowie na przemian stając się aktorami, bądź widzami, mogą obserwować napięcia pomiędzy byciem na scenie a byciem na widowni". Wiedziałam, na co się piszę, a mimo to w chwili, gdy światło padło na "moją" stronę, poczułam się co najmniej dziwnie. Odniosłam wrażenie, że znalazłam się w sytuacji, która zmusiła mnie do wyjścia ze strefy komfortu. Chciałam się ukryć, a znalazłam się na widoku ludzi po drugiej stronie, którzy oceniają mnie.

Widzowie siedzą w półmroku, światło pada raz na prawo, raz na lewo od wejścia. W tle słychać łagodny kobiecy głos. Dostajemy informację o liczbie osób, które się zebrały na widowni, pada coraz więcej poleceń: zatrzymać na kimś wzrok dłużej, puścić wodze wyobraźni... Tajemniczy głos bawi się naszymi myślami. Trudno się zorientować, czy to wskazówki czy nakazy, jakim torem płynie nasze postrzeganie sytuacji. Czy godzimy się z tym, że oceniamy, ale przede wszystkim, że jesteśmy oceniani?

Wszystko zależy od tego, czy dajemy się porwać w wir nieustannych poleceń i jak się z tym czujemy. Raz za razem zamieniamy się miejscami i z obserwowanych przeistaczamy się w obserwujących. Bierzemy udział w eksperymencie. Zostajemy postawieni przed faktem dokonanym - nie możemy zmienić swojego położenia, siedzimy naprzeciw siebie, w separacji i jednoczesnej bliskości. Dostrzegamy mechanizmy wydawania opinii o innych. Staje się jasne, że nasze myśli i podążające za nimi działania nie do końca zależą od nas. Jesteśmy sterowani, głos podpowiada nam, jak się zachowywać i co myśleć, w jaką formę ubrać nie tylko słowa, ale i uczucia. Tym, co popycha nas ku takim rozmyślaniom jest światło, które na początku performansu wprawiało w niepokój a teraz zmienia jego nastrój.

Przerwa - przewodniczka zaprasza publiczność na wino, chwilowe rozluźnienie, odnosimy wrażenie, iż "wracamy do siebie". Czy zaakceptujemy propozycję organizatorów i dalej będziemy szli wyznaczonym torem? Może jednak przerwa jest bodźcem do zastanowienia się, czy chcemy zaśmiać się akurat wtedy, gdy słyszymy do tego zachętę. Niewykluczone, że na przekór twórcom nie spojrzymy na drugiego człowieka a zbuntujemy się i pozostaniemy w sali tylko ciałem.

Czy nie zastosowano wobec mnie przemocy? Czy pozwoliłam, by zawładnięto moim umysłem? Czy chociaż w małym stopniu udało mi się oprzeć działaniom twórców? Jakby nie było, przewodniczka i spektakl próbują nas sobie podporządkować, a takie działanie to ingerencja w wolność widza. Co to miało na celu? Przynieść satysfakcję twórcom, że udaje im się bez większego problemu sterować ludźmi pod pozorem czynienia ich aktorami? A może było to wyzwanie dla widza? Każdy na to pytanie musi odpowiedzieć sobie sam, zwracając uwagę na granice, które są dla niego nieprzekraczalne.

My i wy

Rząd krzeseł, siedzą na nich młodzi ludzie. Czytają książkę, patrzą przed siebie, zamyśleni, podenerwowani. Każdy wypowiada krótki monolog, dotyczący swoich doświadczeń z innymi we wspólnej przestrzeni. Jaki mają stosunek do obcych? Jaki my mamy do nich stosunek? I kim tak naprawdę są oni? Jak ich nazywać? Imigrantami, gośćmi, czy tanią siłą roboczą (jakby chcieli niektórzy obywatele Rzeczypospolitej)? Mowa o naszych wschodnich sąsiadach: Rosjanach, Białorusinach, przede wszystkich Ukraińcach. Przyjeżdżają tu, aby pracować, uczyć się, poznawać nową kulturę, nierzadko szukać korzeni. Po prostu żyć.

Studenci rusycystyki Uniwersytetu Łódzkiego w spektaklu "Wspólna przestrzeń", według koncepcji Pauliny Sikory-Krizhevskiej, podjęli próbę zmierzenia się z przekonaniami na temat osiedlania się w Polsce, przede wszystkim w Łodzi, obywateli państw zza wschodniej granicy.

Na scenę wchodzi dziewczyna i chłopak, obywatele Ukrainy. Opowiadają o tym, jak to się stało, że na miejsce studiów wybrali Łódź. Kierowała nimi ciekawość - spośród proponowanych im miast akurat Łodzi nie znali. Początki nie były łatwe, nie poznali jeszcze miasta, ale czują, że to miejsce kryje tajemnice, które warto odkrywać i czekać na pomyślny bieg wydarzeń. Że tu wciąż jest potencjał, jak w XIX wieku.

Studenci podchodzą do każdego z rozmówców z szacunkiem, co widać podczas projekcji dokumentu, który jest integralną częścią spektaklu. Rozmawiają po rosyjsku, nie zmuszając występujących do posługiwania się językiem polskim. Dostajemy materiał pełen emocji. Starsza kobieta, nawiązując do przeżyć wojennych i powojennych, opowiada, że coraz mniej czuje się u siebie, mimo iż w Łodzi spędziła większość życia. Doszło do tego, że kontaktując się z innymi, bierze się pod uwagę pochodzenie a nie charakter człowieka. Trzeba przejść przez etap wkupiania się w grono "prawdziwych" obywateli. Kobieta ma poczucie, że nie będzie traktowana tak, jakby sobie tego życzyła.

Studentom nie było łatwo zebrać materiały. Gdy jeden z nich udał się do kwater Ukraińców, wszyscy byli chętni do rozmowy, ale do momentu, kiedy padła informacja o nagraniu. Tylko jeden mężczyzna przełamał się i opowiedział o pracy, która pozwala mu godnie żyć, o rodzinie, za którą tęskni i chciałby ściągnąć ją do Polski. W tle widać skromne wyposażenie mieszkania. Kolejna występująca w dokumencie osoba to młoda Ukrainka, opowiada o studiach na filologii rosyjskiej, o tym, że w Łodzi nie odczuwa wrogiego nastawienia, spotyka życzliwych ludzi. To dodaje otuchy.

Niektórzy studenci wykazywali większe zacięcie aktorskie, inni mniejsze, ale postawione sobie zadanie wykonali bez zastrzeżeń. W scenie, w której wszyscy siedzą przy stole, daje się odczuć sielską atmosferę, radość. Nie zabrakło wódki i chleba - elementów ułatwiających komunikację. To nie jedyne elementy, które kojarzymy - Polacy, Białorusini, Rosjanie i Ukraińcy - jako wspólne symbole kulturowe. Bardzo ważnym elementem scalającym jest też muzyka, tutaj wprowadzona w formie melancholijnych pieśni, wykonywanych przy akompaniamencie gitary. To doskonałe uzupełnienie przedstawienia, nuta nostalgii prowokuje do myślenia, że przecież jesteśmy do siebie bardzo podobni. Zarówno w języku, jak i w zakorzenieniu w wartościach przodków - wierze czy historii. Dlaczego więc jesteśmy do siebie wrogo nastawieni? I jak temu zaradzić? Młodzi ludzie nie zostawiają nas tylko z gotowymi odpowiedziami. Prowokują do przepracowania wielu kwestii, zastanowienia się, czy tytułowa "Wspólna przestrzeń" może być równa dla wszystkich, a życie toczyło się w niej bez wzajemnych złości.

W tym szaleństwie jest metoda

Przed wejściem na "Raport Panika" każdy z widzów otrzymuje gumę do żucia zawiniętą w srebrną folię. Po co, wyjaśni się dużo później. Monodram Artiego Grabowskiego został przygotowany z dbałością o każdy szczegół. To widać chociażby w kostiumach, które nie są uzupełnieniem postaci, a przewodnikiem po spektaklu.

W pierwszej fazie performer jest ubrany schludnie, prawie biznesowo, co podpowiada nam też jego sztywność. Ruchy, które wykonuje pozostają w zgodzie ze słyszanymi instrukcjami: "Wstań", "Uśmiechnij się"... Uległość, narzucana i skazująca na przybranie danej maski. Następnie Grabowski wychodzi przebrany w tęczową sukienkę i muszkę. Pierwsze skojarzenie? Nawiązanie do ruchów społeczności LGBT - walka o równouprawnienie, bycie zauważonym i docenionym bez względu na orientację.

Artysta bawi się naszym postrzeganiem świata. Łapiemy się na tym, jak szybko mózg podsuwa nam obrazy zakodowane przez Internet i media. Szufladkujemy sami siebie, bez refleksji. Grabowski wnika w siebie, w Polaków, rachuje narodowe szaleństwo, cały czas przemawiając. Skacze w spodenkach bokserskich z medalami na szyi we wściekłym tempie do muzyki, która wbija się w mózg. Gdy zakłada pelerynę przeciwdeszczową z godłem i napisem "Polska", monolog przybiera formę krzyku. Od razu przychodzi na myśl zdjęcie prezesa partii rządzącej z wyprawy na szczyt Koziarz. Czy to ze mnie chcą zrobić wariatkę i kim oni w ogóle są? A może sama zwariowałam i tylko zrzucam winę na rząd, który pokazuje mi właściwy sposób życia / myślenia?

Włożenie sutanny znamionuje ośmieszanie religii przez wszechwiedzącą partię. I nie dodaje powagi performasnowi, to działanie ironiczne, ton przedstawienia zmienia się - śmiejemy się i za chwilę poważniejemy. Performer żongluje naszymi odczuciami. Wrzątek na krześle? Proszę bardzo - zagotowana woda paruje na drewnianym siedzisku, a on próbuje na nim siąść. Wstrzymujemy oddech. Ale wszak oglądamy "Raport Panika", a Arti Grabowski bynajmniej nie traci zimnej krwi.

Na szkolnej tablicy pojawiają się słowa, których nie słyszy się ani nie widzi zbyt często, a przecież istnieją w języku i, paradoksalnie, dobrze opisują rzeczywistość: kindersztuba, sznyt, polot, kuraż, bon ton. Temat lekcji: dobre wychowanie. Performer notuje na tablicy, żując gumę... Mieli w buzi skonsumowane prezenty wręczone widzom przy wejściu, które zebrała do miseczki ta sama dyżurna. Grabowski połączył gumy w jedną masę i żuł do końca spektaklu. Reakcje widzów były róże: od westchnięcia przez stłumiony śmiech po jęknięcia, zapewne z obrzydzenia. Inni, podobnie jak ja, ze zdumienia nie mogli wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Może braliśmy pod uwagę, że performer zrobi coś tak dziwnego, ale jednocześnie coś nam mówiło, że nie, to absurd. No to patrzcie! - mówi całym sobą Arti Grabowski i jest tak autentyczny, że aż przerażający. W tym szaleństwie jest metoda - przeglądamy się w jego mniej lub bardziej dosadnych działaniach.

Podsumowanie

Festiwale Teatru Szwalnia stawiają człowieka w centrum działań artystycznych, są próbą zrozumienia procesów, którym podlegają nasze działania. Nie obyło się bez polityki, służyła jako kontekst. Istota ludzka nie może być oderwana od tego, co się wokół dzieje, nie jest samowystarczalna, funkcjonuje w określonym środowisku, odbiera bodźce, wysyła komunikaty. Pozostaje kwestia, jak się w tej rzeczywistości odnaleźć.

***

Festiwale Teatru Szwalnia: III przegląd szwalnia.DOK i VI MONOfest, Łódź 22 września - 24 listopada 2018

***

Katarzyna Bekielewska - studentka piątego roku polonistyki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, studiuje specjalizację teatrologiczną.