powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Jak być kochaną", czyli Brandys na Wierzbowej

"Jak być kochaną" wg Kazimierza Brandysa w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Magda Kuydowicz w Teatrze dla Wszystkich.

O spektaklu na motywach opowiadania Kazimierza Brandysa słyszałam od osób teatru, że to artystyczne wydarzenie, tłumnie odwiedzane na Małej Scenie Teatru Narodowego przy ulicy Wierzbowej. Biletów, rzeczywiście, jak na lekarstwo. Tym bardziej zapragnęłam je zobaczyć.

Przede wszystkim wspaniały jest sam tekst Brandysa, na którego motywach Lena Frankiewicz wyreżyserowała swój spektakl: "Mówi się tu i o przypadkowości naszych losów, i o nieefektowności prawdziwego bohaterstwa; rysuje - tyle lat przed pojawieniem się tego pojęcia - perspektywę kobiecą, >>herstorię<< w miejscu >>his-story<<; stawia pytanie o wartość poświęcenia [...], pokazuje się przeraźliwą różnicę między wewnętrznym światem jednostki i jej obrazem w oczach innych" - jak to trafnie zrecenzował w programie przedstawienia pisarz i krytyk sztuki, Jerzy Sosnowski.

Główna bohaterka, Felicja (rewelacyjna Gabriela Muskała), podróżuje samolotem do Paryża. Ma tam spotkanie z publicznością. Przypadkowo spotkanemu mężczyźnie opowiada historię swojego życia, w tym nieszczęśliwej wojennej miłości. Reżyserka swój pomysł na historię Felicji oparła na dylemacie pamięci, a właściwie dyktacie, który każe bohaterce nieustannie wspominać i roztrząsać kwestie moralnych wyborów i odpowiedzialności za drugiego człowieka - w przypadku Felicji ukrywanego latami w mieszkaniu swojego kochanka Wiktora (Jan Frycz). Drugim kuszącym pomysłem jest odrzucenie pamięci w ogóle i zaczęcie życia od nowa.

Scenariusz spektaklu powstał na motywach opowiadania Brandysa i filmu Wojciecha Hassa. Napisała go Małgorzata Anna Maciejewska. Część scen znanych z wybitnego filmu z 1962 roku znalazła się w spektaklu, ale kilka wątków scenarzystka dodała jeszcze z tekstu samego Brandysa. Scenografia przedstawienia jest bardzo interesująca i to ona szybko buduje nam przestrzeń do kolejnych opowiadanych przez Felicję historii. Pozwala rozbudzić wyobraźnię widza i wciągnąć go w wir dynamicznych i na przemian nostalgicznych wydarzeń. Rondo w zależności od potrzeb chwili jest samolotem, kryjówką Wiktora, warszawską ulicą czy zatłoczoną kawiarnią. Ma ono wewnątrz zapadnię, w której powoli znikają bohaterowie poszczególnych scen. Frankiewicz każdego z aktorów poprowadziła indywidualnie - każdy z nich gra w trochę innym rytmie, zawsze charakterystycznym dla danego bohatera i dzięki temu szybko budującym jego postać. Stewardesa (Michalina Łabacz) staje się nawigatorem scenicznego ruchu i niemym narratorem opowieści Felicji. W pewnym momencie przejmująco śpiewa "Czerwone maki na Monte Casino", by za chwilę stać się pielęgniarką. Chwilami jej postać staje się tylko pewną teatralną formą, mechanicznie pokazującą pasażerom samolotu, jak poruszać się w powietrzu. Dodajmy tylko, że niezwykle efektowną.

Wiktor Jana Frycza to smutny, zgorzkniały i przegrany aktor, który nieustannie dąży ku samozagładzie. Felicja w interpretacji Muskały wspaniale pokazuje przemianę młodziutkiej, początkującej aktorki w dojrzałą gwiazdę, która nie chce pogodzić się ze smutnym losem niekochanej. To głos uczynił ją przed laty charakterystyczną i pożądaną, dzięki niemu po latach gry na scenie wraca do radia, by w banalnym cotygodniowym słuchowisku odzyskać dawną popularność. Muskała potrafi jednym gestem pokazać całą gorycz i smutek swojej bohaterki. Sposób poruszania się, gesty wyraźnie przenoszą widza w czasie. Raz widzimy młodziutką dziewczynę, pełną radości i nadziei, by za chwilę współczuć pijanej z rozpaczy aktorzycy. Przejmująca jest scena gwałtu Felicji i późniejszej rozmowy z Wiktorem, niemym świadkiem, który ukrywa się w tapczanie. Ten duet aktorów idealnie komunikuje się na scenie. Frycz, trochę wycofany i nieobecny duchem, potrafi swoim zachowaniem uzasadnić, jak bardzo ciąży mu ogrom uczuć Felicji. Jest słaby, zależny od niej i nie mniej nieszczęśliwy. Oboje zamknięci są w trudnym emocjonalnie potrzasku. Nie trzeba wojny i traumy, aby to zrozumieć. Tak świetnie, a jednocześnie delikatnie zostało to zagrane przez oboje aktorów.

Najważniejszym bohaterem tego spektaklu jest jednak pamięć, która czyni go niezwykłym i uniwersalnym. Naprawdę warto być upartym i upolować bilet na to przedstawienie. Na długo zagości ono potem w naszej świadomości - Polaków od lat uwikłanych w historię, z którą nie bardzo potrafimy sobie poradzić. Kazimierz Brandys w interpretacji Leny Frankiewicz opowiada nam ze sceny Narodowego, dlaczego tak właśnie się dzieje.