powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Cyrulik sewilski", czyli powrót Jerzego Stuhra do Opery Krakowskiej

"Cyrulik sewilski" Gioacchino Rossiniego w reż. Jerzego Stuhra w Operze Krakowskiej w Krakowie. Pisze Magdalena Grzybowska na blogu Operalovers.pl

Jerzy Stuhr zadebiutował jako reżyser operowy dwa lata temu wystawiając w Krakowie bardzo udaną inscenizację "Don Pasquale" Donizettiego. W bieżącym sezonie powrócił do Opery Krakowskiej sięgając po kolejne arcydzieło opery komicznej - "Cyrulika sewilskiego" Rossiniego i kolejny raz udowodnił, że w tym gatunku czuje się znakomicie.

Na konferencji prasowej przed premierą spektaklu reżyser mówił, że oglądając opery komiczne, na żywo lub ich nagrania, odnosił wrażenie, że ludzie patrzą na nie z przyjemnością, ale za mało się śmieją. Podczas niedzielnego spektaklu nieraz było słychać głośny śmiech publiczności rozbawionej nieoczekiwanymi zwrotami akcji rodem z komedii dell'arte, z którą "Cyrulik sewilski" ma wiele wspólnego.

Realizatorzy umiejętnie łączą tradycję z nowoczesnością - realistyczną, nawiązującą do architektury starej Sewilli scenografię zestawiają z całkowicie współczesnym zakładem tytułowego golibrody, a klasyczne kreacje z elementami zgodnymi z aktualnymi trendami w modzie. W efekcie otrzymujemy przedstawienie pełne życia, z świetnie opracowanym ruchem scenicznym i zabawnym zakończeniem, w którym Stuhr z puszcza oko do widza i komentuje aktualne wydarzenia w kraju wprowadzając na scenę agentów CBA.

Nie zawiodła obsada, prezentując ogólnie dobry poziom. Największe brawa należą się Sławomirowi Kowalewskiemu, który jako Figaro stworzył wyrazistą postać sceniczną, a dodatkowo zaśpiewał z dużą lekkością i wyczuciem stylu belcanta. Na wyróżnienie zasługuje również Robert Gierlach w roli czyhającego na posag Rozyny doktora Bartolo. Ostatnio miałam okazję słuchać tego śpiewaka w partii Janusza w "Halce" Moniuszki i widać, że dużo swobodniej czuje się on w rolach przeznaczonych dla głosów niższych. Wystylizowany na polskiego biznesmena początku lat 90. był jednocześnie najbardziej komicznym bohaterem spektaklu.

W grze orkiestry pod batutą Tomasza Tokarczyka momentami zabrakło mi energii i pewnej lekkości charakterystycznej dla muzyki Rossiniego. Wieczór w Operze Krakowskiej należy zaliczyć do niezmiernie udanych i pozostaje mieć nadzieję, że przedstawienie na stałe wejdzie do repertuaru teatru.