powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Brud, warszawski smród, zwykły dzień

"Inni ludzie" Doroty Masłowskiej w reż. Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa. Pisze Aleksandra Sidor w Teatrze dla Wszystkich.

Grzegorz Jarzyna po sukcesie "Między nami dobrze jest" sięga po drugi utwór Doroty Masłowskiej - "Innych ludzi". Po tekst, w którym język wybija się na pierwszy plan i osnuwa Warszawę pełną postaci tak przerysowanych, że jak nigdy dotąd wierzy się w ich istnienie poza książką i poza sceną. W hip-hopowym poemacie Jarzynie udało się znaleźć klucz do przeniesienia języka pisarki na ten teatralny.

Kamil (Yacine Zmit), gdy słyszy pytanie od matki (zapętlone w jej głowie jakby ktoś z premedytacją nie chciał odkliknąć "replay"): "a co z pracą", ma ochotę wyjść z siebie i nie wrócić, albo coś rozwalić, albo utrzymywać względnie wewnętrzną harmonię, dzięki mantrze "miej wyjebane, a będzie ci dane". Jego głównymi źródłami dochodu jest naprawa toalet i drobna dilerka, ale to tylko kwestia czasu, aż wyda swoją płytę i cały świat pozna się na jego talencie. Na razie błądzi w rzeczywistości, będącej mieszanką warszawskiej gangsterki, natrętnej reklamy i uniwersum polskiej komedii romantycznej, gdzie tak naprawdę nikt ze sobą nie rozmawia, a konflikty rozwiązuje się innymi konfliktami, koksem, xanaxem lub przez SMS (najlepiej z widokiem na panoramę Warszawy).

Scenę w hali ATM-u podzielono na dwie części, oddzielając je trzema metalowymi, plisowanymi zastawkami. Dwie, w jednej linii, po bokach, środkowa bardziej w głębi sceny. Z przodu pełnią rolę ekranów, ale przestrzeń za każdą z nich zaaranżowano na tzw. "green room". To stamtąd, z ukrycia, będzie rejestrowany starannie przetworzony brud warszawskich lśniących wieżowców i blokowisk z obszczanymi klatkami schodowymi. Bliżej widowni znajduje się duża, pusta przestrzeń, z obu stron otoczona rzędem krzeseł, które zajmują aktorzy. Bardziej z tyłu, po lewej, mieści się stanowisko DJ-a.

Na samym początku zalewają nas obrazy, oko nie nadąża z rozpoznawaniem kolejnych fragmentów wideo. Ujęcia z Warszawy, świnia, migające piksele, wraz z głośną muzyką. Nie da się uciec od świata nachalnej reklamy, bełkotliwego strumienia informacji, którego natężenie ogłusza i ogłupia. Po chwili pojawia się na nagraniu postać narratorki/siostry Kamila (Agnieszka Żulewska). Nosi obcisły, przykrótki T-shirt, wytarte jeansy, mocny make-up i zaplecione warkoczyki. Wygląda jak nastolatka, która swoim wyglądem próbuje przechytrzyć ochronę w klubie. Tło za nią jest teraz jasne, neutralne, ale wkrótce z góry zaczną spadać uschnięte igły z niepodlewanej choinki.

Ciało Iwony (Agnieszka Podsiadlik) opina szczelnie przylegający dwuczęściowy kostium treningowy. Jest zadbana, atrakcyjna, ale jej wygląd jest zarazem wulgarny. Leży w seksownej pozie na tle ogromnych okien, przez które widać panoramę miasta. Iwona obraca się w świecie apartamentowców, zamówień z Zalando oraz diet pudełkowych. Czasem ma wrażenie, że jak ktoś jej zaraz nie dotknie, to umrze. Bo z mężem łączy ją tylko wspólnie zaciągnięty kredyt oraz dziecko. Iwona wozi je brudną terenówką do szkoły, na zajęcia dodatkowe, stara się być na wywiadówkach, bo uważa to za swój obowiązek. Tak samo jak dekorowanie apartamentu i utrzymywanie perfekcyjnej formy i wyglądu. Najbardziej boli ją odrzucenie przez męża, to burzy jej poczucie pewności siebie, spycha po jakimś czasie w obłęd, który leczy xanaxem oraz przygodnym seksem z Kamilem. Gdy pewnego wieczoru zbiera się na odwagę, by porozmawiać z mężem, w ostatniej chwili zmienia zdanie - mówi o samochodzie, który rozbiła tego samego dnia. Postać Iwony jest skrajnie przerysowana, momentami kiczowata, odpychająca, ale cały paradoks polega na tym, że dzięki maksymalnemu przeskalowaniu tym łatwiej w nią uwierzyć. W "Innych ludziach" nikt w świecie współczesnego brudu nie potrafi budować relacji ani ze sobą rozmawiać. Kolejne problemy są albo spychane na bok, albo rozwiązywane przemocą. Wszyscy, bez względu na pozycję społeczną czy status materialny, czują się tak samo zagubieni.

Ludzie, wklejeni do wcześniej rejestrowanych fragmentów, jawią się jako androidy, postaci z gry komputerowej. Gdy patrzą wprost w oko kamery, przez tło przebijają się różnokolorowe piksele, rozmazują się ich kontury ciała. Wydają się być przezroczyści. To, co ich otacza - mieszkanie ze starą meblościanką, apartament na Woli, galerie handlowe i brudne tramwaje - wygląda na bardziej prawdziwe niż oni sami. Czasem ich ruchy są zniekształcone, zapętlone jak w przypadku ukraińskiej sprzątaczki, której wypowiedzi są ni w pięć, ni w dziewięć. Innym razem odrealnia ich absurd wykonywanych działań jak chór w biało-czerwonych płaszczach przeciwdeszczowych, który odlatuje tuż po deklaracji palenia w piecu półkotapczanami czy azbestem.

Język Masłowskiej jest niesamowicie zrytmizowany. W "Innych ludziach" przybiera formę rapowanej piosenki, z całym dobrodziejstwem jej inwentarza, czyli naciąganymi rymami, przekleństwami, opowieścią o nieprzyjemnej i często patologicznej rzeczywistości. Pisarka, jak mało kto, ma taką łatwość w wychwytywaniu konkretnych niuansów językowych, przy jednoczesnej plastyczności języka. I to on wysuwa się na pierwszy plan, oblepia wręcz postaci. Nadaje im autentyczności, jak i stwarza z nich postaci karykaturalne, wręcz fantastyczne. Jarzyna daje mu wybrzmieć poprzez psychodeliczny montaż i narrację audiowizualną oraz muzykę nieustannie towarzysząca na żywo.

W "Innych ludziach" ciężko jest znaleźć słaby punkt, zarówno w utalentowanym zespole TR-u, jak i w poszczególnych elementach, które składają się na sposób przełożenia tekstu na realia teatralne. Jarzynie udało się znaleźć klucz do inscenizowania Masłowskiej, a jest nim potęgowanie absurdu, który cały czas rezonuje, aż w końcu wybucha i roznosi scenę. Zamiast prób przekonania nas, że ludzie odzwierciedlający współczesne skrajności społecznej tkanki naprawdę istnieją, zwraca się w kierunku jeszcze większego, precyzyjnie skrojonego, szaleństwa.

Lekko zdezelowany tramwaj. Po wagonie turla się w tę i wewtę puszka po Harnasiu. Turla się w tę i wewtę, każdego doprowadza do lekkiej irytacji dźwiękiem obijania się o ściany i mocno zatęchłym już smrodem z jej wnętrza. Na samym przodzie rozparł się w siedzeniu facet z gitarą, okularach przeciwsłonecznych i mocno znoszonej kurtce. Typ dziwny, acz na pierwszy rzut oka niegroźny. Siadam tuż za nim, machinalnie wyciągam telefon. Facet od razu to rejestruje, odwraca się powoli i z potoku lekko bełkotliwego strumienia świadomości można zrozumieć, że skończył politechnikę i on wie, że telefony komórkowe nadają fale mikrofalowe, które niszczą mózg i sobie nie życzy, żeby fale uderzały w niego z takim natężeniem. Przesiadam się na tył wagonu, odwracam się w stronę szyby, generalnie udaję, że mnie nie ma. Inżynier - gitarzysta odwraca się tak, by wszyscy mogli go słyszeć. Gdy już ma mówić, wsiada grupa nastolatek z włączonym, przenośnym głośnikiem. Jadę na "Innych ludzi".