powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Antonina Grzegorzewska: Orędzie na Międzynarodowy Dzień Teatru

Teatr jest właściwie ostatnim bastionem utopii i jako taki, jak wydmy i zasłużone a niepotrzebne już dziedziny rzemiosła, być może zasługuje na specjalną ochronę. Trzeba jednak odważnie przyznać, że jest to utopia obnażona - pisze Antonina Grzegorzewska w autorskim orędziu na Międzynarodowy Dzień Teatru.

Śmierć łaciny otworzyła drogę kolejnym upadkom. Atrament zasechł. Śpiew kastratów zamilkł. Kartografia dobiegła kresu - nie ma już białych plam. Alchemia poległa. Sztuka pisania listów zasila poczet martwych dziedzin.

Teatr jest następny. Odkąd stał się pierwszym przemądrzałym - umiera.

Jego ciało godnie złożą do grobu, w którym spoczywają bachanalia, misteria i miniony świat żywych obrazów.

Ludzie z nim związani nie są jeszcze gotowi do pogrzebowych uroczystości. Bronią atrybutów starego panteonu. Są lobbystami swej dziedziny.

Jesteśmy świadkami nieuświadomionej reinkarnacji. Serce teatru bije, lecz nie na scenie.

Spektakl rozpoczyna się na lotnisku. Zasady rządzące tragedią, spisane w Poetyce Arystotelesa, pozostają aktualne, lecz zmieniły szyld i patronują podniebnej podróży. To w samolocie bowiem, a nie w teatrze mamy ich pełne, satysfakcjonujące zastosowanie.

***

Pterodaktyle są starsze niż teatr. Ptaki są starsze niż teatr. Teatr obezwładniony siłą grawitacji, pokonuje ją czasem za pomocą systemu sznurków i, jak zwykle on - udaje tylko, że umie wzbić się do lotu.

Realny scenariusz śmierci wpisany w samolotowy lot otwiera perspektywę archetypowego lęku. Samolotowa podróż jest dialogiem maszyny z meteorologią i fizyką, a jednak rozgrywa się też w duszach lecących. Załoga, pilot i skazani na siebie pasażerowie, przeżywają wspólnotę startu, turbulencji i lądowania. Namacalnie i realnie dotykają pojęcia wspólnoty, doświadczają go w zmianach ciśnienia, w filtrowanym bez końca wspólnym obiegu powietrza, w uldze lądowania, lęku w czasie burzy. Lot w sposób niepodważalny przenosi ich w inne miejsce. Ich wewnętrzne i zewnętrzne przemieszczenie, zmiana i przemiana są faktem, a nie tylko pobożnym życzeniem. Hasło wspólnota, podstawowe zjawisko uważane za spoiwo teatralnego doświadczenia i będące podstawą jego definicji, realnie w teatrze nie istnieje, jest wyssaną z palca, życzeniową formułą, która może się bronić jedynie na poziomie snobistycznego spotkania opinii w kuluarowych spędach teatromanów.

Samolot jest przeżyciem wielowymiarowym. Pikujący do Oceanu, czy lądujący miękko na pasie lotniska, jest naczyniem autentycznie rozpętanej emocji. Otwarcie podwozia jest momentem granicznym.

Fotele teatralne nie są wyposażone w pasy bezpieczeństwa. Jest to najprostszy dowód na to, że rzekome wstrząsy, którym możemy być poddani w teatrze, gdy ktoś bezpardonowo rozprawia się ze społecznym tabu, nie stanowią realnego zagrożenia. Loty samolotowe zaś obfitują w wypadki (czasem śmiertelne), gdy członkowie załogi, bądź zwykli pasażerowie, pozostawali w fotelu nieprzypięci.

Dotknięcie ziemi po podróży nad chmurami wywołuje zbiorowe katharsis.

Podróżni często klaszczą, lecz kapitan samolotu nie wychodzi do braw - skazywanie się na ocenę przypadkowych osób wzbudza zażenowanie. Kokpit pozostaje zamknięty. Klasa i dyskrecja zostają zachowane. Nagrodą pozostaje szczęśliwa realizacja umowy między pasażerem i przewoźnikiem.

Nie znamy twarzy kapitana, któremu na czas podróży oddaliśmy życie. Tajemnica zostaje zachowana.

Wyjście aktorów do ukłonów niweluje powagę teatralnego zdarzenia.

Ukłony są elementem kompromitacji. Wychodzenie do aplauzu zapełnia ewentualną pustkę ciszy, która mogłaby być płodna. Konfrontacja z niewybrzmiałymi oklaskami, jako element powstrzymania i zawieszenia, byłby może ostatnim ogniwem łączącym nas dzisiaj z korzeniami teatru. Z naszymi przodkami. Zostaje on jednak zignorowany. Zbieranie laurów, które staje się dopełnieniem wieczoru, podważa samowystarczalność dramatu. Jest gestem obnażającym i krok po kroku dekonspiruje mit. Wyjście do braw można nazwać brakiem honoru i osobistej godności.

Teatralne orędzia są miechami nerwowo dostarczającymi tlen do ledwo widocznego ognika. Opisują płomień, który nie istnieje. Operują mitem, który nie przetrwał. Chronią swoje tabu. Podtrzymują fikcję łączności z dawno zrąbanym genealogicznym drzewem. Z chwilą, gdy teatr oderwał się od pierwotnych związków z religijnym przeczuciem, zaczęła się jego emancypacja, która prowadzi do uzurpatorstwa i zakłamania. Gdyby nie istniały burze, słońce i księżyc, być może nie byłoby teatru. Pierwotne zaklinanie przyrody, oswajanie lęków, starożytne uwalnianie traum, zostało jednak przejęte przez psychologię i naukę. Sam teatr działa na zasadzie imitacji, reprodukcji kolejnego piętra udawania, rozpięty między komentarzem i kabaretem, powoli staje się tłem dla filmowej projekcji obecnej w teatralnych przedsięwzięciach, medium koniecznego, by sceniczny wywód był pełny.

Teatr jest wygodną przestrzenią kontrolowanych sapersko wybuchów. Odpowiednikiem serii "Katastrofy w przestworzach" oglądanej na zasłanej sofie. Lot samolotowy balansujący na granicy wszystkich możliwych scenariuszy to przestrzeń ryzyka realnego. Jego łączność z ptasim protoplastą jest żywa, mimo fatalnych zdarzeń, jakim może okazać się gołąb wkręcony w silnik.

Proces schyłku teatru postępuje nieubłaganie, mimo górnolotnych odezw, zaklęć towarzystwa teatralnych magów. Teatr uległ procesowi ewolucji. Z chwilą gdy jego duch ostatecznie sublimował się w materii, w strukturze zorganizowanej, w idei etatu, zgodnie z zasadą dostosowania został rozkradziony przez szereg dziedzin i zmutowany. Jego los podobny jest do losu niektórych kościołów zamienionych w kawiarnie, czy hotele. Pierwotnych szamanów zamienił w aktorów czekających na propozycję ról. Ekspresję wątpliwości, gniewu, lęku przerodził w projekty nad którymi meta-pieczę ma Międzynarodowy Instytut Teatralny. Freud ubezwłasnowolnił symbolicznie Ajschylosa. Manifestacje uliczne ze złowrogim, tlącym się lontem stały się Jungowskim zbiorowym snem. To one, bez teatralnych kart wstępu, jednoczą ludzi, aktorów wybranej idei.

Podróżni samolotowi jednoczą się w emocji podróży, wspólnym celu, jakim jest lotnisko ku któremu zmierzają. Zachowują jednak swoje poglądy w dyskrecji. Ordynarne manifestowanie światopoglądu zostawiają Teatrowi i ulicznym marszom.

Badanie granic teatru i ich poszerzania, olbrzymia dyskusja auto-analityczna, która w innych dziedzinach sztuki, w literaturze i w malarstwie, nie zatacza aż takich kręgów, wywodzi się z faktu, że biedny teatr nie ma swojego Prado, swojego Rijksmuseum i swojego Luwru. Być może z tego kompleksu wywodzi się humorystyczny dla obserwatorów egocentryzm, którego idea orędzi jest absolutnym potwierdzeniem. Ubijana nieustannie wokół teatru piana, która stara się dialogować z nieważkością, niestety nie może konkurować z prawdziwym cumulusem.

Teatr jest właściwie ostatnim bastionem utopii i jako taki, jak wydmy i zasłużone a niepotrzebne już dziedziny rzemiosła, być może zasługuje na specjalną ochronę. Trzeba jednak odważnie przyznać, że jest to utopia obnażona.

Samolotowy lot, "bujanie w obłokach" rozrysowywane przez Da Vinciego okazało się za to konkretem i w tej dychotomii leży cały paradoks, który każe teatrowi wygłaszać orędzia, a lotnictwu tych orędzi oszczędza.

Lot samolotowy i teatralny spektakl mogą się jednak spotkać w pasmach nudy.

W ziewaniu i ukradkowym spoglądaniu na zegarek. Nuda samolotowa ma jednak przewagę. Jest nudą o praktycznym zwieńczeniu. Pokonywanie kilometrów odbywa się z obiektywną intensywnością, wbrew jej i mimo niej. Nuda teatralna nie ma żadnej gratyfikacji i jest cofająca. Czas, który na nią poświęcamy w teatralnym fotelu nie będzie nam zwrócony, a teatralny fotel nie porusza się ani o centymetr.

Orędzia się zagęszczają. Ma je już każdy kontynent, indywidualne państwa. Zaczyna się akcja ratunkowa. Teatr jest dziedziną jak każda inna. Nie umie jednak przyznać się do swojego schyłku i tworzy patetyczne pamflety na temat swojej ontologii, uważając, że doda tym sobie jeszcze parę lat w todze powagi. Teatr jest bezbronny. Nieskuteczny. Nieprzekonujący. Może być mądry, piękny, zaskakujący, jest jednak zwyczajną gałęzią sztuki. Jako jedyny jednak co roku koronuje się w para religijnym natchnieniu i ogłasza ostatnim bastionem prawdy. Uratować go może tylko śmiech idący z jego własnych trzewi.

***

Mieszkam w miejscu, w którym w promieniu wielu kilometrów nie ma teatru, a w promieniu setek kilometrów nie ma dobrego teatru.

Dlatego, żeby dostać się do dobrego teatru jestem skazana na samolot.