powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jestem niesion skrzydłami mefedronu

"Wyzwolenie: królowe" Agnieszki Wolny-Hamkało w reżyserii Martyny Majewskiej w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Hubert Michalak w portalu Teatrologia.info.

"Przychodzą dwie drag queens i trzech drag kings na casting do roli Muzy w Wyzwoleniu w Teatrze Narodowym" - brzmi jak początek niezłego dowcipu z branży teatralnej. Tymczasem jest to punkt wyjścia najnowszej realizacji wrocławskiego Teatru Capitol (reżyseria: Martyna Majewska, tekst na podstawie "Wyzwolenia" S. Wyspiańskiego: Agnieszka Wolny-Hamkało). Na scenie Reżyser (Helena Sujecka) i wybitny, zasłużony aktor narodowej sceny im. Leona Schillera, Konrad Konrad (Klaudia Waszak), przesłuchują dragowe kolorowe ptaki (Adrian Kąca, Magdalena Szczerbowska-Wojnarowska, Emose Uhunmwangho, Łukasz Wójcik i Justyna Antoniak). Casting trwa: Reżyser i Konrad wymyślają przybyłym zadania aktorskie, słuchają evergreenów dragowej sceny w ich wykonaniu, oglądają pretensjonalnie piękne układy ruchowe (choreografia: Magdalena Marcinkowska i Kamila Górny), w końcu angażują wszystkie przybyłe na casting osoby. A to zaledwie początek przedstawienia zrealizowanego na Scenie Ciśnień.

"Wyzwolenie" to wielki kanon polskiej literatury dramatycznej, utwór obecny w żywym obiegu literackim i teatralnym, kamień milowy w dialogu z romantyczną myślą. Na szczęście Wolny-Hamkało nie przyklękła przed dramatem Wyspiańskiego, ale potraktowała go jako bazę do własnej pracy. Zachowując fragmenty oryginału i próbując przenieść jego atmosferę na własny utwór, poddała klasykę głębokiej rewizji, twórczo jej używając. I choć można wyobrazić sobie oryginalnego Wyspiańskiego wyśpiewanego ze sceny Capitolu, nie sposób nie docenić wkładu pracy i autorskiego podpisu, jaki złożyła autorka tekstu (nie sama zresztą, bo wspomina o "rozproszeniu autorstwa" oraz o wadze pracy zespołowej podczas pisania). Idąc za zasadniczymi pytaniami Wyspiańskiego, postawiła (wraz z zespołem) własne, pozostające z tamtymi w bliskiej relacji: gdzie/czy w teatrze istnieją granice swobody, wolności i komunikatywności? jak wobec nich opowiada się reżyser, jak aktor(ka) a jak publiczność? po co w ogóle zajmować się tymi sprawami?

Przedstawienie powtarza trzyczęściową kompozycję źródłowego tekstu. Pierwsza część prezentuje zasadniczy konflikt, pozwala zobaczyć postaci w działaniu i obdzielić je sympatią bądź niechęcią. W drugiej powstaje z bohaterek i bohaterów dragowych niespójny, wewnętrznie sprzeczny (bo obdarzony różnymi charakterami i tożsamościami) chór Masek. Paradoksalnie Maski te są odarte z masek: snute w tej części przedstawienia monologi dotyczą nie-dragowej, prywatnej sfery życia bohaterów, pojawiają się w niej również odwołania do autentycznych wydarzeń (cytowany jest np. list pożegnalny Piotra Szczęsnego). Część trzecia to opowieść o wielkich kłopotach przedpremierowych i niespodziewanym ratunku, dzięki któremu premiera rewolucyjnego (?), awangardowego (???) "Wyzwolenia" dochodzi do skutku. I mimo sztafażu z cekinów, piór i sterczących peruk, mimo wyeksponowanych nóg, przelewających się biustów i kuszących warg, nie jest to historia o tożsamościach płciowych, problematycznym gender czy innych złych wilkach, które modnie by było pokazać na scenie.

"Wyzwolenie. Królowe" to wielopoziomowa, wewnętrznie sprzeczna opowieść o kilku sprawach jednocześnie. Na pierwszy plan wysuwa się historia o współczesnym teatrze, który znowu, jak co jakiś czas, dotarł do ściany, a teraz miota się między awangardowym myśleniem a tradycyjnym przekazem: wewnątrzteatralne Wyzwolenie, choć wystawiane na narodowej scenie i w dodatku "słowo po słowie", ma być jednak w zamyśle Reżysera spektaklem radykalnym. Wtopiona w tę historię jest opowieść o nietolerancji "normalsów" wobec nadwrażliwców i niezrozumieniu, jakie nadwrażliwi okazują przeciętniakom - wątek ten mocno wyeksponowany został w sporze o radykalny gest queerowania Muzy, któremu zdecydowanie przeciwstawia się Konrad Konrad. Kolejna sprawa to nasza nieumiejętność autoekspresji i mówienia o własnych potrzebach i pragnieniach; "Polska jest gejem" - pada ze sceny ale chyba takim, który siedzi w szafie. Nie zabrakło narracji poświęconej klasowości, podziałom, na które się potulnie godzimy i niedocenianiu/przecenianiu własnych możliwości (spina je w jedno drugoplanowy ale, jak się okaże, niezwykle istotny wątek Technicznego - w tej roli Cezary Studniak). Jednak chyba nadrzędnym tematem jest kwestia licznych (nieprzeliczonych?) warstw, z jakich składa się indywidualne, teatralne i wreszcie narodowe (!) "ja" - każda postać prowadzi ten motyw w inny sposób, z osobistego punktu widzenia, publiczność otrzymuje więc kilka scenicznych esejów na ten temat. Inscenizacja podkreśla tę tematyczną mieszaninę poprzez solidną dawkę mądrze użytego, apetycznego kiczu (m. in. pyszne kostiumy Anny Haudek, perwersyjne, pełne pięknego niepokoju, w przemyślany sposób wspierające wykonawców). Zaznaczyć trzeba również inteligentnie ogrywane zderzenie podniosłości Wyspiańskiego z potoczną codziennością (jak w tytule niniejszej recenzji, cytacie z tekstu wrocławskiej inscenizacji, gdzie celnie rzucona nazwa narkotyku spuszcza powietrze z patetycznego monologu).

"Inteligencja" wydaje się zresztą jednym ze słów kluczowych w myśleniu o tym spektaklu. Nie chodzi tylko o migotliwą grę z tekstem źródłowym. Istotny jest również balans pomiędzy scenami metateatralnymi a czytelnością komunikatu płynącego ze sceny (znakomicie te dwie płaszczyzny łączy Helena Sujecka: jej postać jest półprywatna, zgarbiona, zamknięta w sobie, ale przesiąknięta czułą empatią wobec pozostałych bohaterów). Nie lada wyzwaniem są w tym kontekście również role dragowe. Gagowość i poetycka wulgarność postaci zarysowane już od ich spektakularnego wkroczenia na scenę, przełamywane zostają przejmującymi monologami z życia prywatnego oraz luzacką bezwstydnością w eksponowaniu dalekich od doskonałości ciał. Wszyscy wykonawcy szczęśliwie uniknęli najprostszego rozwiązania - miałkiej plakatowości. Z kolei "inteligenckość" spektaklu rozumianego jako całość kryje się w zaufaniu, jakie wobec widzów mają twórcy. Unikając dosłowności, raczej mieszają i zacierają komunikaty zamiast wyraziście je punktować. Przez taki zabieg spektakl zyskuje bogatą fakturę, a siatka jego wewnętrznych połączeń wydaje się gęstnieć w nieskończoność.

Do końca drugiej części, ekwiwalentu "aktu z Maskami", przedstawienie ogląda się samo - zaskakuje, wzrusza, bawi, fabuła się rozwija i nie pozwala na rozproszenie uwagi. Jednak im bliżej jesteśmy premiery w tym "teatrze w teatrze", tym bardziej napięcie spada a spektakl zaczyna zjadać własny ogon: powtarzają się (w zmodyfikowanej formie) pomysły, przestaje działać komizm językowy, nawet mocny gest Konrada Konrada, który rezygnuje z pracy nad spektaklem przemyka pod warstwą glamouru. Rwany rytm sprawia, że spektakl grzęźnie i zapada się w sobie. Na szczęście w finale wraca do formy i nieoczekiwaną fabularną woltą na nowo cementuje kontakt z publicznością. Być może przedstawieniu dobrze by zrobiły skróty? Bezlitosne 140 minut bez przerwy to naprawdę długo, trudno o utrzymanie percepcji nieustannie na tym samym poziomie.

W całości jednak "Wyzwolenie. Królowe" to wywrotowa siła, gorzko-śmieszne widowisko zrealizowane sprawnie i z polotem, przedstawienie atrakcyjne formalnie i niebanalne myślowo. Wypada tylko żałować, że tej listy komplementów nie sposób uzupełnić o idealne wyczucie czasu.