powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Okiem Widza: Bachantki

"Bachantki" Eurypidesa w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem Widza.

W "Bachantkach" Maja Kleczewska podąża trzema ścieżkami do celu. Wykorzystuje dramat Eurypidesa dla zilustrowania próby uniezależnienia się kobiet od mężczyzn, udowadnia nieskuteczność ulicznych, społecznych, artystycznych wystąpień w sprawie niezależności kobiet, podkreśla, że tylko rozwiązania legislacyjne mogą gwarantować skuteczne egzekwowanie ich prawa do decydowania o sobie. Nie tłumaczy, nie drąży, nie buduje skomplikowanych figur, głębokich relacji, obrazów emocjonalnych, psychologicznych, poprzez które w sposób subtelny, podprogowy, od środka w każdym widzu rozsadzałaby stare jak świat opresyjne struktury patriarchalne. Reżyserka informuje, instruuje, wymaga. Żąda. Egzekwuje. Metodycznie, różnymi metodami, środkami stara się dotrzeć do zainteresowanych. Wprost komunikuje o co chodzi. Upraszcza i radykalizuje artystyczny komunikat, jakby dostrojony do współczesnych wymogów recepcji. Tak, tu i teraz toczy się ostra, poważna, rewolucyjna walka o status quo kobiet. Przeciw uzurpującej sobie prawo męskiej dominacji. Pozbawia więc mężczyznę jego męskości, obnaża go, ośmiesza, przebiera w kobiece suknie, stawia warunki, ostrzega, wyprasza, w końcu rozszarpuje na strzępy. Bezwzględnie ujawnia zakorzeniony w nim pierwiastek żeński, uzależnienie od niego. Uzasadnienie odmawia tyrani męskiej racji bytu, pokazując jej prawdziwe intencje, cele, naturę. Pokazuje, że kobieta chce żyć wyłącznie na własnych warunkach. Na koszt własny. Na własną odpowiedzialność. Ale niestety nie tworzy własnej, odrębnej, zupełnie niezależnej ścieżki postępowania, nie dokonuje radykalnych, jakościowych zmian. Powiela, kopiuje wariant męskiej natury. Drogę tą przechodzi Sandra Korzeniak łącząc postać matki, wyzwolonej kobiety, boga. W fantastycznie transowy sposób.

To nie jest spektakl o aborcji, która jest tu tylko jednym z mocniejszych argumentów w walce o samostanowienie kobiet, ich prawo decydowania o sobie, o własnym ciele. O domaganie się równości, wolności, braterstwa. Poprzez siostrzeństwo, bachantkowanie. Całkowite od mężczyzn uwolnienie. Izolację. Wyparcie, wyrzeczenie się, odrzucenie, zabicie wszystkiego, co kobiety więzi, ogranicza, ubezwłasnowalnia.

Kobiecość była, ale i nadal jest, dla męskości. Męskość jest ciągle sama dla siebie. Ten brak symetrii, wzajemności, zrozumienia doprowadził do walki o emancypację słabszej strony tego układu. I słusznie. Ekstremalna, ta jawna i ukryta, prawna i zwyczajowa zależność kobiet od mężczyzn odczuwalna jest na każdym kroku (w pracy, kościele, domu, itd.). Podziały są wyraźne, granice wytyczone. W chrześcijańskiej idei Boga-Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty - nie ma śladu pierwiastka żeńskiego. Ateistyczna idea państwa realizuje się w równie wyrafinowanej, ciągle ewoluującej, opresyjnej dla kobiet formie. Tak miałoby być po wieki wieków, zgodnie z męskim punktem widzenia, zgodnie z jego interesem, jego prawem.

Dlatego akcja sztuki ma miejsce w owalnym parlamencie (instalacja Jonasa Staala "Unionizing the Polish Parliament"), u źródła prawodawstwa, władzy, rządzenia. Dlatego kobiety, piękne, ponętne, seksowne, po ostatecznej metamorfozie są jednak androgeniczne. Stwarzają się na obraz i podobieństwo męskiego-bezwzględnego, samolubnego, okrutnego, ślepego-boga. Dlatego obrzędy dionizyjskie mają restrykcyjny charakter wykluczający mężczyzn a w końcowej scenie spektaklu mężczyźni proszeni są w imieniu twórców o opuszczenie widowni, kobiety zostają. To ciekawy eksperyment prowadzący do zastanowienia się, jak się czują w takim rygorze mężczyźni a jak kobiety. Panowie są traktowani instrumentalnie, przedmiotowo, jak zazwyczaj są traktowane kobiety, a kobiety mają się poczuć wyróżnione, mogąc obejrzeć sceny końcowe. Co się dzieje w teatralnym foyer, ci, którzy pozostali w teatralnym parlamencie nie wiedzą (podobno odrębny performance).

Teatr ma prawo włączać się w ważne dyskursy społeczne. Maja Kleczewska wykorzystując sztukę Eurypidesa adekwatnie odzwierciedla współczesny stan rzeczy. Konserwatywna część społeczeństwa, którą reprezentuje Penteusz (Michał Czachor), król Teb, nie akceptuje ruchów emancypacyjnych i ostro się im przeciwstawia. Siłą prawa narzuca swoją twardą, niereformowalną wolę. Męską perspektywę. Patriarchalny punkt widzenia. Reżyserka, a w scenicznym wymiarze Sandra Korzeniak, łącząc postać jego matki Agawe i Dionizosa przejmująco rozwija, uzasadnia, ilustruje tragizm metamorfozy-pułapki, w którą wpadają kobiety ślepo podążające drogą całkowitego wyzwolenia spod władzy męskiej. Zabija w sposób okrutny, bestialski, co jest jej samej istotą (Penteusz = dziecko = mężczyzna = pan i władca = symbol dobrego i złego z wężem pokusą wszelką). Tak naprawdę nie jest możliwe oddzielenie pierwiastka męskiego od żeńskiego. Nieuniknienie przenikają się, dopełniają, przyciągają. Wzajemnie jeden przez drugi się definiują. A każda skrajność skazana jest na samobójcze wyzwolenie. Wypracować należałoby wspólne, dobre dla kobiet i mężczyzn, koncyliacyjne rozwiązanie. Jakie? Nadal nie wiadomo.

"Bachantki" według Eurypidesa Mai Kleczewskiej mają eksperymentalny, mocny charakter performatywny. Postdramatyczną, patchworkową konstrukcję. Moderują widzami, prowokują ich i doświadczają. Zmuszają do działań scenicznych, z którymi ci, szczególnie mężczyźni, niekoniecznie się zgadzają, które nie do końca akceptują. Niektóre sceny są zbyt kontrowersyjne, ostentacyjne, proste, bezpośrednie. Zaordynowana, wymuszona na widzach na początku spektaklu płciowa segregacja (panowie na lewo, panie na prawo), czytanie instrukcji użycia pigułki aborcyjnej, żywe węże na szyjach mężczyzn, dyspozycja, by mężczyźni opuścili widownię, wywoływały silną konsternację. Są sprawdzianem, czy się poddadzą zebrani, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, dyktatowi tych, którzy przejęli nad nimi kontrolę z racji swojej władzy. Spektakl pokazuje, jak łatwo jest ludźmi manipulować, jak trudno przychodzi im zbuntować się przeciw wszelkiemu opresyjnemu, nawet tylko sugerowanemu dyktatowi. Jak bardzo są podatni na podporządkowanie się tresurze, jak bardzo są posłuszni, ulegli. Uświadamiają, że decyzja o czynnym sprzeciwie, kontrującej postawie wobec narzucanym autorytatywnie poleceniom, prośbom, poleceniom, prawu nie jest prosta.

Tymczasem obok wyraźnych gestów performatywnych, których w czasie spektaklu wydarza się wiele (angażowanie kobiet do budowania żywej instalacji na scenie, poszukiwanie ich wsparcia do potwierdzenia swoich racji, tworzenie układów choreograficznych, zadawanie pytań) interesująco prowadzona jest rola Sandry Korzeniak, której niezwykłe, niepokojące, transowe aktorstwo jest trudne do zdefiniowania. To jej charakterystyczny, transowy głos, jego modulacja, brzmienie rezonuje z przemianą postaci: od kobiety, żony, matki Penteusza w boga Dionizosa.

I jeśli nawet przez wielu będzie ten postdramatyczny manifest artystów przemilczany, ignorowany, pomijany, tak jak działania Bachantki Autonoe Aleksandry Bożek polegające na uporczywym, spokojnym, nieustannym czytaniu tekstów Simone Veil przed polskim sejmem i na rondzie Dmowskiego (wideo wyświetlane podczas spektaklu), to pozostaje nadzieja, że w końcu sytuacja kobiet się zmieni. Spektakl jest walką o ich wyzwolenie, bo nadal wtłaczane są w zniewalające je role matki, dziwki, użytecznego zwierzęcia/sprzętu domowego, polityka. Jest artystycznym buntem, zwracającym uwagę na ich nierówne, instrumentalne, poniżające traktowanie.