powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Taką mamy demokrację, na jaką nas stać

Ostatnio stać nas na więcej - pisze Alina Czyżewska w nowym felietonie dla e-teatru.

Przy okazji zamieszania wokół premiery spektaklu "#chybanieja" Artura Pałygi w reżyserii Pawła Passiniego w Teatrze Maska w Rzeszowie, nawiązałam bliższą, e-mailową znajomość z Tadeuszem Ferencem, prezydentem Rzeszowa.

Dla przypomnienia: prezydent "zdecydował", że do premiery nie dojdzie, ponieważ spektakl porusza wątki pedofilii w kościele, które podobno nie spodobały się przedstawicielom Kurii i innym osobom.

Wytłumaczyłam dokładnie panu prezydentowi, że jego "decyzja" dotycząca tego, co teatr może grać a co nie, ma taką samą moc prawną, jak decyzja mojej babci, jaki prezydent ma jutro założyć krawat - czyli żadną (patrz link poniżej). Bardzo cieszy mnie, że w odezwach naszego środowiska głos "prosimy, by Pan nie zakazywał, prosimy, by Pan zmienił decyzję" był tylko na początku i bardzo znikomy.

Jako że granice władzy prezydenta Rzeszowa wobec dyrektora teatru są takie same, jak granice prezydentów i marszałków w innych miastach, dlatego warto napisać o tym więcej. Wiem, że co w prawie i na papierze - to jedno, a w praktyce - co innego, ale to od nas zależy, w jakim kierunku ta praktyka będzie się rozwijała: poszanowania prawa czy ekspansji caratu. Pamiętajmy, że w naturze władzy jest to, że jej samej trudno się ograniczyć. Dlatego potrzebuje hamulców w postaci prawa i - społeczeństwa, które stoi na straży standardów i respektowania naszych praw i wolności. Tak działa rozwinięta demokracja. A zatem - rozwijajmy ją.

Zacznijmy od uderzenia się w nieswoje piersi. Do całej awantury nie doszłoby, gdyby dyrektorzy Teatru Maska w pierwszym akcie tego kilkudniowego spektaklu nie uznali carskiej, wyimaginowanej wszechwładzy Ferenca i na jego polecenie nie odwołali tej produkcji. To w tym momencie podniosła się kurtyna spektaklu o granicach władzy.

Strach dyrektorów o stanowisko, dotacje i podległość wobec prezydenta, burmistrza, wójta czy marszałka - powiedzmy sobie szczerze - jest wszędzie, nie tylko w Rzeszowie. Zapominamy jednak, że włodarze miast tyle mają władzy, na ile im pozwolimy. A prawo jest po naszej stronie. Zacznijmy od góry: Konstytucja w artykule 7 mówi, że organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Na język ludzki: każdy organ władzy - tu prezydent - ma ściśle wyznaczony ogródek do uprawiania. I musi w nim robić to, co mu nakazują ustawy, i nie może wychodzić poza ogrodzenie, a już na pewno nie wolno mu włazić do nieswojego ogródka. Od 1991 roku instytucje kultury są odrębnym, autonomicznym ogródkiem. Prezydent, marszałek, wójt, wobec instytucji kultury może tylko i wyłącznie to, na co mu pozwalają ustawy. Czyli co? Wyliczyła to w uchwale Krajowa Izba Odwoławcza:

"- organizator wydaje akt o utworzeniu instytucji kultury, który określa jej nazwę, rodzaj, siedzibę i przedmiot działania (art. 11 u.o.p.d.k.);

- organizator zapewnia instytucji kultury środki niezbędne do rozpoczęcia i prowadzenia działalności kulturalnej oraz do utrzymania obiektu, w którym ta działalność jest prowadzona (art. 12 u.o.p.d.k.);

- instytucje kultury działają na podstawie aktu o ich utworzeniu oraz statutu nadanego przez organizatora (art. 13 ust. 1 u.o.p.d.k.);

- organizację wewnętrzną instytucji kultury określa regulamin organizacyjny nadawany przez dyrektora tej instytucji, po zasięgnięciu opinii organizatora oraz opinii działających w niej organizacji związkowych i stowarzyszeń twórców (art. 13 ust. 3 u.o.p.d.k.);

- instytucje kultury uzyskują osobowość prawną i mogą rozpocząć działalność z chwilą wpisu do rejestru prowadzonego przez organizatora (art. 14 ust. 1 u.o.p.d.k.);

- instytucja kultury gospodaruje samodzielnie przydzieloną i nabytą częścią mienia oraz prowadzi samodzielną gospodarkę w ramach posiadanych środków, kierując się zasadami efektywności ich wykorzystania (art. 27 ust. 1 u.o.p.d.k.).

Z przytoczonych powyżej przepisów wynika więc wyodrębnienie prawne i organizacyjne instytucji kultury oraz ich pełna autonomia i samodzielność finansowa i organizacyjna".

Jak widać, nie ma tutaj słowa o ingerowaniu w repertuar, cenzurze, schlebianiu gustom prezydenta. A tak na marginesie, gdybyśmy zastanowili się nad słowem "organizator", którym posługuje się ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, okazałoby się, że wcale nie chodzi o prezydenta czy marszałka, ale o gminę - miasto, samorząd. Nie o urząd, ale o wspólnotę samorządową. Prezydent jest jej organem wykonawczym. Teatr nie należy do prezydenta. On tylko wykonuje ustawowe obowiązki, bo ktoś fizycznie musi: zorganizować konkurs na dyrektora, odwołać go, gdy ten łamie prawo, przekazać środki finansowe (w wysokości zapewniającej działalność, a nie odpowiadającej 70% zapotrzebowania - o tym akurat wspomina świeży raport NIK). Prezydent jest rękami, a nie mózgiem, decydentem. I póki my - ludzie teatru tego nie zrozumiemy i nie będziemy tego egzekwować, to będziemy żyć w caracie. A nie w demokracji.

Ilu znamy dyrektorów instytucji kultury, którzy nie podlizują się, ale którzy w granicach prawa żądają i wymagają od prezydenta realizowania ustawowych obowiązków? Akurat w tym samym czasie, na drugim końcu Polski, rozgrywał się mniej nagłośniony, ale bardzo atrakcyjny i zaskakujący spektakl o granicach władzy. Jacek Głomb, który władzy się nie kłania, ale od władz wymaga, domagał się od prezydenta wypłacenia dotacji, przyznanej teatrowi przez radę miasta Legnicy. Prezydent ociągał się i robił uniki. Na pomoc teatrowi ruszył radny z PiS, przypominając prezydentowi Krzakowskiemu, że "Teatr nie jest ani prezydencki ani marszałkowski. Jest dobrem całej Legnicy" (patrz link poniżej). I to nie są czcze słowa - na to mamy ustawę. I choć rzadko zgadzam się z politykami tej opcji - tutaj mam dla radnego Laszczyńskiego owacje na stojąco.

Aby autonomia instytucji kultury była faktyczna, i aby dyrektorzy mogli zarządzać teatrami bez obaw o swoje stanowisko, o dotacje, o łaskę i niełaskę prezydenta czy marszałka, potrzeba nie tylko świadomości stanu prawnego, ale i środowiskowego zaplecza. Tego, aby ta wiedza o autonomii i niezależności instytucji kultury była powszechna, wspierana i egzekwowana przez środowisko. To zadziało się w rzeszowskim przypadku, kiedy po kilku dniach dyrektorzy Teatru Maska zmienili zdanie i wydali oświadczenie, że premiera się odbędzie, a organem zarządzającym teatrem jest dyrektor i tylko on może decydować o repertuarze. Powiedzmy sobie szczerze, że bez tak szerokiej publiczności, która obserwowała to, co się dzieje w Rzeszowie i żywo komentowała i interweniowała, takie oświadczenie mogłoby nie ujrzeć światła dziennego.

A prezydent i tak rozpoczął polowanie na czarownice: wszedł z kontrolą finansową do teatru. Dlatego ja weszłam z kontrolą do prezydenta. I zobaczyłam, że w statucie Teatru Maska prezydent wraz z radą miasta wpisali takie bzdury, że zgłosiłam to do nadzoru wojewody. Na 17 paragrafów w statucie, aż w 12 znalazłam naruszenia prawa (patrz link poniżej). Najpoważniejsze - w paragrafie 2 prezydent przyznał sobie NADZÓR nad teatrem. Pamiętajmy: art. 7 Konstytucji, granice ogródka są ściśle wyznaczone ustawami Żadna nie przyznaje prezydentowi nadzoru nad teatrem. Żaden organ władzy nie może sobie wpisać w uchwałach, regulaminach, statutach kompetencji, co do których nie ma wytycznych w ustawach. Wojewoda przyznał mi rację - i do 5 kwietnia prezydent Ferenc ma naprawić błędy w statucie. Teraz znowu nasza kolej: bądźmy czujni, by w ramach odwetu prezydent Ferenc nie ograniczył w statucie działalności Teatru Maska do spektakli tylko i wyłącznie dla dzieci i młodzieży. Póki co, tego ograniczenia w statucie nie ma - mimo że urzędowe kłamczuszki próbowały nam to wmówić, tłumacząc dlaczego spektakl #chybanieja nie może powstać.

Póki co - zabawa z prezydentem w kotka i myszkę trwa. Jak widać, ci co mają władzę, nie są nieomylni. Popełniają błędy, a my mamy obywatelskie narzędzia, by odesłać ich na swoje miejsce. A panu prezydentowi poradziłam, by - skoro tak bardzo chce zarządzać teatrem - zgłosił się do konkursu na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Wszystko można, byle w granicach prawa.

A teraz moja odezwa do Was, którzy i które to czytacie. W Waszych teatrach, w Waszych instytucjach kultury są statuty, w których - dam sobie rękę uciąć - roi się od podobnych błędów. Jeśli serio traktujemy Konstytucję i art. 4 - że władza należy do narodu - skorzystajmy z tego i proszę Was sprawdźcie, czy w statutach Waszych instytucji są błędy, które wymieniłam tu: (patrz link poniżej). Jeśli tak, dajcie mi znak, napiszemy do Waszych wojewodów, by ten carat unieważnili. Taką mamy demokrację, na jaką nas stać.

A na deser - garść dowcipów, wymyślonych przez mieszkańców Rzeszowa:

- Panie prezydencie, kto ma nadzór nad teatrem Maska?

- #chybanieja.

- Panie Prezydencie, kto z Ratusza czytał sztukę Pałygi i Passiniego przed próbą jej ocenzurowania?

- #chybanieja.

- Księże biskupie, kto w kurii rzeszowskiej uważa, że obrona księży skazanych za pedofilię jest skandalem?

- bp Wątroba: #chybanieja

- Panie prezydencie, czy kupił Pan już bilet na premierę podczas Festiwalu Maskarada w Teatrze Maska?

- #chybanieja.

- Panie prezydencie, a tak w ogóle to chodzi Pan na jakiekolwiek spektakle do Teatru Maska?

- #chybanieja.

***

Linki:

UCHWAŁA KRAJOWEJ IZBY ODWOŁAWCZEJ:

https://www.uzp.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0027/37494/KIO-KD-31-18.pdf

Informacja o kontroli NIK: https://www.nik.gov.pl/plik/id,19460,vp,22070.pdf

Błędy w statucie Teatru Maska: https://www.facebook.com/alina.czyzewska.7/posts/10157021956118633?__tn__=K-R