powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O Zofii Lindorfównie i jej tragicznej miłości

Chciałbym przybliżyć młodym ludziom, których interesuje teatr, kim była Zofia Lindorfówna. Znakomitą aktorką. Wielką damą. Nie ma już dziś takich - wspomina Witold Sadowy.

Dowiedziałem się niedawno, że grób Zofii Lindorfównej rozpada się. Napisałem list otwarty do Prezesa ZASP-u, Pawła Królikowskiego, prosząc go o pomoc. Odpisał mi, że zainteresuje się tą sprawą. W tym samym czasie dostałem list z Paryża, od Maryli Pawłowskiej. Wiele lat temu, w czasach Polski Ludowej, wyjechała do Francji. Wyszła za mąż. Mieszka od lat w Paryżu. Ale wciąż odwiedza Polskę. Była uczennicą i przyjaciółką Zofii Lindorfównej. Aktorką Teatru Powszechnego za czasów dyrekcji Adama Hanuszkiewicza. Wraz z listem przysłała mi interesujący artykuł z polonijnej gazety "Ogórek Polski" z roku 1996. Opisujący historię miłości Zofii Lindorfównej i Stefana Martyki, który został zastrzelony w roku 1951 przez antykomunistyczną organizację za czytanie Fali 49. Prosi mnie, abym przekazał ten tekst jakiejś instytucji. Jest w Polsce wiele wersji tego zabójstwa. I własnoręczne oświadczenie Zofii Lindorf zdeponowane w Bibliotece Narodowej. Z niewiadomych powodów dotychczas niepublikowane. Przekażę test i list Maryli Instytutowi Teatralnemu. To niezwykle ciekawa lektura. Może kiedyś ktoś oczyści Martykę.

A teraz chciałbym przybliżyć młodym ludziom, których interesuje teatr, kim była Zofia Lindorfówna. Znakomitą aktorką. Wielką damą. Nie ma już dziś takich. Urodziła się w Lublinie jako córka Karola Lindorfa i Anny Bończa-Wiśniewskiej. Debiutowała na scenie przed wojną w roku 1922. W dawnym Teatrze Rozmaitości, późniejszym Narodowym, w roku 1922. Grała Janinę w sztuce Grzymały Siedleckiego "Sublokatorka". Już na popisie zachwyceni jej talentem i urodą dyrektorzy Teatru Rozmaitości, Jan Lorentowicz i Ludwik Solski, zaproponowali jej angaż, wtedy mówiono engagament. Na pierwszej próbie w teatrze wzbudziła ogólny zachwyt. Wielki aktor Józef Węgrzyn zakochał się w niej. Rozwiódł z żoną i oświadczył. Wszystko to wtedy bardzo było romantyczne. Nie takie proste jak dzisiaj. Przeszli na prawosławie i wzięli ślub w cerkwi. Długie lata byli szczęśliwym małżeństwem. Kiedy się rozstali, pozostali w przyjaźni. Nigdy nie mówili o sobie źle. Jej kariera potoczyła się gładko. Nie dlatego, że była żoną wielkiego aktora. Była młoda, piękna i utalentowana. Miała też szczęście. W Rozmaitościach w "Poskromieniu złośnicy" Szekspira grała Biankę. Potem Infantkę w "Cydzie" Wyspiańskiego, Zosię w "Dziadach" Mickiewicza i Księżniczkę Eboli w "Don Carlosie" Fryderyka Schillera z Józefem Węgrzynem w roli Carlosa. W roku 1932 w Teatrze Narodowym zagrała Rachelę w "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego. Miała znakomitą prasę. Po raz pierwszy zobaczyłem ją w roku 1935 w Teatrze Letnim w Ogrodzie Saskim, który spłonął w czasie wojny. Miałem wtedy 15 lat. W sztuce Victoriena Sardou "Ćwiartka papieru". Na zawsze zapamiętałem nazwisko Zofii Lindorfównej. Olśniła mnie. Kiedy po wojnie zostałem aktorem i poznałem ją osobiście w Teatrze Polskim, wśród najwybitniejszych aktorów, polubiła mnie. W czasie mojego drugiego pobytu w tym teatrze, za dyrekcji Leona Schillera, pozwoliła mi mówić do siebie po imieniu. Zaliczyła do grona swoich przyjaciół. Zacząłem bywać u niej w domu. Pokazywała mi afisze i zdjęcia ze swoich przedwojennych ról. Ze sztuki G.B. Shawa "Żołnierz i bohater". Grała Raisę w Teatrze Małym. Filii Teatru Polskiego, w gmachu Filharmonii Warszawskiej, przy ul. Jasnej. Jej role powojenne w Państwowym Teatrze Polskim to Aniela Bydgoska w sztuce "Majątek albo imię" Józefa Korzeniewskiego, Kurawina w "Wilkach i owcach" Aleksandra Ostrowskiego, Maria w "Domu pod Oświęcimiem", Podkomorzyna w "Powrocie posła" Niemcewicza i cudowna Pani Ford w komedii Szekspira "Kumoszki z Windsoru". Prasa pisała o tym przedstawieniu z zachwytem. Grałem w nim niewielką rolę, ale nie miałem żadnych scen z Lindorfówną. Pozostała mi wspólna fotografia z tego przedstawienia. Jest też na niej Stefan Martyka, jej mąż. Jego tragiczną śmierć przeżyła strasznie. Zmieniła się nie do poznania. Miesiącami nie mogła się pozbierać. W Teatrze Polskim zagrała jeszcze Joannę w "Domu kobiet" Zofii Nałkowskiej. Pojechała z tym przedstawieniem do Londynu w roku 1957. A w roku 1958, kiedy dyrektorem Teatru Narodowego został Wilam Horzyca, bo w Polskim nie czuła się już dobrze, przeniosła się do niego. Grała wspaniale w jego reżyserii Elektorową w "Księciu Homburgu" Kleista. Było to wielkie przedstawienie i wielka jej rola. W pięknej oprawie scenograficznej. Potem Annę Pawłową w "Żywym trupie" Lwa Tołstoja z Mieczysławem Mileckim. Po mistrzowsku budowała postacie. Miała znakomitą dykcję, dbała o piękno języka polskiego i umiała nosić kostium. Dzisiejsi aktorzy nie mają o tym pojęcia. Kolejne jej role na Scenie Narodowej to Podstolina w "Szkole obmowy", Pani Soerensen w "Niemcach" Kruczkowskiego i Dobrójska w "Ślubach panieńskich" Fredry z Andrzejem Szalawskim jako Radostem. Tą rolą pożegnała się z teatrem. Był to rok 1968. Przeszła na emeryturę. Nie lubiła tego słowa. Mówiła renta. Emerytura kojarzyła się jej ze starością.

Po śmierci Stefana Martyki ukojenie znalazła w modlitwie. Była bardzo wierząca. Związała się z Zakonem Sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Uczyła je dykcji i wymowy. Będąc członkiem Towarzystwa Filologii Klasycznej prowadziła na Uniwersytecie Warszawskim zajęcia z recytacji klasyków literatury greckiej i rzymskiej. Udzielała prywatnych lekcji. Pisała dzienniki. Zdeponowała je w Bibliotece Narodowej z zastrzeżeniem, że publikować je można dopiero 10 lat po jej śmierci. Kiedy była na świeczniku, miała mnóstwo przyjaciół. Po zabójstwie Martyki wszyscy się od niej odsunęli. Pozostali tylko nieliczni. Wśród nich Monika Żeromska. Do końca byłem Zosi wierny. Kochałem ją. Nie wierzyłem w to, co mówiono o Martyce. Znałem go. Nie był szują ani karierowiczem. Godzinami rozmawialiśmy przez telefon. Spotykaliśmy się często. Była bardzo nieszczęśliwa. Martyka był jej wielką miłością. Żaliła mi się. W ostatnim okresie życia, bardzo już chora leżała w łóżku, przy zaciągniętych zasłonach w pokoju. Raziło ją światło. Przychodziłem wtedy do niej. Był to smutny widok. W naszej ostatniej telefonicznej rozmowie powiedziała mi: "Witusiu, mój kochany braciszku, dziękuję ci, że mnie nie opuściłeś. Mało jest takich ludzi jak ty". Dwa dni po tej rozmowie, 3 stycznia 1975 roku, odeszła na zawsze z tego świata. Pochowana została na Starych Powązkach w grobie rodzinnym wraz ze Stefanem Martyką. Nie chodzę już na jej grób, bo jestem stary, ale wciąż o niej myślę.