powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Byłam widziałam: Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy

"Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy" wg Marcina Wichy w reż. Magdy Szpecht w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Pisze Monika Krawczak na blogu Byłam widziałam.

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy w reżyserii Magdy Szpecht to spektakl - instalacja inspirowany dwoma książkami Marcina Wichy - Jak przestałem kochać design i Rzeczy, których nie wyrzuciłem, za którą w 2018 roku autor otrzymał Nagrodę Nike. Obie książki, to bardzo osobiste, intymne wspomnienia Wichy o rodzicach. Pełne czułości i humoru, ale też nostalgicznych i bardzo emocjonalnych historii. Historii o rodzicach opowiedzianych za pośrednictwem pozostawionych przez nich przedmiotów, książek.

Czytając książki Wichy czułam się zaproszona do odbycia razem z autorem bardzo intymnej podróży do jego przeszłości. Oglądając gnieźnieński spektakl... czułam tylko, że intymność, którą tak bardzo chciano osiągnąć, miała wymiar jedynie efemeryczny.

Co mówią o nas przedmioty i jak nas zapamiętują.

Nad tym, na podstawie książek Wichy i wspomnień trójki mieszkańców Gniezna - uczestników tamtejszego Uniwersytetu Trzeciego Wieku (Lucyny Kaszyńskiej, Stefanii Wojciak, Marka Szymaniaka) zastanawiali się twórcy spektaklu. Michał Korchowiec stworzył scenografię - instalację w formie małego muzeum rzeczy bezpańskich, zapomianych: przedmiotów ze śmietniska, teatralnej rekwizytorni, pamiątkach po zmarłych właścicielach. Przedmioty takie jak świeczniki, miotły, mop, stary telewizor, porcelanowa figura konia, czajnik elektryczny, czy plastikowe kubeczki znajdują się w muzelanych gablotach. W ten sposób, rzeczy na pozór nikomu nie potrzebne zyskują rangę ważnych, jedynych, niepowtarzalnych nośników historii. Aktorzy traktują eksponaty z ostrożnością i czułością. Hiperbolizując ich znaczenie, głaszczą je, całują, tulą w ramionach, animują sytuacje, w których przekonują nas i samych siebie, że przedmioty te są absolutnie niezbędne do życia. Śpiewają do nich francuską piosenkę Jane Birkin i Serge'a Gainsbourga Je T'aime,Moi Non Plus, konstruują z nich przedziwne, skomplikowane urządzenia, które mają ułatwić im codzienne funkcjonowanie. Nie robią tego jednak podążając za najprostyszym i najbardziej użytecznym rozwiązaniem, a raczej w myśl amerykańskiego rysownika i wynalzacy Rube'a Goldberga, który twierdził, że ludzie mają skłonność do niepotrzebnego komplikowania sobie życia. Zamiast prostych i szybkich do realizacji, wybierają rozwiązania trudniejsze i bardziej pogmatwane. Aby unaocznić bezsens podobnego działania, tworzył on skomplikowane maszyny działające na zasadzie domina. Powstające podczas spektaklu urządzenia, czy ogromne portrety w bardzo prosty, dosłowny sposób ilustrują teorię Goldberga. Bywają dowcipne, czasami wręcz groteskowe i, co ważne, przekładają ją na poziom relacji międzyludzkich, komunikacji.

To nie jedyna forma, przez którą przedmioty komunikują się z widownią. Głos dosłownie wydobywa się z jednego z nich. Radio (bo o nim mowa) jest tu pełnoprawnym narratorem, opowiada i komentuje. I szkoda, że nie jedynym...

Paradoksalnie, momenty, w których głos dobiega z taśmy, często na tle przepięknej, hipnotyzującej muzyki stworzonej przez Krzysztofa Kaliskiego i na tle onirycznych wizualizacji Wojtka Doroszuka, są najbardziej intymnymi i sugestywnymi. Mimo że twórcy wydali się robić wszytsko, aby tę intymność zbudować i utrzymać w całym spektaklu - spora część widowni siedzi na miękkich poduchach, wokół salonowego dywanu, sufit jest obniżony przez lekkie tkaniny (tło do wizualizacji), wokół gabloty, na scenie gnieźnieńscy seniorzy i ich historie z dzieciństwa, aktorzy próbują nawiązać bliski kontakt z widownią - rozmawiają, głaszczą po ramieniu, wspomniana muzyka. Efekt ten jest jednak bardzo krótkotrwały, złudny, szybko przemija. Zabrakło emocji, zabrakło większego spektrum. Bo o ile zaproszenie do spektaklu mieszkańców Gniezna wydawało się bardzo ciekawym pomysłem, o tyle ich historie, na poziomie emocjonalnym, były do siebie bardzo podobne przez co spektakl wydał się nieco płaski. A sam temat jest przecież silnie obciążony emocjonalnie, w końcu to wspomnienia! Trawestowany na scenę okazuje się być beznamiętny. Szkoda...

Przedmioty to wszystko, co po nas zostaje. Jedyna forma nieśmiertelności, na jaką możemy liczyć.

Przedmioty, pamiątki w Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy ożywają, zostają wyjęte z marginesu codzienności, zostają zauważone, opowiadają historię, mitologizują. Wydostają się na pierwszy plan jako pomost pomiędzy wspomnieniem a rzeczywistością, ożywiają pamięć po ich dawnych właścicielach. W spektaklu to właśnie przedmioty, scenografia, wideo, muzyka, ich niema narracja jest najbardziej sugestywna, intymna.