powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Maska prawdy

"Zorro" wg scenar. Pawła Aignera w reżyserii autora w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora. Pisze Henryk Mazurkiwicz, członek Komisji Artystycznej 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

"W teatrze, im bliżej sceny, tym lepiej" - zapewnia przedszkolaków pani z obsługi widowni, doświadczonym okiem, w owego oka mgnieniu, ogarniając sytuację na widowni. W pełni się z tą tezą zgadzam. Zawsze, o ile tylko istnieje taka możliwość, ryzykuję i wybieram rząd pierwszy. Na niejedną dziwną czy wręcz przykrą sytuację mnie to już naraziło, ale cóż, jak mawiał Kantor, do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Nawet do teatru dla dzieci. W wypadku najnowszego spektaklu Teatru Lalki i Aktora w Opolu ten aforyzm polskiego artysty w ogóle mógłby spokojnie posłużyć za motto. Przewrotne byłoby to motto. Podchwytliwe jak samo przedstawienie. Motto-pułapka.

Ale o wszystkim po kolei. Wróćmy do tych niebezpiecznych rzędów pierwszych. Wypadało je wybrać chociażby dlatego, że są najbliżej akcji. A tej miało być sporo. Przecież za chwilę zobaczymy sceniczną wersję przygód Zorro. Tak to zapowiada tytuł. Prosty, krótki, składający się z samego imienia kalifornijskiego Robin Hooda. "Zorro". A to, jak wiemy (jak jeszcze pamiętamy, bo postać ta, nieco omijana ostatnio przez hollywoodzkie superprodukcje, nieco zblakła wśród korowodu marvelowskich nadludzi): szpady, maski, skoki-podskoki, akrobacje na ogromnych żyrandolach i spadające ze schodów rzesze wrogów społecznej sprawiedliwości.

W tym właśnie duchu zaczyna się spektakl. Światła, pozostawiając powłokę tajemniczości, rozjaśniają nieco scenę, na której widzimy: po prawej - mściciela w masce, po lewej - jego ofiarę, czyli słusznie ukaranego. Pierwszy wykonuje demonstracyjną bojową choreografię (gdyby nie archaiczna broń - to normalnie tańczący Batman!), drugi, siedząc w krześle, cierpi. Na czole ma trzy krwawiące blizny układające się w wielką literę "Z". Jak za chwilę się okaże, podpatrzyliśmy fragment nocnych koszmarów niesławnego Gubernatora miasta Los Angeles (Krzysztof Jarota), które nie po raz pierwszy powraca do traumatycznych przeżyć niedalekiej przeszłości. Do upokarzającego czynu zhańbienia jego możnowładczej osoby tym stygmatyzującym inicjałem. Rozdrapywana rana wciąż krwawi, doprowadzając jej posiadacza do istnego szału. Od emocjonalnego kolapsu samemu sobie winnego nieszczęśnika ratuje żarliwy fechtunek z manekinami (niektórzy z tych niemych przeciwników, w ramach szczególnie drastycznego w istocie, lecz zabawnego w wykonaniu, fatality, trafią wprost do rozdrabniacza) oraz snucie perfidnego planu zemsty, która raczej nie ma szans, żeby podano ją na zimno.

Tymczasem do miasta przybywają wędrowni artyści. Prawdziwy el teatro, który ma zagościć w znajdującej się na wysokim podeście klasycznej, widzianej przez nas od tyłu, scenie pudełkowej. Podscenie zaś posłuży dla niewybrednych, chociaż, jak to bywa, bardzo wrażliwych artystów, za wspólną garderobę. Owi goście z kartek szekspirowskiego "Hamleta" zamierzają zagrać "Hamleta". Słynna zaś "pułapka na myszy" ma stać się pułapką na Zorra. Gubernator zechciał upozorować atak na własną osobę i własnoręcznie pokonać złodzieja w masce. Rzecz jasna, tego podstawionego. Szykuje cały performans, który współreżyserować mu pobożny Pader Felipe Piare (niegdyś aktor, a teraz kaznodzieja), przemierzający kostium nauczyciela gry scenicznej. Szczególną rolę w tym scenariuszu przydzielono sierżantowi Demetrio Lopezowi Garcii (Łukasz Bugowski). To kawał barczystego chłopa z brodą. Nie grzeszącego inteligencją, lecz na swój sposób oddanego wykonywanemu rzemiosłu. Na tyle, żeby bez protestów przebrać się w damską suknię. Całkiem niepotrzebnie względem samego planu, którego nie zrozumiał, zaliczając na swoje konto przezabawną karykaturę genderowych stereotypów epoki.

Los Angeles, gwoli przypomnienia, w tych czasach znajdowało się pod panowaniem Meksyku. Z tych kulturowych regionów, a raczej spopularyzowanych na ich temat pocztówek, pochodzi oprawa sceniczna przedstawienia. W scenografii Pavla Hubički dominuje estetyka kolorowego przepychu, światopoglądowo-religijnej eklektyczności i dekoracyjnego nadmiaru, czego przykładem są znajdujące się po obu stronach sceny lustra-ołtarze. Pełne są kwiatów, figurek, obrazków, pamiątek, zdjęć i innych bibelotów. Dogmat tu, jak gdyby nigdy nic, sąsiaduje z herezją i zabobonem, a przez to, co chrześcijańskie, całą swą pradawną mocą, prześwieca to, co pogańskie. Jak się mówi: i Bogu świeczkę, i El Muerto ogarek.

Paweł Aigner, występując zarówno w roli reżysera, jak i autora, wypełnił tak narysowany świat nie tylko szermierką w sensie ścisłym, ale też wspaniałą szermierką słowną z krótkimi i trafnymi ukłuciami aktualnych tematów. I tak na przykład zdecydowaną walkę z patriarchatem podjęła odpowiedzialna za niezbyt rozbudowany wątek miłosny Lolita Anna Maria Verdugo (Karolina Gorzkowska). Różowowłosa, z przesadnym makijażem, ubrana na tancerkę kankana, śmiało demaskuje zakłamania opresyjnego reżymu, który rezerwuje dla kobiet: "Robótki ręczne, zmywanie, przetwory na zimę, niańczenie dzieci Robienie grzecznych min, tak mężu, nie kochany mężu, a czy pan mąż zechce zdjęć odzienie wypiorę, pomogę, naprawię, zaceruję, wyniosę, przyniosę, będę miła, potulna, uczynna i wdzięczna!.." Nie obeszło się i bez żarcików środowiskowych. Wszystko to jednak, jak podejrzewam, rodzynki dla dorosłych widzów, których młode podniebienie raczej nie będą w stanie docenić. Czyli nie rodzynki raczej, tylko oliwki.

Im bliżej premiery "Hamleta", tym szybszego wszystko nabiera tempa. Świat sceniczny zaczyna się obracać dookoła innego, wpisanego w niego świata scenicznego. Kurtyny podnoszą się i opadają, przenosząc nas za pomocą filmowego niemalże montażu do różnych miejsc akcji. Aktorzy biegają tam i z powrotem. Pojawiają się i znikają. Zmieniają kostiumy i peruki. Dwoją się i troją w sensie dosłownym, jako że za Zorro w pewnym momencie przebiera się na raz trzech panów. A potem jeszcze i jedna pani. Pojedynki. Trupy. Krew "leje się" czerwonymi chustkami wyciąganymi z rękawa. Istny szał. Piękny teatralny szał.

Ale gdzieś bliżej końca spektaklu okazuję się, że wspomniana pułapka na myszy, a raczej na jedną mysz, obraca się przeciwko temu, kto o zastawienie jej zabiegał. Zatrzaskuje się z chwilą, kiedy Gubernator, pełen niedowierzania, stwierdza, że "dźga teatralnie!". Co gorsza, nie potrafi przerwać sztuki, która, własnym prawem i logiką żyjąc, konfrontuje skorumpowanego urzędnika ze słynnymi grabarzami i nie mniej sławną i już wspomnianą El Muerto. Gubernator ogląda szekspirowską scenę niczym Scrooge przyszłe Boże Narodzenie. I jak Scrooge, przeżywa własne małe satori, głęboką wewnętrzną duchową przemianę. Widz zaś, powoli rozbierając tę meta-teatralną matrioszkę, w jej środku niespodziewanie znajduje samego siebie w roli widza właśnie. Ale nie tylko. Świat przecież jest teatrem, żeby zacytować nie raz w przedstawieniu cytowanego klasyka. Lecz ratuje go chyba tylko to, że "maska prawdy bywa silniejsza od niej samej". Bądźmy więc wyrozumiali wobec tych, co zakładają ją co wieczór dla nas w teatrze. Ale też nie łudźmy się, że sami tego nie czynimy po opadnięciu kurtyny.

**

Paweł Aigner ZORRO. Reżyseria: Paweł Aigner, scenografia: Pavel Hubička, kostiumy: Magdalena Gajewska, muzyka: Piotr Klimek, ruch sceniczny w scenach pojedynków szermierczych; Rafał Domagała. Prapremiera w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora 16 lutego 2019.