"Thais", czyli opera o miłości niechcianej

"Thais" Julesa Masseneta w reż. Romualda Wiczy-Pokojskiego w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Aleksandra Andrearczyk w Gazecie Wyborczej - Trójmiasto.

«Romuald Wicza-Pokojski w swoim przedstawieniu o miłości kurtyzany i pustelnika postawił na emocjonalizm, nastrojowość i subtelność, eksponując tym samym najważniejsze cechy Messenetowskiej muzyki.

"Thais" to historia miłosna osadzona w realiach starożytnej Aleksandrii. Opera opowiadająca o losach nieszczęśliwej namiętności łączącej mnicha i kurtyzanę, napisana została przez francuskiego kompozytora Jules'a Messeneta. Wystawiono ją po raz pierwszy w 1894 roku w Paryżu, lecz nie odniosła wówczas spektakularnego sukcesu. Do łask powróciła dopiero w następnym stuleciu, zaś jej polska premiera odbyła się w Warszawie w roku 1909.

Obecnie losy pięknej uwodzicielki i zakochanego w niej ascety miały premierę na scenie Opery Bałtyckiej. Reżyserem spektaklu jest Romuald Wicza-Pokojski, który od 2018 roku pełni funkcję dyrektora gdańskiego teatru operowego. W swoim przedstawieniu postawił na emocjonalizm, nastrojowość i subtelność, eksponując tym samym najważniejsze cechy Messenetowskiej muzyki.

"Thais" jest spektaklem na wskroś romantycznym. Gra wokalno-aktorska, kostiumy, scenografia, wreszcie warstwa muzyczna - wszystko tu ma za zadanie wyrazić subtelne, nieokreślone i skomplikowane uczucia łączące głównych bohaterów. Misja ta została wykonana wzorowo i dzięki temu otrzymujemy widowisko pełne czaru i lekkości, uwodzące zarówno stroną wizualną, jak i dźwiękową.

Prosta historia w trzech aktach

Jednak opera Messeneta ma jedną słabą stronę: chodzi o konstrukcję dramatyczną. Sama historia opowiedziana przez librecistę Louise'a Galleta jest w gruncie rzeczy dość prosta. W I akcie poznajemy młodego, lecz niezwykle surowego mnicha Atanaela, który postanawia udać się do Aleksandrii, by - jak twierdzi - ratować miasto przed zgubnym wpływem pewnej kobiety, która swoją rozwiązłością deprawuje jego mieszkańców.

Ową kobieta okazuje się oczywiście tytułowa Thais, kurtyzana wyznająca kult Wenus i stawiająca na piedestale miłość cielesną. Nie zważając na przestrogi braci mnichów, Atanael wyrusza w drogę, wkrótce zjawia się w pałacu Thais i stara się przekonać ją, że tylko religia chrześcijańska i szczera wiara w Boga może dać jej prawdziwe szczęście.

Thais po początkowych protestach daje się porwać jego idealistycznej wizji i zgadza się odbyć pokutę: spalić cały swój majątek (zdobyty dzięki nierządowi), a następnie udać się do położonego na pustyni klasztoru. Thais i jej duchowy opiekun wyruszają razem w długą i pełną trudów drogę, podczas której uczucia młodego mnicha obierają zupełnie niespodziewany kierunek.

Opowieść o przewrotnej i niechcianej namiętności, rodzącej się w sercu surowego zakonnika, jest wprawdzie piękna i przejmująca, jednak wydaje się, że Messenet nadmiernie rozbudował swoją operę. Spektakl jest nieproporcjonalnie długi (trzy akty, około trzech godzin) w stosunku do prezentowanych wydarzeń, co sprawia, że zdarzają się tu niestety - pomimo niewątpliwie pięknej muzyki - momenty nudne, kiedy widz ma wrażenie, że na scenie niewiele się dzieje, a akcja zatrzymuje się na fabularnej mieliźnie.

Esencja francuskiej opery

Jest to na szczęście jedyny mankament najnowszego przedstawienia Opery Bałtyckiej. Pod względem scenicznej realizacji niewiele można mu zarzucić. Zachwycają kreacje wokalne śpiewaków odgrywających parę głównych bohaterów.

Marcelina Beucher jako Thais czaruje pięknym, subtelnym sopranem, który potrafi oddać wszelkie zawiłości uczuć targających jej bohaterką. Technika i intonacja śpiewaczki pozostają zawsze bez zarzutu. Podobnie zresztą rzecz się ma z partnerującym jej Marcinem Bronikowskim. Jego chwilami rozdzierający baryton znakomicie odzwierciedla dramatyzm namiętności, przed którą Atanael rozpaczliwie usiłuje się obronić.

Obojgu należą się tym większe brawa, że ciężar całego spektaklu spoczywa właściwie na ich barkach. W "Thais" nie ma żadnej większej roli drugoplanowej: akcja rozwija się w oparciu na jednym jedynym wątku miłości pomiędzy grzesznicą a nawracającym ją mnichem.

Dla regularnego bywalca gdańskiej opery nie jest niespodzianką fakt, że scenografia "Thais", podobnie jak w przypadku innych produkcji, okazuje się niezwykle skromna i oszczędna. Jednak Alicji Kokosińskiej należy się uznanie za to, że potrafiła za pomocą gry światła, barw i kostiumów oddać marzycielską atmosferę przedstawienia.

Orkiestra pod dyrekcją José Marii Florencio gra z wyczuciem, nastrojowo, piękną długą frazą. Wyróżnić należy uroczą interpretację fragmentu zatytułowanego "Medytacja", przeznaczonego na skrzypce solo i wykonanego przez Celinę Kotz. To niewątpliwie jedna z najbardziej znanych kompozycji w całej literaturze skrzypcowej, niezwykle chętnie i często grana na całym świecie. W wykonaniu Celiny Kotz, która pojawiła się także na scenie w roli Anioła, utwór zabrzmiał cicho, delikatnie jak modlitwa lub liryczna pieśń.

Podstępna siła miłości

Największą siłą "Thais" jest jej przesłanie, mówiące o tym, jak podstępną i nieokiełznaną potęgą jest miłość. Im bardziej staramy się nad nią zapanować, kontrolować ją i tłumić, tym większym płomieniem wybucha, pokazując nam, że nie mamy nad nią żadnej władzy. Przekonał się o tym Atanael, który tak długo i zawzięcie walczył z własnymi uczuciami, że całkowicie się w nich zagubił. A kiedy wreszcie zdał sobie sprawę z tego, co jest dla niego najważniejsze, okazało się, że ukochana kobieta odeszła na zawsze i na szczęście jest już za późno.

Dzięki pięknym kreacjom wokalno-aktorskim i eterycznej, prawdziwie francuskiej muzyce Messeneta gdańscy melomani mają okazję zagłębić się w te wszystkie fascynujące tajemnice uczuć i poczuć iście romantycznego ducha unoszącego się nad Operą Bałtycką.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego