powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Do piachu" - na dzień tzw. "żołnierzy wyklętych"

Jedna wiadomość - prezydent RP Andrzej Duda uczcił tzw. "żołnierzy wyklętych". Druga wiadomość - nie dojdzie do skutku kolejna zapowiadana realizacja "Do piachu" Tadeusza Różewicza - pisze Witold Mrozek.

Reżyserka Marta Streker nie dostała praw do wystawienia od bliskich zmarłego w 2014 r. poety. Utwór nie trafi więc na scenę Teatru Polskiego we Wrocławiu, którego premierę zapowiadał już p.o. dyrektora - Krzysztof Kopka. Nie dojdzie do premiery dramatu, uznanego przez Jana Kotta za jeden z trzech najważniejszych dramatów powstałych w powojennej Polsce.

* * *

"Do piachu" mówi o degrengoladzie leśnych oddziałów partyzanckich, stawiając w złym świetle późniejszych "wyklętych" z Narodowych Sił Zbrojnych i kolejnych wyrastających z nich po wojnie formacji. Centralną postacią sztuki jest skazany na śmierć za gwałt i rabunek prosty żołnierz, pokazywany przez poetę ze współczuciem, choć w surowej, naturalistycznej poetyce. Na domiar złego, wojaka-przestępcę zwą "Waluś" - czyli tak, jak na nazwisko ma morderca-neonazista, zabójca komunistycznego i antyapartheidowego działacza z Republiki Południowej Afryki Chrisa Haniego, przez polską skrajną prawicę zwany "Ostatnim Wyklętym".

Ale nie tylko o pospolitą zbrodnię szlachetnego polskiego partyzanta tu idzie, nie tylko dlatego "Do piachu" jest ważne. Dzisiejszego odbiorcę mógłby zszokować już pierwszy dialog dramatu. Choć to przecież tylko salonowa polityczna pogawędką - o zniesieniu w oficjalnych stosunkach tytułu "pan" i wprowadzeniu równościowego "obywatel" oraz o ogłoszonym właśnie zamiarze przeprowadzenia reformy rolnej po wojnie. Ale - ogłoszonym nie dekretem PKWN czy uchwałą władz Polskiej Partii Robotniczej, tylko deklaracją Rady Jedności Narodowej w Londynie. Tak, Polska Podziemna to nie byli ani protokorwiniści, obrońcy świętego prawa własności za wszelką cenę, ani bezkrytyczni fani przedwojennych stosunków społecznych.

Przeciwko tym pomysłom występuje młody porucznik-skrajny prawicowiec, postać zwana Ułan - jak określa go sam komendant, "ten ostatni miot... endecko-ozonowe nasienie" - peroruje o polskiej przewadze nad dominującą w Czechach, Rumunii, Bułgarii czy na Węgrzech "moralnością żydowską" i konieczności zajęcia przez odrodzone państwo polskie "przodującej roli w Nowej Europie".

Dramat Różewicza napisany jest w dziesięciu "obrazach", a jego didaskalia - pisane, co znamienne, sprawozdawczo, w czasie przeszłym - są faktycznie bardzo obrazowe. Od ścisłych wytycznych co do ubiorów czy scenografii, a nawet szkicu układu sceny w sekwencji mszy, przez eufemizująco-uspokajające uwagi inscenizacyjne - gdy mowa o tym, że gołe tyłki wystawione mają być w stronę publiczności w scenie z latryną, to "oczywiście aktorzy są w cielistych trykotach", po bardzo symboliczne porównanie nocnego marszu partyzantów, przywołujące na myśl słynny obraz Bruegla starszego: "idą jak ślepcy".

Postaci komunistów u Różewicza nie ma. "Czerwoni" są raczej nadchodzącym widmem, pojawiają się odniesienia do nich w rozmowach - niewyedukowani wojacy raczej nie wiedzą, kto zacz, mylą ich nawet ze świadkami Jehowy, bo ci też nie chodzą do kościoła. Pojawiają się też informacje o bratobójczych potyczkach różnych sił polskiej partyzantki - przy pogadance o Sienkiewiczu nazwisko "Kmicic" kojarzy się prostemu żołnierzowi tylko z watażką, co "koło Wielgiego AL-owców wybił". Zaś endeckiemu porucznikowi najbardziej przeszkadza, że nie mówi się już "pan", i że dowódcy i żołnierze mają wspólne latryny.

Tak, "Do piachu" to sztuka nie tylko o wojnie, ale też o tym, jak czczonym dziś przedwojennym elitom i tradycyjnej polskiej "patriotycznej" formie przeszkadza demokracja i równościowe dziedzictwo Oświecenia; jak żywioł prawicowy, "narodowy", "dumnoszlachecki" nie umie odnaleźć w rodaku obywatela, a nawet człowieka.

* * *

Nie wystawiając "Do piachu", polski teatr nie zdaje egzaminu z dbałości o to, co w dziedzictwie polskiej dramaturgii XX wieku najcenniejsze i najbardziej aktualne. Z drugiej strony, to przemilczenie jest bardzo znaczące, nosi cechy wyparcia. Sięgając po Różewicza, najchętniej sięga się po to, co zakurzone - i jeśli aktualizuje, to dość nieudolnie. Stąd efekty są takie sobie. Nieudana była "Kartoteka rozrzucona" Rychcika w Studio Korczakowskiej, straszna okazała się "Stara kobieta wysiaduje" Marcina Libera w Starym Jana Klaty, pewną sympatyczną poczciwość miało w sobie "Na czworakach" Jerzego Stuhra w Polonii.

O ironio, nieobecność "Do piachu" nie przeszkadza też tym, którzy na co dzień gardłują o zaniedbywaniu wystawiania klasyków. Jeszcze, o nie daj polski katolicki Boże!, by nam ci klasycy powiedzieli coś ważnego, coś, czego nie chcemy usłyszeć.

Nie oznacza to, że nie próbowano wystawiać "Do piachu" - również po śmierci poety w 2014. Chciał je robić Liber w Starym, nie dostawszy praw poprzestał jednak na wspomnianej na "Starej kobiecie...". Marta Streker - poza wrocławskim podejściem do wypieranego dramatu Różewicza - miała go właśnie teraz reżyserować w Teatrze Jaracza w Olsztynie, gdzie powstawała już nawet scenografia. Jednak spektakl padł ofiarą zmian dyrekcji olsztyńskiej sceny.

* * *

Z wystawianiem "Do piachu" jest jak z dyskusją o politycznej władzy kościoła katolickiego w Polsce. Zarówno dla prawicy, jak i dla trwożliwie umiarkowanych w każdym swoim sądzie ciotek kulturalnych nigdy nie ma właściwego momentu, by ten dramat Różewicza znalazł się na scenie - tak jak nigdy nie ma właściwego momentu, by mówić o przejmowanych przez kościół nieruchomościach czy zagarnianych przez polityczny katolicyzm prawach człowieka Polek. Zawsze "nie ta chwila", zawsze "ryzyko politycznego wykorzystania". Sam poeta nie zgadzał się często na wystawianie sztuki, ale jego akurat można zrozumieć - może nie chciał przeżywać ataków i odnawiać wojennej traumy?

Gdy w 1979 r. jako pierwszy "Do piachu" wystawił Tadeusz Łomnicki - wybitny artysta, weteran AK i działacz PZPR, nawet wybitne intelektualistki kręciły nosem: "jest w tym coś z epatowania, powierzchowności, nieszczerości" - komentowała prapremierę Marta Fik w "Polityce".

Jeszcze większy skandal wybuchł po realizacji Kazimierza Kutza w Teatrze TV z 1990 r. Jak o niej wtedy pisano?

"Można ubolewać, że świetny poeta widzi walkę z okupantem wyłącznie w perspektywie kloacznej i że dał przykład nienawiści wręcz patologicznej.(...) Wie­le się mówi o tym, aby nie obrażać uczuć innych nacji - i słusznie. Natomiast w telewizji dopuszcza się obrażanie uczuć Polaków, ośmieszając ich tragiczną walkę z podwój­ną okupacją" - ubolewała prof. Maria Rzepińska z krakowskiej ASP w "Czasie Krakowskim", 29 lat temu uderzając w tony dziś świetnie znane.

Kutza i Różewicza bronili Jan Józef Szczepański w "Tygodniku Powszechnym" czy Anna Schiller w "Wyborczej". Z punktu widzenia tych rozważań ważniejszy jest jednak inny głos.

"Nie Do piachu jest nam dziś potrzebne (a przynajmniej nie tylko), lecz raczej Kamienie na szaniec" - pisał w liście otwartym świeżo wówczas założony Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. I żądał przeprosin nie tylko od Kutza czy Różewicza, ale i od... Szczepańskiego.

Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych to szczególna organizacja - od początku przyjmował ludzi dużo młodszych niż ci, którzy mieli jakiekolwiek szanse faktycznie być w partyzantce. Dziś to zrzeszenie "wyklętych" niepamiętających nawet PRL jest patronem i współorganizatorem Marszu Niepodległości w Warszawie - tego samego, w którym obok polskiego prezydenta maszerują włoscy neofaszyści. Prezesem Związku miał zostać później m.in. Artur Zawisza (ur. w 1969 r.), obecnie jest nim Karol Wołek - mój 33-letni rówieśnik. Prasa pisała o tajemniczych operacjach finansowych Wołka, związanych z publicznymi dotacjami na działania z kombatantami, i oskarżeniach o przemoc domową.

To nie koniec ciekawych powiązań i długich linii sukcesji. Apel Związku obszernie i bezkrytycznie nagłaśniało w 1990 "Słowo Powszechne", dziennik powstały z inicjatywy katokomunistycznego Stowarzyszenia PAX, założonego przez przedwojennego ONR-owca Bolesława Piaseckiego. Ten sam tytuł, który w marcu 1968 rozpoczął antysemicką nagonkę artykułem "Do studentów Uniwersytetu Warszawskiego".

Istnieje zatem instytucjonalna ciągłość między przedwojennymi polskimi faszystami, narodowo-szowinistyczną frakcją "komunistów" polskich w czasach PRL, "rzecznikami weteranów"protestującymi przeciwko Różewiczowi u progu III RP, wreszcie: hołubionymi dziś przez polski rząd kręgami narodowców-ekstremistów. Zaś walka z wolnością krytycznej ekspresji artystycznej była od początku ważną strategią tych środowisk. Wojny kulturowe skrajnej prawicy to była rozłożona na wiele lat operacja - mniej więcej w tym samym czasie swój marsz przez instytucje zaczynał mecenas Roman Giertych, reaktywując w 1989 Młodzież Wszechpolską. Oni już wtedy wiedzieli, co chcą osiągnąć, a co gorsza, w dużej mierze to osiągnęli. "Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych" wprowadził do oficjalnego kalendarza wywodzący się z Unii Demokratycznej prezydent Bronisław Komorowski, ostatecznie legitymizując sam kuriozalny i manipulatorski termin "żołnierze wyklęci", obejmujący zarówno wielkie i tragiczne postaci jak Witold Pilecki, jak i zbrodniarzy, jak "Bury".

* * *

Nie jestem pierwszym, który w XXI wieku dopomina się o "Do piachu". Robił to już 15 lat temu Roman Pawłowski, wówczas krytyk teatralny "Gazety Wyborczej". Było to tuż po ostatnim wystawieniu sztuki Różewicza przez lubelski Teatr Provisorium, w reż. Witolda Mazurkiewicza i Janusza Opryńskiego. Spektakl ten [na zdjęciu] widziałem jako bardzo młody człowiek, zapamiętałem głównie świetną kreację Mazurkiewicza jako Walusia. 2004 rok, rok wejścia do Unii, był - a przynajmniej tak zapisał się w pamięci wielu, w tym mojej - znacznie bardziej optymistycznym momentem polskiej historii, niż moment obecny. Pawłowski pisał: "dramat Różewicza przekracza bariery pokoleniowe i podziały polityczne. Zawiera bowiem głęboko ludzkie przesłanie wymierzone przeciw przemocy, które pozostaje aktualne niezależnie od czasu i miejsca. Tymczasem dawni towarzysze broni podchorążego Satyra [czyli prawicowi kombatanci - przyp. WM] wykruszają się. Ci, którzy zostali, mają zupełnie inne zajęcia niż walka z bulwersującą sztuką teatralną".

Zaś Jan Bończa-Szabłowski w "Rzeczpospolitej" tak komentował "Do piachu" Opryńskiego i Mazurkiewicza: "W ich spektaklu spory na temat AK i Narodowych Sił Zbrojnych zeszły na dalszy plan. Artyści w interesujący sposób zaprezentowali gehennę człowieka uwikłanego w historię oraz okaleczenia, które powoduje wojna"

Przekraczanie politycznych podziałów, "człowiek" jako taki, walka ze sztuką jako pieśń przeszłości... Tymczasem przez 15 lat doszliśmy do punktu, w którym ONR potrafi oblegać teatry, a ministerialni recenzenci i dyrektorzy pisząc o Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zarzucają jego wystawie przesadny pacyfizm, zbyt silne (sic!) akcentowanie cierpień ludności cywilnej czy niedostateczne podkreślanie "pozytywnych stron wojny".

Pozytywne strony wojny! Mistrzowie rozliczeniowej literatury wojennej, Tadeusz Różewicz czy Tadeusz Konwicki, ludzie którzy byli z bronią w lesie, którzy widzieli gwałty, widzieli ludzi umierających we własnym kale, widzieli ludzi zmuszanych do rozstrzeliwania rodaków czy kolegów - przewracają się w grobie. Z nerwowym śmiechem - bo te tyrtejskie tyrady wypisują kawiorowi prawicowcy, żyjący jak pączki w maśle z walecznego pisania felietonów i dzielnego konsumowania państwowych synekur - czy z bezsilną wściekłością, z furią? W imię pamięci, w imię najwyższego uznania dla dorobku Tadeusza Różewicza, trzeba czym prędzej wystawić "Do piachu".