«"Pewność siebie" zmusiła mnie do refleksji, to fakt. Tylko że zamiast rozważać dole i niedole uczestnika wyścigu szczurów, zadałem sobie pytanie: czy węgierski dramat ma się aż tak źle? Swoim przedstawieniem Akademia Teatru i Filmu zabrała głos w dyskusji na temat kondycji... współczesnego dramatu. Jeżeli w ogóle dzieło to zahacza o jakieś problemy współczesności, to jednak niekoniecznie o te z naszego kąta Europy.
Poznajemy zatem historię bankructwa nowojorskiego maklera giełdowego. Trrach! - i ten młody, bezwzględny i nieco cyniczny ryzykant, wyznawca liberalnego Dekalogu, zwolennik nieskrępowanej konkurencji i praw silniejszego - znajduje się już po drugiej stronie. Nagłe załamanie rynku zamienia transakcję życia, w którą zainwestował wszystkie swoje oszczędności, w totalny krach. W obliczu klęski życia osobistego, jak i końca wyznawanego systemu wartości, otrzymuje ofertę szczególnego hotelu dla potencjalnych samobójców. Tam romansuje z pewna panią - która okazuje się być kimś w rodzaju naganiaczki, w niecnej zmowie z szefem placówki wystawiającej do likwidacji tych klientów, którzy jednak się rozmyślili. Zrządzeniem losu zła pani po przespaniu się z byłym maklerem (którego cierpienie stopniowo wyszlachetnia i czyni pięknym oraz wrażliwym) doznaje ataku wyrzutów sumienia. Zakończenie raczej szczęśliwe, autor każe się nam domyślać, że makler w objęciach nawróconej dziwki uciekają z Hotelu Pałac Thanatosa w kierunku Nowego Życia, biednego - ale godnego. Cóż, trudno się dziwić, że autor scenariusza (jak wynika z lektury folderu) występuje incognito.
W charakterze morału pozwolę sobie na sentencjonalne westchnienie - pieniądze szczęścia nie dają, a budowanie na nich swojego osobistego świata prędzej czy później zakończy się katastrofą. Złośliwiec i przewrotnik mógłby jednak zapytać - a co w takim razie z takimi sukinsynami, którym całe życie udaje się pomnażać swoje pieniądze na mniej ryzykownych spekulacjach? Ci nie mają szansy na wejrzenie w głąb samego siebie? A może bogaci też bywają wrażliwi, a biedni bezwzględni i okrutni? Czyżby to wrażliwi biedacy za swoje uciułane grosiki organizowali festiwale teatralne i mecenasowali artystycznym oberwańcom?
Tak zwana "wystawa" dzielnie (choć raczej bezskutecznie) podjęła próbę pogłębienia mielizn tekstu. Jako główny atut budapesztańskiej Akademii folder wymienia multimedialną scenografię. I słusznie - był to jedyny kanał transmitujący w stronę widowni jakikolwiek istotny sens. Projekcje Pétera Hálasza (reżysera i scenografa przedstawienia) wykreowały świat pusty, wymienny, świat-pretekst, obojętny i obcy, jakby za szybą samochodu. Na tym terenie drobnych przyjemności dostarczały subtelne gierki, tak jak w scenie joggingu, kiedy para bohaterów nagle zatrzymuje się, aby porozmawiać, ale alejka za nimi przesuwa się w dalszym ciągu. Nie jest to zbyt wiele, jak na prawie półtoragodzinne przedstawienie, co do którego można byłoby sporządzić długą listę zastrzeżeń. O ile się nie mylę, to techniki montażu używa się w teatrze między innymi po to, aby nadać opowieści wewnętrzną dynamikę. W przedstawieniu Akademii poszczególne scenki co i rusz "zacinały się", i nie był to - jak mi się wydaje - pomysł na szarpany, nerwowy rytm. To tylko jeden przykład pokrywania się sfery zamierzonej nieporadności z nieporadnością zamierzoną. Podobnie było i z realizacją koncepcji gry aktorskiej. Aktorstwo zimne, wycofane, aż do przerysowania sztywne wciąż przełamywało się we łzawy sentymentalizm.
Giełda jako simulacrum globalizującego się świata? Dekoniunktura jako prefiguracja losu? Możliwe. Na festiwalu tematycznym (a podobno takowym Sąsiedzi mają być) wolałbym jednak zobaczyć coś autoironicznego, nicującego narodowe stereotypy. Sztukę w typie Nocy Stasiuka, z brzytwą w dłoni, radośnie i bez kompleksów tnącą, tnącą, tnącą...»