«Powiedzmy, że jednego dnia wali ci się życie. Tracisz pracę, która dawała ci finansowe oparcie, odchodzi od ciebie rodzina. Nie masz już kogo kochać, nie masz nawet z kim rozmawiać, bo przyjaciele też się od ciebie odwrócili, dochodząc do wniosku, że skoro straciłeś wszystko - jesteś bezwartościowy.
Na pierwszy rzut oka są dwa wyjścia: albo pogodzić się z pechem i zacząć od początku, albo się załamać. Okazuje się jednak, że jest jeszcze jedna ewentualność. Jeśli straciłeś to, na czym ci zależało w życiu, to po co żyć? Ale to nie wszystko. Jeśli decydujesz się na desperacki krok lepiej się dobrze zastanów, bo na tym polu też możesz ponieść klęskę. Chyba, że ktoś poda ci pomocną dłoń... Są ludzie, którzy dbają o innych, nawet w stanie kryzysowym, więc gdy już znalazłbyś się w takiej sytuacji jak bohater "Self-confidence", to dostałbyś do domu list z ofertą Hotelu Pałac Tanathosa. Recepta jest prosta, jedziesz pociągiem do Nowego Meksyku, do miasta, w którym w zasadzie nie obowiązuje prawo: już nie amerykańskie, jeszcze nie meksykańskie. Na miejscu dostajesz wygodny pokoik, jesz trzy posiłki dziennie, możesz pograć w golfa, tenisa, popływać, potańczyć na balu. Żyć, (nie) umierać. Cała zabawa polega na tym, że po kilkudniowym pobycie w hotelu jego obsługo pomaga ci dyskretnie, bezboleśnie i skutecznie zejść z tego świata. Czegoż więcej może sobie życzyć ktoś, kto nie chce już żyć? Może zapragnąć dalszego istnienia!
Spektakl Akademii Teatru i Filmu z Budapesztu w reżyserii Petera Halsza na takie właśnie pytania odpowiada. Bohaterem sztuki jest pochodzący z Chin młody biznesmen, który dorobił się majątku w Stanach Zjednoczonych. Wszystko, co osiągnął, było wynikiem właściwych decyzji w życiu. Moment przełomowy nadchodzi, gdy jedna z takich decyzji okazuje się błędna. Za jednym ruchem traci wszystko, na czym mu zależało, wszystkich, których kochał. Gdy skusił się, aby skorzystać z usług "śmiercionośnego" kurortu, nagle przychodzi wybawienie. Wybawienie w postaci miłości. Romans z jedną z pensjonarek hotelu daje mu siły do życia. Rezygnuje z oferty pomocy odebrania sobie życia i chce wyjechać z ukochaną, aby zacząć od początku. Tu jednak sprawy się komplikują, a szczęście okazuje się tylko plastikową atrapą.
Sam tekst dramatu to jedno. Należy zwrócić uwagę na sposób ujęcia tematu, jaki obrali sobie węgierscy artyści. Spektakl łączył dwa obszary sztuki: teatr i film. Żywi aktorzy grali na scenie w otoczeniu scenografii (P. Halsz). Aktorzy grali między dwoma ekranami, jednym z tyłu, na którym wyświetlane były wnętrza, i drugim, oddzielającym ich od widowni. Na cienkiej warstwie materiału pojawiały się kolejno tytuły poszczególnych scen. Szczerze pisząc, na początku spektaklu obawiałam się, że nawet cienka warstwa "ekranu" może stworzyć barierę między wykonawcami a widzami, ale nic podobnego!
Widzowie jednak obejrzeli bardzo dobre przedstawienie w zamian za odrobinę akrobacji wzrokowych (ciężko było ogarnąć całość, gdy patrzy się raz na scenę, raz na białe litery na czarnym tle). Self-confidence udzieliło się wszystkim na sali, bo w trakcie spektaklu słychać było entuzjastyczne reakcje widzów.
Pomyśl sobie (znowu) o wspomnianej życiowej porażce. Powiedzmy, że obejrzałeś węgierski spektakl. Którą z trzech opcji teraz wybierzesz? Bo dyrekcja Tanathosa waha się czy wysłać tę kopertę»